Zbliżają się przedterminowe wybory prezydenta Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa.
I oto lada moment rozpocznie się wielkie targowisko obietnic. Kandydaci będą prześcigać się w deklaracjach, programach, diagnozach, receptach i zapewnieniach, że to właśnie oni wiedzą, jak Kraków urządzić, zmodernizować, usprawnić i uczynić miastem jeszcze bardziej nowoczesnym. Będziemy więc zapewne słuchać o inwestycjach, komunikacji, mieszkaniach, remontach ulic, parkingach, ścieżkach rowerowych, zieleni, smogu, turystyce i pieniądzach z Unii Europejskiej.
I bardzo dobrze.
Prezydent Krakowa powinien bowiem być dobrym gospodarzem, sprawnym menedżerem i człowiekiem umiejącym zarządzać skomplikowanym miejskim organizmem.
Ale...
To wszystko jeszcze nie wystarczy.
Bo Kraków to nie jest przedsiębiorstwo, które należy jedynie sprawnie administrować.
Kraków to fenomen.
To miasto, które ma swoją pamięć, swój język, swoje obyczaje, swoje dziwactwa, swoje poczucie humoru, swoje świętości, swoje małe rytuały i – last but not least – swoją duszę.
I właśnie dlatego uważam, że podstawowym warunkiem wyboru przyszłego prezydenta Krakowa powinno być coś, czego nie da się wpisać do żadnego CV.
On musi Kraków kochać.
Nie „lubić”. Nie „szanować”. Nie „doceniać jego potencjału”. Nie „identyfikować się z dziedzictwem kulturowym”.
Kochać!
Bo jeśli ktoś nie czuje, czym jest widok Wawelu o zmierzchu, Planty po deszczu, cisza Skałki, mgła nad Błoniami, jesienny spacer pod kopcem Kościuszki czy panorama miasta oglądana z kopca Piłsudskiego, to może być nawet najlepszym menedżerem świata, ale niekoniecznie powinien zostać prezydentem Krakowa.
Bo Kraków trzeba nie tylko zarządzać.
Kraków trzeba rozumieć. A żeby go rozumieć, trzeba wiedzieć, czym jest krakowskie genius loci. Trzeba rozumieć, dlaczego to miasto przez stulecia było kolebką polskiej nauki, kultury i sztuki. Trzeba wiedzieć, dlaczego Wszechnica Jagiellońska nie jest dla Krakowa jedynie kolejną uczelnią, lecz jednym z fundamentów jego duchowej tożsamości.
Trzeba znać atmosferę Zielonego Balonika. Trzeba choć trochę rozumieć fenomen Piwnicy pod Baranami. Trzeba wiedzieć, dlaczego w Krakowie nawet ekscentryk może stać się częścią miejskiego pejzażu, a dziwak – postacią niemal kultową.
Trzeba wreszcie rozumieć, że krakowskość nie polega na tym, iż człowiek mieszka pod Wawelem i posiada meldunek przy ulicy Grodzkiej czy Karmelickiej.
Bo krakowskość to stan ducha.
To pewien sposób patrzenia na świat. To dystans do rzeczywistości. To poczucie humoru, które pozwala człowiekowi przeżyć niejeden absurd bez konieczności natychmiastowego wzywania komisji sejmowej. To także umiejętność niespiesznego życia. Jak mawiał Piotr Skrzynecki: „Pośpiech poniża”.
I może właśnie dlatego Kraków – mimo że od lat usiłuje się go na siłę unowocześniać, przyspieszać i wtłaczać w rozmaite europejskie formatki – wciąż pozostaje miastem, w którym można jeszcze usiąść w kawiarni, zamówić ulubione ciastko, nalać sobie kieliszek wina i przez półtorej godziny prowadzić rozmowę, która z punktu widzenia współczesnego menedżera nie przynosi absolutnie żadnego wymiernego rezultatu.
I chwała Bogu!
Bo właśnie w takich chwilach człowiek może się poczuć Krakowianinem. A co więcej – może się poczuć człowiekiem.
Dlatego chciałbym, aby przyszły prezydent Krakowa znał nie tylko miejskie budżety, lecz również krakowskie klimaty. Żeby wiedział, czym różni się Kraków od Warszawy, Wrocławia, Poznania czy Gdańska. Żeby rozumiał, że nie wszystko, co jest dobre dla innych miast, musi być dobre dla Krakowa. Żeby wiedział, że są tutaj przestrzenie, których nie wolno bezmyślnie „rewitalizować”, bo czasem najlepszą formą rewitalizacji jest po prostu nie przeszkadzać historii. Żeby rozumiał, że Kraków nie potrzebuje kolejnych pomysłów mających uczynić go „jeszcze bardziej atrakcyjnym”, bo jego największą atrakcją jest właśnie to, że jest sobą.
