Motto: Słowa Jarosława Kaczyńskiego, że „Niemcy chcą nam zabrać państwo, a program SAFE to Polska pod niemieckim butem ” – są niezaprzeczalnym świadectwem, iż pan prezes popadł w stan patogennego fixum dyrdum, którego genezą jest mania prześladowcza polegająca na urojeniu, że Niemcy i Unia Europejska ukrywają przed nim istotę praprzyczyny sprawczej zagrażającej Polsce utraty niepodległości, która tylko jemu jedynemu nie jest znana.
A teraz do rzeczy.
Zacznę od rzeczy najprostszej – Polska od dziesięcioleci żyje w stanie emocjonalnego pogotowia. Jakby nad naszym krajem wciąż unosił się przeciągły dźwięk syren z września 1939 roku. W każdej debacie, w każdym przemówieniu, w każdym pasku grozy przebiega to samo podskórne drżenie. I dlatego właśnie jesteśmy społeczeństwem Traumalandu.
To nie metafora złośliwego felietonisty, lecz diagnoza. Trauma historyczna – przekazywana jak genetyczna skaza – przenosi się z pokolenia na pokolenie. Dzieci nasiąkają lękami rodziców, wnuki dorastają w atmosferze podejrzliwości i krzywdy. W efekcie powstaje zbiorowość, która zamiast patrzeć w przyszłość, nieustannie wypatruje wroga.
I oto na scenie pojawia się polityk, który ten lęk nie tylko rozpoznaje, ale i z zimną premedytacją wykorzystuje. Człowiek, który od lat gra na najczulszych strunach narodowej niepewności. Który odkrył, że Polak przestraszony jest bardziej posłuszny. Bo lęk – zwłaszcza ten odziedziczony, historyczny – daje władzę nad duszami. A nic tak nie cementuje wpływów, jak umiejętne podsycanie poczucia zagrożenia.
Zaczęło się od Smoleńska, gdy żałobę narodową przemieniono w rodzaj politycznej religii zasadzającej się na „dialektyce bólu i rozkoszy ”. Jarosław Kaczyński grając na instrumencie wspomnianej dialektyki tak kuglował emocjami „ludu pisowskiego”, by ich kilkuletnie biczowanie przestało być z czasem dla nich narzędziem tortury, - przeobrażając się stopniowo w stan masochistycznej ekstazy. I tak miesięcznice stały się rytuałem, w którym cierpienie przerabiano na ekstazę, a żal na wiarę. Potem pojawiali się kolejni wrogowie: Niemcy, Unia, uchodźcy, Tusk. Każdy potrzebny, by podtrzymać stan emocjonalnej mobilizacji.
Dzisiejsze opowieści o „Polsce pod niemieckim butem” nie są przypadkowym lapsusem starzejącego się polityka. To precyzyjnie wymierzony impuls. Uderzenie w zbiorowy splot słoneczny. Naciśnięcie guzika, który uruchamia dawny, zaprogramowany odruch strachu – odruch odziedziczony po tych, którzy naprawdę czekali na kolejną wojnę.
Problem w tym, że dziś ten odruch jest dla nas toksyczny. Paraliżuje społeczną wyobraźnię. Zabija zaufanie. Niszczy zdolność do współpracy. Zamiast dumy – produkuje podejrzliwość. Zamiast solidarności – rodzi obsesję, że ktoś znów „coś nam zabierze”.
I tak tkwimy w zbiorowej psychozie, w której zamiast psychiatrów przydaliby się terapeuci od całych społeczeństw.
W tym kontekście faryzejska postawa prezesa staje się aż nadto czytelna. Z jednej strony gra rolę obrońcy narodu, z drugiej – sam podsyca lęki, które ten naród niszczą. Straszy Niemcami, gdy trzeba scementować elektorat. Straszy Unią, gdy trzeba przykryć własną polityczną słabość. Straszy utratą państwa, gdy jego własna formacja traci wpływy.
To nie jest już polityka. To jest rytuał. Rytuał strachu.
Dlatego są tylko dwie możliwe interpretacje. Albo mamy do czynienia z człowiekiem, który rzeczywiście wierzy w swoje wizje i popadł w stan niemal mistycznej manii prześladowczej, albo z cynicznym manipulatorem, który świadomie produkuje lęk, bo wie, że to jego ostatnia skuteczna broń.
Jedno i drugie brzmi równie niepokojąco.
Ale jeszcze nie wszystko stracone. Trauma nie musi być wiecznym przekleństwem. Można ją zrozumieć, oswoić i przekształcić w siłę. Warunek jest jeden: przestać żyć w oblężonej twierdzy wyobraźni. Uświadomić sobie, że II Wojna Światowa naprawdę się skończyła – nie tylko w sensie historycznym, ale i emocjonalnym.
Bo dopóki pozwalamy, by naszym lękiem sterowali polityczni szamani, dopóty będziemy mieszkańcami Traumalandu. A przecież Polska może być czymś więcej niż krajem, który nieustannie leczy rany sprzed osiemdziesięciu lat.
Może być państwem ludzi wolnych. Także od własnych demonów.
UWAGA:
Proszę mi wybaczyć ostry tytuł felietonu, lecz sytuacja geopolityczna jest na tyle poważna, że tym razem postanowiłem użyć „wojskowego języka”. Poza tym przykład idzie z góry - patrz "gówniarzeria" - słowo, którym poseł RP Ryszard Terlecki nazwał publicznie pisowską młodzieżówkę.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)



Komentarze
Pokaż komentarze (25)