Są w życiu człowieka takie doświadczenia, które raz na zawsze ustawiają jego wrażliwość, jego sposób myślenia o polityce, historii i o tym, komu wolno ufać, a komu nie. Moja nieufność wobec Donalda Trumpa nie wynika z uprzedzeń, z niechęci do Ameryki ani z doraźnych sympatii politycznych. Wynika z pamięci. Z biografii mojej rodziny. Z historii, która dla mnie nie jest podręcznikową opowieścią, lecz osobistą raną.
Dziś, gdy słyszę o serdecznych słowach Donalda Trumpa pod adresem Władimira Putina, gdy widzę jego ostentacyjną skłonność do budowania relacji z rosyjskim przywódcą, nie potrafię patrzeć na to obojętnie. Tym bardziej że poszedł jeszcze dalej – fotografia z rosyjskim dyktatorem zawisła na ścianie Białego Domu. Dla wielu to tylko symboliczny gest. Dla mnie – coś znacznie poważniejszego.
Bo Rosja nie jest dla mnie abstrakcyjnym państwem na mapie. To cień, który przez dziesięciolecia kładł się na losie mojej rodziny.
Zanim jednak wyjaśnię, skąd bierze się mój opór wobec trumpistycznego sojuszu z kimkolwiek, kto choćby z daleka pachnie Moskwą, muszę powiedzieć, kiedy przestałem ufać samemu Trumpowi.
Moment przełomowy nastąpił 6 lipca 2017 roku, podczas jego przemówienia u stóp Pomnika Powstania Warszawskiego. Było to wystąpienie historyczne, perfekcyjnie wyreżyserowane pod polską wrażliwość, pamięć i emocje. Odwołanie do słów Jana Pawła II z 2 czerwca 1979 roku — tych samych, które uruchomiły procesy prowadzące do upadku komunizmu — było gestem niezwykle silnym symbolicznie. A gdy amerykański prezydent przywołał pieśń „My chcemy Boga”, śpiewaną wówczas przez setki tysięcy Polaków, przyznam szczerze: myślałem, że serce pęknie mi ze wzruszenia. Trump w tamtej chwili mówił językiem polskiej duszy, polskiej historii i polskiej traumy.
Jak się jednak później okazało — dałem się wtedy zrobić w konia.
Już w czasie pierwszej prezydentury Donalda Trumpa stało się jasne, ile naprawdę warte były jego warszawskie deklaracje. Brutalne ustawienie do pionu władz polskich w sprawie ustawy o IPN, dokonane rękami Kongresu USA pod naciskiem Izraela, podważyło autorytet państwa polskiego. Lizusowskie i przesadzone oświadczenia o rzekomym łamaniu demokracji w Polsce, formułowane bez zrozumienia lokalnego kontekstu, pokazały brak elementarnego wyczucia. Podpisanie ustawy 447, bez jakiejkolwiek debaty i konsultacji z polskim sojusznikiem, odebrałem jako akt politycznej arogancji. Nominację Georgette Mosbacher na ambasadora traktowałem jako policzek dla kraju o takiej historii i aspiracjach. Upokarzające wizerunkowo spotkanie prezydentów Trumpa i Dudy na żółtych fotelach w Białym Domu symbolicznie pokazało hierarchię w tej relacji. A do tego dochodził twardy rachunek za „partnerstwo” – sprzedaż Polsce samolotów F-35 za ciężkie pieniądze.
Opowieści o partnerskich stosunkach polsko-amerykańskich można więc, moim zdaniem, włożyć między bajki. Miło się słuchało, jak Donald Trump mówił o swojej sympatii do Polski, o krakowiakach i góralach. Historia pokazała jednak jasno, że amerykański prezydent ponad wszystko lubi górali — ale tych z góry Synaj.
Już wtedy przestałem mu ufać, czemu dałem wyraz w tekście opublikowanym na moim blogu pod znamiennym tytułem: „Nie ze mną takie numery, Donald!”.
W moim przekonaniu „trumpizm” nie jest spójną doktryną polityczną. To forma życia politycznego, która wymknęła się klasyfikacjom znanym nauce. Nie posiada ani logicznej struktury, ani intelektualnego zaplecza, ani stabilnego systemu wartości. To konglomerat emocjonalnych impulsów, marketingu politycznego, osobistych urazów i brutalnego pragmatyzmu. Krótko mówiąc: jedna wielka ściema sprzedawana masom w atrakcyjnym opakowaniu.
