echo24 echo24
791
BLOG

Magia namiętności - odcinek (18)

echo24 echo24 Kultura Obserwuj notkę 12

Instynkt 
Ze snu wyrwało ją pieczenie policzka. Mrużąc oczy uniosła głowę znad poduszki. Przez niezasłonięte okno wdzierały się do sypialni promienie oślepiającego słońca. Rany Boskie!, ale żar! – pomyślała półprzytomnie. Ktoś dyskretnie zapukał do drzwi.
– Proszę!
– Dzień dobry pani! Pozaciągam zasłony, bo wczoraj przy kolacji było takie zamieszanie, że nikt o tym nie pomyślał! Bardzo panią przepraszam, to się już z pewnością więcej nie powtórzy! Wy, ludzie z północy, nie znacie takiego słońca – trajkotała służąca.
– Jak ci na imię? – zapytała Ewa.
– Lusesita.
– Ależ piękne, melodyjne imię.
– Dziękuję pani! – spuściła skromnie oczy czarnoskóra dziewczyna.
Zaciągnięcie zasłon pomogło i Ewa mogła się rozejrzeć po sypialni. Marynka jeszcze spała pod spływającą na łóżko spod sufitu ażurową moskitierą.
– Zauważyłam, że nie zaciągnęła pani suwaka! – upomniała swoją panią służąca. – Nie wolno o tym zapominać!
– Dlaczego?
– Bo z ogrodu włazi robactwo – oznajmiła dziewczyna, jakby to było coś oczywistego.
– Co takiego?! – wykrzyknęła Ewa spojrzawszy z lękiem na śpiącą córeczkę.
– Sama się pani przekona.
– Matko Święta!  Mam nadzieję, że jak to ze służącymi bywa, z pewnością przesadza.
– Zjedzą panie śniadanie w łóżku, czy nakryć na tarasie, przy basenie?
– Może w łóżku, bo nie chcę budzić Marynki.
- Ja już nie śpię mamusiu! Ale fajny domek! – zapiała z zachwytu Marynka oglądając rozciągniętą nad łóżkiem moskitiery.
– Tak, piękny. Tylko musimy pamiętać, by go zawsze wieczorem zamykać – pouczyła ją matka.
– A czemu? – dopytywało rozespane dziecko.
– Żeby nam krasnoludki nie weszły do łóżka.
– Śniadanie gotowe! – obwieszczała śpiewnie Lusesita popychająca przed sobą wózek pełen rannych smakołyków.
Pokój wypełnił się aromatycznym zapachem kawy.
– Co my tutaj mamy? – zapiszczała radośnie Ewa.
Wskazując palcem Lisesita wyliczała: – Kawa, herbata, śmietanka, mleko zimne, mleko ciepłe, płatki kukurydziane, jajeczka w koszulkach, miód, dżemy owocowe, szyneczka parmeńska, pasztet, ciepłe bułeczki, bagietka, croissanty, chleb czarny i biały, sery, soki ze świeżych owoców...
Zrobiła pauzę na oddech i ciągnęła dalej:
A jak panie sobie życzą, mogę zrobić tosty, omlet, jajecznicę, kiełbaski z grilla…Znowu nabrała powietrza:
– Mogę też przygotować coracao!
– A co to takiego? – spytała Ewa.
Służąca wyjaśniła z dumą, odsłoniwszy białka migdałowych oczu:
– To nasz wielki przysmak! To są proszę pani grillowane kurze serduszka marynowane wcześniej w oliwie i czosnku!
– Nie, nie, dziękujemy! Za dużo tego wszystkiego – wywinęła się Ewa starając się ukryć obrzydzenie.
Marynka wyczołgała się spod moskitiery i penetrowała nieznane jej pomieszczenie.
– Zjesz jajeczko na miękko? – zapytała matka.
Odpowiedzi nie było.
– Maniu! Pytałam, czy...
Nie dokończyła, gdyż w tej samej chwili rozległ przeraźliwy pisk Marynki.
– Jezus Maria! Co się stało?! – spanikowana matka wyskoczyła z łóżka przewróciwszy wózek z porannymi wiktuałami.
Marynka stała na dywanie zwrócona buzią do okna i rozczapierzywszy paluszki wskazywała rękoma na kotarę. Posiniałe dziecko, z wybałuszonymi oczami wrzeszczało:
– Mamusiuuuu! Tam!!! Tam!!! Diabeł! – wyła Marynka tocząc z buzi pianę, jakby ją ktoś żywcem obdzierał ze skóry.
– Gdzie?! Jaki diabeł?!  Mów na litość Boską! – pytała roztrzęsiona matka.
