Kiedy po pisowskim zamachu na Trybunał Konstytucyjny, w maju 2016 roku siedziałem w Auli Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego na seminarium „Jaki Trybunał? ”, - nie przypuszczałem, że po dziesięciu latach będę mógł powrócić do tamtego widowiska z pytaniem znacznie bardziej przyziemnym, ale za to ważniejszym:
czy wreszcie znajdzie się ktoś, kto zamiast rozprawiać o Trybunale Konstytucyjnym, po prostu spróbuje go naprawić?
Wtedy bowiem, wśród zdobiących ściany Auli portretów królów, biskupów i profesorów, odbywał się rytuał akademickiej ostrożności. Byłem świadkiem krasomówczych popisów panów profesorów. Mówiono dostojnie, powoływano się na europejskie autorytety, przywoływano kolejne szkoły konstytucjonalizmu, a problem, który zwykłego obywatela interesował najbardziej, czyli „co konkretnie zrobić?”, rozpływał się gdzieś pomiędzy profesorską togą a łacińską sentencją.
Pamiętam tę atmosferę do dziś. Majestat. Powaga. Namaszczenie.
Jakbym miał jednym zdaniem określić atmosferę panującą wtedy w Auli Jagiellońskiej powiem, że przypominała jakieś nabożeństwo. Wszyscy napuszeni jeszcze bardziej niż Ci spoglądający na nich z portretów wiszących na ścianach. Tylko zapachu kadzidła brakowało. A wszystko tonęło we wzajemnych ukłonach oraz wypowiadanych półszeptem grzecznościach i komplementach.
Zaś w trakcie debaty ani grama tego, co w polityce i prawie bywa czasem najbardziej potrzebne: odwagi. Ani jednego zdania, jak wyjść z pata związanego z działalnością Trybunału Konstytucyjnego, który utracił legitymizację. Słowem - mówić tak, żeby się broń Boże komuś nie narazić.
Od tamtego czasu minęła dekada, zmieniły się rządy, zmienili się politycy, zmieniły się szyldy, a Trybunał Konstytucyjny nadal pozostaje jednym z najbardziej zapętlonych węzłów polskiego życia publicznego.
I oto pojawia się Maciej Berek.
W tej historii interesuje mnie jednak nie tyle sam Berek, ile rola, w której został obsadzony. Bo przypomina mi ona trochę klasycznego Gary’ego Coopera z westernu: samotnego szeryfa, który w samo południe wychodzi na pustą ulicę, podczas gdy wszyscy pozostali znikają za firankami.
Tyle tylko, że nasz polski Gary Cooper nie będzie miał rewolweru.
Będzie miał ustawę.
A zamiast rewolwerowców z Dzikiego Zachodu czekają na niego prawnicy, konstytucjonaliści, sędziowie, politycy i – co najgorsze – cała armia ludzi doskonale wiedzących, dlaczego czegoś zrobić się nie da.
I tutaj właśnie dochodzimy do sedna.
Bo kiedy obserwowałem przed laty profesorskie dysputy w Collegium Maius, przyszła mi do głowy dość heretycka myśl: Polsce nie brakuje prawników. Polsce brakuje prawników gotowych wziąć odpowiedzialność za skutki własnych poglądów.
Oczywiście nie mam na myśli wszystkich.
Ale jeśli przez dziesięciolecia produkujemy całe zastępy konstytucjonalistów, doktorów, profesorów i profesorów belwederskich, kiedy przychodzi moment próby, zaczyna się akademickie:
„to zależy…”,
„należałoby rozważyć…”,
„w świetle doktryny…”,
„z punktu widzenia orzecznictwa europejskiego…”,
to wybaczą Państwo, ale zwykłemu obywatelowi podskakuje tętno i krew go zalewa.
Bo konstytucja nie jest przecież eksponatem muzealnym.
Państwo również nie.
A Trybunał Konstytucyjny nie jest kaplicą, w której najważniejsze jest, żeby wszyscy mówili półgłosem.
Dlatego jestem ciekaw Macieja Berka.
Nie dlatego, że oczekuję kolejnego mesjasza polskiego konstytucjonalizmu.
Wręcz przeciwnie.
Chciałbym zobaczyć człowieka, który wreszcie wyjdzie z zachowawczego akademickiego chóru i powie: sprawa jest trudna, ale trzeba ją rozwiązać.
I wtedy dopiero przekonamy się, czy Donald Tusk, w którego postać wcielił się Maciej Berek, okaże się rzeczywiście naszym polskim Garym Cooperem.
Bo Gary Cooper w westernie miał jedną zasadniczą przewagę nad naszymi rodzimymi bohaterami:
nie organizował seminarium przed wyjściem na pojedynek.
A jeśli Berek odważy się zrobić to, czego przez lata nie potrafili zrobić liczni utytułowani luminarze – może się okazać, że w Polsce jednak istnieje coś takiego jak odwaga państwowa.
Jeśli zaś przed pierwszym strzałem zacznie się konferencja, potem panel ekspertów, następnie konsultacje, a na końcu wszyscy zgodnie stwierdzą, że sytuacja jest „niezwykle złożona”…
…to pozostanie nam tylko westchnąć:
„Dobry Boże, znowu wygrali miękiszoni .”
A wtedy nawet Gary Cooper nie pomoże.
Bo w Polsce nie potrzeba już kolejnego człowieka, który pięknie opowie, dlaczego nie można.
Potrzeba kogoś, kto powie:
„Można. I właśnie dlatego to zrobię.”
I dopiero wtedy zobaczymy, czy Maciej Berek jest Garym Cooperem polskiej polityki, czy tylko kolejnym aktorem w tym samym, od lat granym przedstawieniu.
Cała nadzieja w tym, że skoro Donald Tusk zagrał szeryfem Berkiem to być może ma plan, o jakim nam się nie śniło? Jeśli dobrze pamiętam Komisja wyborcza wciąż nie potwierdziła oficjalnie wyniku wyborów prezydenckich. A Tusk jest zbyt doświadczonym rutyniarzem, żeby grał w ciemno. Robi się arcyciekawie!
Krzysztof Pasierbiewicz
emerytowany nauczyciel akademicki, niezależny bloger


Komentarze
Pokaż komentarze (10)