Dlatego nie ufam Donaldowi Trumpowi. Nie dlatego, że „nie lubię Ameryki”. Wręcz przeciwnie — właśnie dlatego, że traktuję politykę i historię zbyt poważnie, by wierzyć w polityczne bajki.
Ale jest jeszcze drugi, znacznie głębszy powód mojego wewnętrznego sprzeciwu wobec wszelkich politycznych flirtów z Rosją.
Jestem synem Akowca Michała Pasierbiewicza, który w czasie okupacji hitlerowskiej jako dowódca piątki akowskiej działającej w rejonie obwodu chrzanowskiego przerzucał wraz ze swymi podwładnymi leki do niemieckiego obozu śmierci Auschwitz-Birkenau. Był człowiekiem, który ryzykował życie, by ratować innych. Człowiekiem, który wierzył w wolną Polskę.
W roku 1952 został zadręczony przez Urząd Bezpieczeństwa po tym, jak ujawnił swoją działalność niepodległościową. UB było przecież instytucją powołaną na wzór sowiecki — do zwalczania podziemia, do kontrolowania społeczeństwa przez terror, zastraszenie i inwigilację. Mój ojciec nie zginął na wojnie. Zniszczyło go państwo podporządkowane Moskwie.
Pamiętam, co działo się potem.
Mama wpadła w czarną rozpacz. Żeby nas z bratem utrzymać, pisała całymi nocami na maszynie. Sprzedawała po kolei biżuterię, obrazy, srebrne sztućce, a w końcu jej ukochany fortepian. Od śmierci taty przez lata nie widziałem jej uśmiechniętej.
Aż przyszedł październik 1957 roku.
Pamiętam, jak przyszła z pracy jakaś inna niż zwykle i powiedziała, że jedziemy na mecz z Rosją do Chorzowa. W rozklekotanym zakładowym autobusie panowała atmosfera, jakbyśmy jechali na wojnę. Kiedy dotarliśmy pod Stadion Śląski, usłyszałem huk, który wziąłem za nadciągającą burzę. To jednak nie niebo grzmiało, tylko sto tysięcy ludzi.
To nie był zwykły mecz. To była patriotyczna manifestacja zdradzonych w Jałcie Polaków. Po odśpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego stadion zawrzał jak piekielny kocioł. To nie był doping, lecz krzyk protestu i gniewu.
A potem nadszedł moment, który zapamiętałem na całe życie. Mały Gerard Cieślik pokonał po raz drugi Lwa Jaszyna, strzelając zwycięskiego gola. Myślałem, że niebo się rozstąpiło. Sto tysięcy ludzi zawyło ze szczęścia. Ludzie rzucali się sobie w objęcia, płakali, krzyczeli: „Niech żyje wolna Polska!”. Rozbrzmiewały toasty, bimber lał się strumieniami.
I wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak moja mama się śmieje.
Oszalała z radości, wzięła mnie w objęcia i krzyczała mi do ucha: „Synku mój kochany! Wygraliśmy z Rosją! Pomściliśmy tatę!”.
Do grobowej deski nie zapomnę dumy, jaka mnie wtedy rozpierała, że jestem Polakiem.
I właśnie dlatego mam problem z akceptacją jakiegokolwiek politycznego układu, który bagatelizuje rosyjskie zagrożenie. Dla jednych to tylko geopolityka. Dla mnie – historia mojej rodziny. Śmierć ojca. Łzy matki. I tamten krzyk stu tysięcy ludzi, którzy choć przez chwilę poczuli, że Moskwa nie jest wszechmocna.
Z tej biografii wyrasta moja nieufność. I mój sprzeciw. Bo są rzeczy, których nie da się odłożyć na bok w imię politycznego pragmatyzmu. Są pamięci, które nie pozwalają przyklaskiwać uśmiechom kierowanym w stronę Kremla.
I są rany, które uczą, że wolność nie znosi złudzeń.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. Nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)



Komentarze
Pokaż komentarze (26)