Krzyk dziecka zwabił do sypialni resztę domowników. Przybiegły służące, kucharka z pomocnikami, lokaj, strażnik i ogrodnik, a na końcu przerażony Xavier. Wszyscy się przekrzykiwali, a przez powstały harmider przebijało się słowo: barata!!! barata!!! barata!!!
– Co to jest „barata”?!!! – wrzeszczała Ewa.
– Proszę spojrzeć na kotarę! – odezwał się lokaj, który mówił świetnie po angielsku i jako jedyny z tego towarzystwa zachowywał spokój. W końcu Ewa dostrzegła przycupniętego na kotarze, jakby się gotował do skoku, ogromnego karalucha wielkości pantofla poruszającego groźnie długimi czułkami.
– Zróbcie coś z tym natychmiast!!! – zaczęła histeryzować przerażana matka.
Podniósł się ogólny raban. Niestety Ewa nie rozumiała o czy ci ludzie mówią. Wrzeszcząc po portugalsku zbici w kupę wymachiwali rękami i jedynym, co można było zrozumieć z tego rozgardiaszu, były wykrzykiwane na przemian portugalskie imiona: Lusesita! Mario! Fiorella! Nestor! Milagros! Manuel! Amanda! Pedro!... W końcu coś chyba ustalono, bo wszyscy powtarzali imię Manuel! Po chwili zjawił się jakiś Murzyn z siatką na motyle. Zapadła elektryzująca cisza. Manuel ostrożnie zbliżył siatkę do owada i raptem przestraszony karaluch groźnie zasyczał, co wprawiło Marynkę o epileptyczne drgawki. Struchlałe dziecko zsiniało, zesztywniało, zbladło, po czym opadło bez tchu na dywan.
– Jezu!!! Jezu!!! Pomocy! Lekarza! – wyła matka.
Rozległ się pisk samochodowych opon i do sypialni wpadł Bernard w asyście lekarza.
– Co się stało? – roztrzęsiony dyplomata usiłował wziąć w ramiona przerażoną matkę.
– Zostaw mnie idioto!!! – wyrwała mu się. Nie widzisz, co się dzieje?! Ratuj moje dziecko!!! – darła się bez pamięci.
Milczący służący spojrzeli po sobie wymownie, bo choć ledwie co znali angielski świetnie zrozumieli, co ich nowa pani powiedziała do pana domu.
– No zrób coś, do cholery! Nie stój jak ostatnia łajza! – wrzeszczała po polsku Ewa.
Na te słowa oddany Bernardowi lokaj spojrzał na nią nienawistnie.  Lekarz zajął się Marynką. Po kilkunastu minutach zdających się wiecznością poprosił o przeniesienie dziewczynki do łóżka, po czym zwrócił się do matki:
– Proszę się nie martwić! Wszystko będzie dobrze! Dziecko jest w lekkim szoku, ale szybko dojdzie do siebie! Teraz dostanie zastrzyk i będzie długo spała, więc proszę jej nie budzić.
– Bardzo panu dziękuję, doktorze! Przepraszam za moje zachowanie!
– Ależ świetnie panią rozumiem! To był bezdech afektywny. Nie jeden lekarz w takiej sytuacji stracił głowę. Zsiniałe i zwiotczałe dziecko to rzeczywiście makabryczny widok! Radzę sobie teraz zrobić drinka! I nie przejmować się! – rzekł odchodząc w stronę samochodu.
Lusesita przeniosła uśpione dziecko na sofę i przykryła satynowym pledem.
Bernard coś szepnął na ucho lokajowi, który wyszedł zabierając ze sobą służbę.
– Kazałem przenieść łóżko twojej córki do pokoju Xaviera. Miała mieszkać osobno, ale po tym, co zaszło, będzie chyba lepiej, jak dzieci przez jakiś czas zamieszkają razem.
– Za Boga jej samej z nikim nie zostawię! Nie rozumiesz tego?! – syknęła z nienawiścią w oczach
– Dobrze! Już dobrze, kochanie! Zrobimy, jak zechcesz! – skonfundowany dyplomata starał się uspokoić rozhisteryzowaną matkę.
– Wszystko przygotowane, panie ambasadorze! – zakomunikował lokaj.
– Luisesito! – Bądź łaskawa przenieść dziewczynkę na górę – poprosił pan domu. – Tylko ostrożnie, żeby się nie zbudziła.
Służąca wzięła delikatnie Marynkę na ręce.
– Niech się teraz prześpi – korzystał z okazji Bernard. – A my sobie usiądziemy spokojnie, bo przez to wszystko nie było okazji...
