Podług definicji Wielkiego Słownika Języka Polskiego „użyteczny idiota” to człowiek, który kierując się własnymi poglądami i szlachetnymi intencjami, nieświadomie realizuje cudze interesy polityczne. I muszę przyznać, że im dłużej słucham zapewnień administracji Donalda Trumpa oraz serdecznych wyznań miłości wygłaszanych przez J.D. Vance pod adresem Polski, tym bardziej mam wrażenie, że Europa została właśnie obsadzona w roli owego „użytecznego idioty”.
Bo przecież wszystko jest w najlepszym porządku. Wojska amerykańskie nie są wycofywane, tylko „rotacja się opóźnia”. USA nie zamierzają nagradzać Putina, tylko „maksymalizują bezpieczeństwo Ameryki”. Europa nie zostaje sama, tylko ma „stanąć na własnych nogach”. Innymi słowy: Ameryka nadal kocha Polskę — ino, że nie bardzo.
A teraz wyjaśnię, skąd się wzięło to „ino, że nie bardzo”
Otóż stąd, że przypomniała mi się pewna rodzinna scena. Moja ukochana jedynaczka Julcia była dzieckiem temperamentnym niczym polityczny briefing Białego Domu. Kiedy kolega przebrany za Świętego Mikołaja zapytał ją kiedyś, czy jest grzeczna w przedszkolu, odpowiedziała z rozbrajającą szczerością w krakowskim dialekcie:
— „Julcia jest grzeczna w przedszkolu… ino, że nie bardzo”.
I dokładnie tak dziś brzmią zapewnienia Waszyngtonu wobec Polski:
„Ameryka broni Europy… ino, że nie bardzo”.
„Trump wspiera NATO… ino, że nie bardzo”.
„USA kochają Polaków… ino, że najbardziej samych siebie”.
Cóż, polityka międzynarodowa coraz bardziej przypomina przedszkole, tyle że zamiast lizaków rozdaje się komunikaty prasowe, a zamiast Świętego Mikołaja zza kulis wychyla się Władimir Putin z coraz szerszym uśmiechem.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki, bloger niezależny)


Komentarze
Pokaż komentarze (4)