Scena z mediolańskiego San Siro, gdzie podczas ceremonii otwarcia Zimowych Igrzysk Olimpijskich publiczność wygwizdała wiceprezydenta USA J.D. Vance’a, stała się symbolem czegoś więcej niż tylko chwilowej reakcji tłumu. Był to moment, który na oczach świata pokazał wyraźną różnicę między stosunkiem ludzi do amerykańskiego społeczeństwa a oceną polityki prowadzonej przez jego obecne władze.
Co ważne, gwizdy ucichły, gdy na stadionie pojawiła się reprezentacja Stanów Zjednoczonych. Widzowie zaczęli klaskać, reagując z sympatią i szacunkiem dla sportowców oraz dla narodu, który reprezentowali. Ten kontrast mówi więcej niż jakiekolwiek komentarze polityczne. Ludzie nie odwrócili się od Amerykanów jako społeczeństwa. Ich reakcja była wymierzona w politykę i jej symbole – w przywództwo Donalda Trumpa i jego otoczenie. Tak. Tak. Mieliśmy naoczny dowód, że prezydentura Trumpa jest już w świecie źle widziana.
Szczególnie wymowny jest fakt, że sytuacja miała miejsce we Włoszech – kraju rządzonym przez prawicowy rząd, który ideowo jest bliski amerykańskiej scenie politycznej. A jednak nawet tam spontaniczna reakcja zgromadzonej publiczności okazała się chłodna wobec przedstawiciela administracji USA.
Nie była to przecież widownia polityczna, zorganizowany protest czy ideologiczna manifestacja. Na trybunach zasiedli głównie kibice, rodziny, sympatycy sportu z całego świkata – ludzie, którzy przyszli oglądać święto olimpijskie, a nie debatować o geopolityce. Ich reakcja miała więc charakter intuicyjny, pozbawiony partyjnej kalkulacji bądź politycznego szowinizmu. Właśnie dlatego nabiera znaczenia. Bo była szczera i spontaniczna.
Słowa Donalda Trumpa, który wyraził zdziwienie i przekonywał, że „ludzie go lubią”, brzmią w tym kontekście jak echo dochodzące z zamkniętej przestrzeni. Prezydent zdaje się funkcjonować w hermetycznej informacyjnej bańce, odcinającej go od tego, jak naprawdę postrzegana jest jego polityka poza granicami Stanów Zjednoczonych – a nawet, jak przypominają media, także przez część własnych obywateli - patrz wielotysięczne protesty przeciwko prezydenturze Trumpa w Minneapolis.
Powiem jeszcze więcej. San Siro pokazało więc coś bardzo wyraźnego: świat nie odrzuca Ameryki. Wciąż darzy sympatią Amerykanów, ich kulturę, ich sportowców, ich społeczeństwo. Ale jednocześnie coraz częściej dystansuje się wobec politycznego kierunku, jaki obrała administracja Trumpa. I właśnie w tym rozdźwięku – między oklaskami dla reprezentacji USA a gwizdami dla jej politycznych reprezentantów – pęka mit jednolitego podziwu dla amerykańskiego przywództwa. Na oczach świata.
Tego, jak na wygwizdanie Amerykańskiego wiceprezydenta zareagował polski prezydent nie skomentuję - bo się wstydzę.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger)


Komentarze
Pokaż komentarze (30)