Ewa zgasiła go groźnym spojrzeniem.
– Wybacz mi, ale po tym, co zaszło za żadne skarby nie zostawię córki samej. Muszę być przy niej, jak się zbudzi.
Bernard starał się opanować, ale widać było jak chodzą mu żuchwy.  
 
Skrupuły 
Ewa czuwała przy dziecku, które oddychało miarowo, lecz kruchym ciałkiem wciąż wstrząsały drgawki. Dopadły ją wyrzuty sumienia. Biedny Bernard! Nie tak sobie z pewnością wyobrażał nasze powitanie. Wszystko pozapinał na ostatni guzik, a tu od samego początku afera goni aferę. Jakby tego było jeszcze mało, choć staje na głowie, żeby mi nieba przychylić ja niewdzięczna nie potrafię się zmusić, żeby być dla niego odrobinę czulsza. Pogłaskała córeczkę po włosach, bo spoconym ciałem znów wstrząsnął dreszcz emocji. Znów powróciły wyrzuty sumienia. W Polsce był dla mnie taki czuły, dobry i opiekuńczy, że po tych wszystkich przejściach wydawało mi się, iż go pokochałam jak ojca, którego nigdy nie znałam. To wtedy poszłam z nim do łóżka. A później był taki dobry dla Maryki, że mnie w końcu przekonał do tego wyjazdu. Pogłaskała uśpioną córeczkę. No, bo cóż mogłam zrobić? Po tym, jak mnie Krzysztof nakrył u niego w domu zdałam sobie sprawę, że mi tej zdrady nigdy nie wybaczy. Otuliła pledem dziecko, które zaczęło coś paplać przez sen. Przecież gdybym została w Warszawie, nie miałabym, za co żyć. Jak tylko przerwałam pracę w Modzie Polskiej, szefowa od razu przyjęła młodszą. A więc zostałabym de facto na lodzie, bez środków do życia. Spojrzała czule na śpiącą córeczkę, której powróciły kolory na policzkach. A do tego wszystkiego miałam już szczerze dosyć tego ponuractwa i wszechobecnej szpetoty komuny. Nie mogłam znieść tego brudu, śmierdzących toalet, sklepów straszących pustymi półkami, niekończących się kolejek, zapisów na meble, kartek na mięso i cukier, walk o papier toaletowy, tego nieznośnego chamstwa i wszechobecnej zawiści. Wcześniej czy później oszalałabym w tym ubeckim bloku. Westchnęła ciężko. Aż raptem pojawił się człowiek z innego świata, który mnie pokochał i postanowił wyrwać z tego koszmarnego marazmu. Męski, kulturalny, świetnie ustawiony rzucił mi do nóg perspektywę bezpiecznego życia.
 
Z zamyślenia wyrwał ją krzyk śpiącego dziecka:
– Barata!!!!!!!
Przebudzona Marynka zerwała się z pościeli, machając rączkami.
– Jestem przy tobie, kruszynko! Nie bój się, kochanie! Ten wstrętny karaluch już sobie poszedł. On ci się tylko przyśnił! Mamusia ci nie da zrobić krzywdy! Cicho już! Cichutko! Mama jest przy tobie!
Ktoś zapukał delikatnie.
– Proszę!
– Czy coś się stało? – pytał zaniepokojony Bernard. – Słyszałem jakiś krzyk.
– Nie! Wszystko w porządku! Tylko Marynce się znowu przyśnił ten karaluch.
– Kochanie! Możesz być pewna, że to się już więcej nie powtórzy! Wydałem służbie dyspozycje. Mają przeszukiwać dom kilka razy dziennie.
– To dobrze! – odparła nie do końca przekonana.
Bernard zmienił temat.
– Musisz się trochę odprężyć, kochanie! Poproszę Milagros, żeby posiedziała chwilę przy Marynce. Mój Xavier jest już śpiący, więc czas kłaść dzieciaki do łóżek. Milagros ma wrodzony talent do usypiania malców.
Uśmiechnął się zalotnie.
– Przejdźmy na chwilę do salonu. Przygotuję ci pysznego drinka, jakiego jeszcze z pewnością nie piłaś. Nazywa się Caipirinha, a mój lokaj Filip przyrządza go po mistrzowsku z limonki, cachaçcy i cukru trzcinowego.
Spojrzał na nią wygłodzonym wzrokiem:
– A poza tym – głos mu zadrżał. – Chciałbym ci w końcu pokazać naszą sypialnię...
Wyraźnie roznamiętniony starał się ją objąć.
