UWAGA! Trudny przekaz, tylko dla kumatych!
A teraz do rzeczy.
Zwykliśmy uważać, że wielkie narodowe dramaty potrzebują mglistej oprawy, szczytów Mont Blanc lub przynajmniej dystyngowanych gabinetów. Tymczasem połowa września 2026 roku brutalnie zweryfikowała te estetyczne oczekiwania, serwując nam inscenizację romantycznego eposu na warszawskim chodniku przed bramą Akademii Wymiaru Sprawiedliwości. To tam, w anturażu miejskiej kostki brukowej, rozegrał się nowoczesny, a zarazem jadowicie komiczny seans z cyklu Kordian i cham. Rola natchnionego, acz cokolwiek groteskowego Kordiana, gotowego do samotnego szturmu na policyjne zasieki, przypadła oczywiście Antoniemu Macierewiczowi. Kto zaś w tym spektaklu odegrał rolę tytułowego „chama”? Paradoksalnie nie ten, kogo tradycja spycha na pozycje plebejskiej niższości, lecz sam Pan Antoni, który z wyżyn dawnej ministerialnej wielkości bezpardonowo szarpie za państwowe mundury, traktując policjantów jak pańszczyźnianych poddanych, którzy śmieli zakłócić pańskie obrzędy.
Gdy były minister obrony narodowej – dotychczas znany z dowodzenia armiami wirtualnymi – podjął heroiczną próbę sforsowania kordonu, w ruch poszła nie głęboka doktryna prawna, lecz surowa, fizyczna ekspresja. Mogliśmy podziwiać spektakl doprawdy unikalny: mąż stanu i strażnik narodowego patosu nagle zamienia się w podwórkowego zapaśnika wagi lekkiej, chwyta funkcjonariusza za kamizelkę taktyczną i z iście rewolucyjną furią próbuje przestawić go jak zbędny mebel. Gdy mundurowy nie wyraził entuzjazmu dla tej nagłej i mało subtelnej bliskości, Pan Antoni, zamiast tarczą immunitetu, zaczął okładać go sarmackim batem prokuratorskich gróźb. Straszenie sądami człowieka, który po prostu wykonuje rozkazy, to rzadkiej urody popis mentalności rodem z najciemniejszych kart folwarcznej historii. Szef MSWiA grzmi dziś o skandalicznym ataku i śle zawiadomienia do prokuratury, ale dla wnikliwego obserwatora to coś więcej niż tylko paragrafy. To fascynujący dowód na to, że dla Pana Antoniego prawo i barierki są wyłącznie dla maluczkich – on sam suwerennie dekretuje, kogo i kiedy wolno szarpać w imię wyższych, nieodgadnionych celów.
Reakcja tak zwanej opinii publicznej na te chodnikowe zapasy była doskonałym podsumowaniem naszego plemiennego obłędu. Internet zalała fala memów i złośliwych komentarzy, w których zdezorientowani obywatele zastanawiali się, czy Pan Antoni realizuje program „Sprawny fizycznie emeryt”, czy może szuka zaginionych parówek w policyjnych kieszeniach. Druga strona barykady, z właściwym sobie nabożeństwem, ogłosiła jednak wydarzenie pod AWS kolejną bitwą o wolność. Telewizyjne transmisje na żywo kreowały wizerunek niemalże oblężonej twierdzy, gdzie rzucona na odcinek aprowizacji Kurowska czeka na suchy prowiant i leki od swojego herosa. Polacy, patrząc na szarpaninę z policją, podzielili się na tych, którzy widzieli w tym upadek resztek powagi państwowej, oraz na wyznawców, dla których chwycenie za policyjny pagon stało się niemalże mistycznym aktem oporu.
Czy to tylko krewkie uniesienie starszego pana na stołecznym chodniku? Skądże. Pan Antoni po raz kolejny udowadnia, że na własną rękę rozpoczął zupełnie inną (amerykańską?) politykę niż prezydent i premier. Te podwórkowe przepychanki wyglądają wręcz jak groteskowe przetarcie szlaku przed powrotem do wielkiej, transatlantyckiej gry geopolitycznej. Gry opartej na zagranicznych, zakulisowych wpływach, które Pan Antoni od lat pieczołowicie buduje w głębokim cieniu oficjalnej dyplomacji. Niewykluczone, że z tych chodnikowych bojów, na przekór wszystkim urzędom, wyrasta nam zupełnie nowy, alternatywny naczelnik.
