Są politycy, którzy idą przez życie krokiem marszowym, inni wolą slalom gigant. Donald Trump należy do trzeciej, rzadkiej kategorii: on lata. I to nie byle jak — raczej w sposób, który powinien zainteresować zarówno biologów, jak i instruktorów akrobacji lotniczej.
Coraz śmielsze i coraz bardziej karkołomne publiczne wypowiedzi prezydenta USA sprawiają wrażenie, jakby nagle powiało mu pod narty. Donald odleciał — co najmniej tak, jak niegdyś Adam Małysz w swoich najlepszych latach — z tą różnicą, że skoczek lądował, zaś prezydent USA najwyraźniej nie zamierza.
Trump nie tyle argumentuje, co wykonuje powietrzne ewolucje. Jego tok rozumowania przypomina lot trzmiela: z punktu widzenia aerodynamiki — niemożliwy, wszakże z punktu widzenia praktyki — jak najbardziej realny. Zmienia bowiem decyzje co miesiąc, co tydzień, a nierzadko co godzinę, przechodząc z jednej figury do drugiej z prędkością, której nie powstydziłby się Rimskij-Korsakow.
Najpierw świeca: pionowy wzlot zapewnień o nienaruszalności sojuszy, po którym następuje gwałtowne zawahanie i stwierdzenie, że „Ameryka była wykorzystywana przez wszystkich”. Publiczność zadziera głowy, ale już nie wie, czy patrzy w niebo, czy w przepaść.
Chwilę później lot nurkowy. Z wysokości zapowiedzi „najlepszej gospodarki w historii świata” Trump pikuje w dół, ogłaszając totalną katastrofę — zazwyczaj wtedy, gdy akurat nie on trzyma ster. Logika nie nadąża, ale tempo wypowiedzi skutecznie ją zagłusza.
Następnie beczka: Putin bywa u niego jednocześnie genialnym strategiem i podejrzanym typem; NATO — organizacją zbędną, by po chwili znów stać się filarem bezpieczeństwa. Pełny obrót, zero strat energii i triumfalne ogłoszenie sukcesu.
Gdy sytuacja się komplikuje, pojawia się korkociąg. Pandemia jest i jej nie ma, zniknie sama, zostanie pokonana światłem, chemią albo silą woli. W jednym zdaniu Trump potrafi zaprzeczyć sam sobie cztery razy, co należy uznać za wiekopomne osiągnięcie retoryczne, jeśli nie intelektualne.
Na koniec bywa spirala śmierci: wybory są uczciwe — dopóki je wygrywa. Gdy przegrywa, stają się największym oszustwem w dziejach ludzkości. Rzeczywistość kręci się coraz szybciej, aż wyborca traci orientację, a pilot ogłasza, że wszystko jest pod kontrolą.
Próbowałem to wszystko opisać słowami, ale w pewnym momencie język kapituluje. I wtedy przychodzi olśnienie: to nie jest już publicystyka, to muzyka. Dokładniej — „Lot trzmiela” Rimskiego-Korsakowa. Krótka, intensywna forma, pełna nerwowych zwrotów, bez chwili wytchnienia, pędząca naprzód bez troski o słuchacza.
Trump bowiem nie przemawia — on brzęczy, bzyczy, buczy, pohukuje... I jak trzmiel lata, choć nie powinien. A świat, zamiast analizować aerodynamikę, zadziera głowę i patrzy, czy tym razem uda się wylądować.
A teraz przymknijcie oczy i wyobraźcie sobie to, wyżej napisałem:
https://www.youtube.com/watch?v=ucrKUO9FVfY
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki AGH oraz niezależny bloger)
Inne tematy w dziale Polityka