Poczuwszy na szyi jego rozpalony oddech, wywinęła się gibko, a przez głowę przeszła jej myśl, że chyba źle zrobiła dając się namówić na ten wyjazd do Brazylii...
 
Jutrzenka 
Nazajutrz rozpoczynał się weekend. Ewa ocknęła się obok córki, która jeszcze spała wtulona kurczowo w matkę. Rozległo się dyskretne stukanie do drzwi.
– Proszę – szepnęła.
W drzwiach stała kolejna służąca:
– Dzień dobry pani! Mam na imię Mercedes! Pan prosił, żeby pani zjadła z nim dzisiaj śniadanie w ogrodowym patio. Jak pani będzie gotowa, proszę mnie zawołać, to pokażę drogę.
Ewa przeciągnęła się po źle przespanej nocy. Rozsunęła zasłony dziecięcej sypialni. Oślepiło ją tropikalne słońce.  Matko! Ledwie dzień się zbudził, a już taki upał! zdumiała się nie przyzwyczajona do takiego klimatu. Wyjdę trochę na powietrze, póki słońce jest jeszcze nisko – pomyślała i nie wiedzieć, czemu przypomniała sobie pewien słoneczny, marcowy poranek, jak byli z Krzysztofem na nartach w Zakopanem. Wróciło wspomnienie, jak szczęśliwi sobą lenili się na tarasie góralskiego domu wystawiając twarze do słońca. Zdało jej się, że czuje orzeźwiający zapach tatrzańskiego powietrza i smak lodowego sopla, który jej Krzysztof odłupał od dziurawej rynny. Boże! Jaka ja wtedy byłam szczęśliwa! Zawstydzona powróciła z obłoków na ziemię. Nie, nie mogę się zbytnio rozklejać! Muszę takie wspomnienia od siebie odganiać! – pomyślała, wychodząc na taras. Po przekroczeniu progu zasyczała z bólu. Ceramiczne płytki parzyły jak rozpalona blacha kuchennego pieca. Z nieba lał się niewyobrażalny żar. W jednej chwili oblała się potem. Po tarasie chodziły jakieś wielkie mrówki, więc pośpiesznie zawróciła z drogi. Marynka otworzyła oczy. Rozejrzała się z lękiem i chciała coś powiedzieć, lecz matka wyprzedziła jej pytanie:
– Nic się kruszynko nie martw! Ogrodnik wypędził tego karalucha, który tak się przestraszył, że już nigdy nie wróci.
– Gdzie jest Xavier? – zapytało rozespane dziecko.
– Zobaczysz się z nim na śniadaniu! A teraz biegnij do łazienki i ubierz się szybko!
– Śniadanie gotowe! – wołała zza drzwi Mercedes.
 
Służąca prowadziła je krętymi ogrodowymi ścieżkami.
– Strzasznie mi gorąco! – uskarżała się Marynka.
– Musisz się przyzwyczaić, kochanie, bo tu słoneczko świeci dużo mocniej niż w Warszawie – tłumaczyła matka.
Rozglądały się wokół oniemiałe z wrażenia.   W ogrodzie porosłym angielskim trawnikiem, puszyły się kępy egzotycznych traw i klomby tropikalnych krzewów obsypanych wielobarwnym kwieciem. Tu i tam sterczały kamieniste wysepki, z których strzelały ku niebu ogromne kaktusy o dziwacznych kształtach. Gdzieniegdzie połyskiwały w słońcu oczka wodne zasnute liśćmi łopianów, z których wyciągały ku niebu szyje gigantyczne lilie i nenufary. Cień dawały palmowe oazy i niebotyczne baobaby. W to wszystko jakiś genialny architekt wkomponował dyskretnie portale, kolumny i łuki z białego wapienia zdobionego kolorową mozaiką z kamieni półszlachetnych.  Czuć było zapach tropikalnych kwiatów, a uszy pieścił śpiew orientalnych ptaków. Po drodze Mercedes przez cały czas coś paplała po portugalsku. W końcu dotarli do ocienionego patio schowanego przed słońcem za strzelistą palisadą wysmukłych cyprysów. Bernard na ich widok wstał od stołu:
– Witam moje kochane kobietki! Jak się spało?
– Świetnie – odparła Ewa. – Ale czy możesz mi powiedzieć, co takiego trajkotała Mercedes.
Bernard, który znał trochę portugalski zapytał służącej i wyjaśnił:
– Mercedes was przestrzegała, że w naszym ogrodzie trzeba chodzić koniecznie po ścieżkach, bo niektóre trawy bardzo kłują, a także, że trzeba uważać na mrówki i skorpiony.