Jego przyjaźń z Panem Jarosławem zaczęła się przecież w czasach politycznej prehistorii, kiedy w sensie publicznym obaj byli jeszcze nieurodzeni. W ostatnich latach jednak Pan Jarosław zaczął wręcz wielbić Pana Antoniego, zaś Pan Antoni na to uwielbienie łaskawie pozwalał, acz bez cienia emocjonalnego odwzajemnienia – przyjmując po prostu kolejne polityczne i strukturalne zasoby, którymi bratni lider go obudowywał. I choć podejrzliwa natura Pana Jarosława nakazywała podchodzić do wszystkiego z głęboką nieufnością, po tragedii smoleńskiej musiał ten stosunek zrewidować, przynajmniej na pokaz. Zorientował się bowiem, że Pan Antoni wyrósł niespodzianie na bezwzględnego idola najtwardszego elektoratu, gotowego wskoczyć za swoim guru w każdy ogień. Od tamtej pory ich relacja stała się poprawna, acz lodowata – w myśl cynicznej zasady, że rasowy polityk w żadnym razie nie powinien być funkcją czyjejś emocjonalnej temperatury.
Choć oba te polityczne gatunki są blisko spokrewnione swego rodzaju eskapizmem i zamiłowaniem do permanentnej gry w ciuciubabkę z narodem, nie ma między nimi żadnej chemii ani telepatycznego połączenia. I wiem, co mówię, bo mam swoje lata i widzę, jak na siebie patrzą. Pan Antoni to ktoś doskonale znający siebie i wiedzący, czego chce – jegomość o wybitnej inteligencji znamiennej dla charakterów całkowicie nieokiełznanych. Zaś Pan Jarosław to człowiek urodzony do roli przywódczej, wszakże wciąż neurotycznie siebie poszukujący. Wszystko wskazuje na to, że dla osiągnięcia wyznaczonego celu, stworzony do absolutnego panowania Pan Antoni chce choćby zagłady świata, podczas gdy Pan Jarosław, urodzony do kierowania, stara się, mimo wszystko, w sposób w miarę poczytalny dążyć do urzeczywistnienia swojej filozofii państwa.
Pisałem o tym już w roku 2016, w felietonie zatytułowanym „Baśń o narwanym Antonim i frasobliwym Jarosławie ” – vide: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/735023,basn-o-narwanym-antonim-i-frasobliwym-jaroslawie , lecz w świetle wydarzeń pod Akademią sprawa nabiera szczególnego blasku.
Pan Jarosław urodził się na klasycznego cierpiętnika, a jego ostentacyjne oddalenie od wszelkich ludzkich skupisk czyni go permanentnie oderwanym od postrzegania rzeczywistej rzeczywistości. Pan Antoni to z kolei ktoś urodzony na bezwzględnego pana, który prędzej czy później zażąda, by cała władza była dla niego – a nie on dla władzy. Pan Jarosław podświadomie ucieka w swoiste, ascetyczne „umartwienie”, co po tragedii smoleńskiej jest psychologicznie zrozumiałe. Zaś Pan Antoni chce być ponad i powyżej wszystkiego, za wszelką cenę. I Pan Antoni doskonale wyczuł, że pod bramą Akademii nadszedł idealny moment, kiedy może tego dokonać, grając z wirtuozerią na instrumencie dialektyki bólu i rozkoszy. Wie bowiem, że po latach biczowania znacząca część narodu poczuła, iż to biczowanie przestało być narzędziem tortury, a stało się źródłem swoiście masochistycznej ekstazy. Właśnie ta perwersyjna umiejętność zarządzania zbiorowymi emocjami czyni go postacią autentycznie historyczną.
Pan Jarosław na co dzień zdaje się być człowiekiem opanowanym i wyrachowanym, zaś Pan Antoni, szczególnie podczas ostatnich, niemal zapaśniczych popisów przed kordonem policji, jawi się kimś zgoła szalonym. A być może w tym szaleństwie jest najczystsza metoda? Te brutalne, fizyczne starcia z władzą wykonawczą wskazują na dwie opcje: albo politycznie niedomaga, albo właśnie rozpoczyna swój ostateczny, autogenny bieg ku pełni władzy.
Więc na miejscu Pana Jarosława, zdawałoby się bezdyskusyjnie niezagrożonego dotąd naczelnika na Nowogrodzkiej, natychmiast wzmógłbym najwyższą czujność. Bo jak uczy historia literatury i polityki – gdy romantyczny Kordian zamiast na szczyty Alp wspina się na policyjne barierki, w ostatecznej, zbliżającej się rozgrywce tłum zawsze idzie za szaleńcami. Nawet jeśli ich jedynym namacalnym trofeum okaże się wyszarpana z rąk policjanta kamizelka taktyczna.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)


Komentarze
Pokaż komentarze (15)