Kraków jest przecież miastem paradoksów.
Z jednej strony królewskim, dostojnym i zapatrzonym w swoją wielowiekową historię. Z drugiej – przekornym, nieco złośliwym, ekscentrycznym i potrafiącym zakpić nawet z samego siebie.
Miastem profesorów i artystów, ale również krakowskich oryginałów. Miastem wielkiej sztuki i małych kawiarenek. Miastem powagi Wawelu i błazeństwa Piwnicy. Miastem kardynałów, poetów, malarzy, naukowców, aktorów, filozofów oraz takich osobników, których – całe szczęście – nie da się przypisać do żadnej kategorii.
I właśnie ta niejednorodność stanowi część jego uroku.
Dlatego kandydat na prezydenta Krakowa powinien mieć w sobie coś więcej niż kompetencje administracyjne.
Powinien mieć krakowski słuch. Powinien umieć usłyszeć miasto.
Nie tylko wtedy, kiedy przemawiają do niego radni, deweloperzy, lobbyści, eksperci i przedstawiciele rozmaitych grup interesu.
Także wtedy, kiedy przemawia do niego cisza zaułków Starego Miasta. Kiedy przemawia dzwon Zygmunta. Kiedy przemawia Wisła. Kiedy przemawiają Planty. Kiedy przemawia stara kamienica. Kiedy przemawia człowiek siedzący samotnie przy stoliku w kawiarni i patrzący przez okno na przechodniów.
Bo prezydent Krakowa powinien być nie tylko gospodarzem miasta.
Powinien być również jego strażnikiem pamięci. Strażnikiem tego wszystkiego, co sprawia, że Kraków jest Krakowem.
I tu dochodzę do pytania zasadniczego:
Kto więc powinien zostać prezydentem Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa?
Moim zdaniem – nie ten, kto najgłośniej będzie krzyczał, że ma najlepszy program. Nie ten, kto obieca najwięcej. Nie ten, kto najsprawniej wypunktuje błędy poprzedników. I nawet niekoniecznie ten, kto będzie miał najbogatsze doświadczenie polityczne.
Lecz ten, kto po przejściu przez Rynek Główny będzie potrafił zatrzymać się na chwilę, spojrzeć na Sukiennice, a potem powiedzieć:
„Boże, jakie ja mam szczęście, że mogę być gospodarzem tego miasta!”
Jeśli będzie to człowiek kompetentny – tym lepiej. Jeśli będzie uczciwy – jeszcze lepiej. Jeśli będzie skutecznym menedżerem – znakomicie.
Ale przede wszystkim niech kocha Kraków.
Bo Kraków nie jest zwyczajnym miastem.
A jego prezydent nie powinien być zwyczajnym urzędnikiem.
Powinien być człowiekiem, który rozumie, że obejmuje nie tylko urząd, lecz także pewien wielowiekowy depozyt duchowy.
A kto chce zrozumieć, czym jest ten depozyt, ten powinien poznać krakowską duszę.
Przypadek zrządził, że spróbowałem tę krakowską duszę scharakteryzować w mojej wydanej przed dwoma miesiącami przez krakowskie wydawnictwo „Księgarnia Akademicka" książce zatytułowanej „Jak ja kocham to miasto!”.
Myślę, że każdy z kandydatów ubiegających się o urząd Prezydenta Krakowa powinien tę książkę przeczytać i przekonać Krakowian w finiszującej kampanii wyborczej - że rozumie i kocha Kraków.
I dlatego, skoro przed nami wybory prezydenta Krakowa, pozwolę sobie zakończyć ten felieton bardzo prywatnym apelem:
Wybierzmy człowieka, który będzie umiał Kraków kochać.
A potem wymagajmy od niego, żeby umiał nim również dobrze zarządzać.
W odwrotnej kolejności – może się bowiem okazać, że otrzymamy sprawnie zarządzane miasto...
...tylko że już niekoniecznie Kraków.
Krzysztof Pasierbiewicz
emerytowany nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa


Komentarze
Pokaż komentarze (16)