Urodziłem się w czasach, gdy historia nie miała poczucia humoru. A jeśli już próbowała żartować, to raczej w stylu ponurego dowcipu opowiadanego szeptem w kolejce po chleb. Moje dzieciństwo przypadło na lata, kiedy rzeczywistość była starannie reżyserowana, a prawda – jak to prawda – nie miała wstępu ani do szkoły, ani do kina, ani tym bardziej do gazet.
Dziś, słuchając wypowiedzi Pete’a Hegsetha, amerykańskiego „sekretarza wojny” namaszczonego przez Donalda Trumpa, który z nieukrywaną satysfakcją opowiada o „śmierci i zniszczeniu z nieba ”; „dopiero rozpoczętym polowaniu ” oraz „polujemy na nich metodycznie, bezwzględnie i z siłą, jakiej nie ma żadna inna armia na świecie ” - łapię się na tym, że wracam myślami na podwórzec mojej podstawówki przy Konfederackiej w Krakowie.
Tam wszystko było prostsze. Wróg był jednoznaczny, zwycięstwo – pewne, a Armia Radziecka – niezwyciężona. Każdego ranka śpiewaliśmy na apelu o marszu ku świetlanej przyszłości, a potem słuchaliśmy, jak towarzysze prelegenci wbijają nam do głów, że historia już się właściwie skończyła – bo wygrała ją właściwa strona. Nad wszystkim unosił się duch Józefa Stalina, a z ekranów i gazet spoglądali Włodzimierz Lenin i Feliks Dzierżyński – święta trójca tamtej epoki.
I oto, po kilkudziesięciu latach, historia – najwyraźniej znudzona własną powagą – postanowiła zatoczyć koło. Tyle że tym razem dekoracje są bardziej efektowne, kamery lepsze, a narracja – bardziej dynamiczna. Ale sens? Sens pozostał zaskakująco znajomy.
Bo czymże różni się tamta doktryna od tej dzisiejszej, firmowanej przez Hegsetha i politycznie patronowanej przez Trumpa?
Wtedy mówiono nam, że Armia Czerwona jest niezwyciężona.
Dziś słyszymy z ust Hegsetha, że armia amerykańska „wygrywa zdecydowanie, druzgocąco i bezlitośnie ”.
Wtedy pokazywano filmy, w których radziecki żołnierz nigdy nie ginął.
Dziś oglądamy materiały stylizowane na widowiskowe produkcje w duchu „Top Gun”, gdzie amerykański żołnierz również zdaje się być kuloodporny – przynajmniej na ekranie.
Wtedy uczono nas, że wróg jest nie tylko słabszy, ale wręcz skazany na porażkę przez samą logikę dziejów.
Dziś słyszymy, że przeciwnika „kopie się, gdy już leży ” – co brzmi jak wyjątkowo szczera, choć niezamierzenie groteskowa aktualizacja tej samej myśli.
Najbardziej uderzające jest jednak coś innego. Nie sama propaganda – bo propaganda jest stara jak świat – lecz jej ton. Ta osobliwa mieszanina triumfalizmu i wręcz infantylnej ekscytacji przemocą, którą – jak zauważają komentatorzy pokroju Mary Karlyn czy Rogera Stahla – trudno pogodzić z powagą decyzji o wojnie.
Pamiętam dobrze tamte filmy z krakowskiego kina „Sztuka”. Bohaterowie byli niezniszczalni, kule ich nie imały, a wróg padał pokotem niczym zboże. Nawet jako dziecko czułem, że coś tu nie gra. Że wojna, o której opowiadają dorośli szeptem, nie ma wiele wspólnego z tą na ekranie.
Dziś mam podobne wrażenie, gdy słucham współczesnych komunikatów i oglądam ich wizualną oprawę. Różnica polega tylko na jakości obrazu. Kiedyś był czarno-biały i trzeszczący. Dziś jest w wysokiej rozdzielczości, z dynamicznym montażem i muzyką rodem z kina akcji.
Ale przekaz pozostaje ten sam:
nasza armia jest niezwyciężona,
nasze działania są jedynie słuszne,
a wojna – choć straszna – wygląda zaskakująco efektownie.
I tu pojawia się mój zasadniczy problem.
Bo o ile dzieci z lat 50. ubiegłego wieku można było jeszcze próbować przekonać, że żołnierz nie ginie, o tyle dzisiejsze dzieci – wychowane w świecie nadmiaru informacji – po prostu w to nie wierzą. I może właśnie dlatego ta nowa propaganda wydaje się jeszcze bardziej bezradna niż tamta.
Tamta była toporna, ale konsekwentna.
Dzisiejsza jest efektowna, lecz wewnętrznie pusta.
Patrząc na to wszystko, nie czuję złości. Czuję raczej coś na kształt déjà vu podszytego ironią. Bo oto świat, który miał być wolny od takich uproszczeń, z zaskakującą łatwością sięga po te same narzędzia – tyle że w nowocześniejszym opakowaniu.
Moje dzieciństwo, naznaczone epoką Stalina, nauczyło mnie jednego: kiedy ktoś zbyt głośno opowiada o własnej niezwyciężoności, warto zachować ostrożność. Historia ma bowiem brzydki zwyczaj brutalnego weryfikowania takich deklaracji – niezależnie od tego, czy wypowiada je Stalin, czy Hegseth, czy firmuje swoim nazwiskiem Trump.
A propaganda – niezależnie od epoki, ustroju i jakości obrazu – zawsze pozostaje tym, czym była: próbą przekonania ludzi, że rzeczywistość jest prostsza, niż jest w istocie.
Szkoda tylko, że w tej uproszczonej wersji świata wojna wciąż wygląda jak widowisko, a nie jak apokaliptyczna tragedia.
I to właśnie, bardziej niż cokolwiek innego, przywołuje we mnie tamtą starą, dobrze znaną traumę mojego dzieciństwa.
Krzysztof Pasierbiewicz, emerytowany nauczyciel akademicki, niezależny bloger


Komentarze
Pokaż komentarze (17)