– Skorpiony? – przeraziła się Ewa.
– No wiesz – Bernard przyciszył głos, spoglądając spłoszony na Marynkę. Mimo że służba codziennie penetruje ogród, w tym tropikalnym klimacie ....
– Rozumiem...
Xavier!!! – ucieszyła się Marynka na widok przyszywanego brata.Na pierwszy rzut oka było widać, że dzieci się bardzo lubią.
– No! Siadajmy do śniadania! – zatarł ręce dyplomata.
Dzieciaki gaworzyły ze sobą na wpół po angielsku, na wpół po polsku, o dziwo, rozumiejąc się świetnie.
– Spróbuj tych tartinek z kawiorem, kochanie! – zachęcał Bernard. – Smakują wyśmienicie z francuskim szampanem.
Ja się tutaj objadam tymi frykasami, a moja biedna mama może sobie w Polsce od wielkiego dzwonu posłodzić herbatę, jak jej starczy kartek – przeleciało jej przez myśl.
– O czym myślisz kochanie? – spytał dyplomata delektując się truflową sałatką.
Ewa odpowiedziała z westchnieniem:
– Nie mogę się wyzbyć myśli, jaką biedę klepią ludzie w Polsce! Nie ma sprawiedliwości na świecie!
– Nie ma, nie było i nigdy nie będzie – skwitował.
Marynka, jak zwykle, prawie nic nie zjadła.
– Mary!! Mam dla ciebie niespodziankę! – Bernard uśmiechał się do niej tajemniczo.
– Jaką? Jaką? – dopytywało niecierpliwie dziecko.
– Zaraz się przekonasz. Skinął na kucharza, smażącego coś na patelni.
– Something special for you! – obwieścił śmiesznie kalecząc angielski Mario i nałożył Marynce na talerz kilka grzanek przyrządzonych z namoczonej w mleku francuskiej bagietki.
Marynka ugryzła kawałek, skrzywiła się i palnęła:
– W Polsce były lepsze!
– Co mówiła panienka? – spytał Mario.
– It doesn’t matter! Zrób mi proszę jajka na bekonie! – warknął dyplomata.
Żeby jakoś podratować sytuację, Ewa zmieniła temat:
– Skąd się tu wziął fortepian?
– Kazałem przynieść specjalnie dla ciebie, kochanie. Bo pamiętam, jak u mnie w Warszawie lubiłaś sobie czasami pobrzdąkać.
– Zadziwiasz mnie!
– Zagrasz? – spojrzał na nią prosząco.
– Daj spokój!
– Zagraj! Proszę! Pamiętam, że często grywałaś taką waszą piosenkę – skinął porozumiewawczo na lokaja, który podał Ewie kieliszek szampana.
– Ach! Wiem! Mama mnie jej nauczyła, kiedy byłam mała. Pamiętam jak... Nie dokończyła zdania, gdyż doszła do wniosku, że i tak by nie zrozumiał.
I raptem przypominała sobie, jak jeszcze w podstawówce, w czasach, kiedy w kraju szalał stalinowski terror mama wytłumiła ściany kilimami i uczyła ją po kryjomu pewnej patriotycznej piosenki. A potem, każdego roku na trzeciego maja przychodziła do nich prawie cała klasa, a ona siadała do fortepianu, poddawała ton i wszyscy śpiewali tę pieśń w uniesieniu przy śliwkowym placku. A jak już była dorosła, przy każdej okazji, jeśli tylko był pod ręką fortepian wracała do tego utworu, który wrósł jej w duszę.
– Nad czym się tak zamyśliłaś, kochanie? – spytał ponownie dyplomata.
– Ech, myślałam o mojej mamie.
– Wypijmy jej zdrowie!
Ewa wychyliła ochoczo kieliszek.
– No to jak! Zagrasz?
– A mogę jeszcze jeden kieliszeczek?
– Wiesz, że w tym klimacie trzeba bardzo uważać z alkoholem?
– Mogę? – skarciła go wzrokiem.
Bernard ponownie skinął na lokaja. Z rumieńcem na policzkach usiadła do fortepianu. Zapanowała cisza i tylko było słychać szemranie przepływającego przez patio strumyczka. – No to jeszcze jeden! – zakrzyknęła z ułańską fantazją. Bernard mrugnął na lokaja. Wypiła, rozcapierzyła palce i z całą siłą uderzyła w klawiaturę. Ku niebu wleciała chmara przepłoszonych ptaków. Na amazońskiej ziemi rozległy się słowa nadwiślańskiej pieśni.
 
Witaj, majowa jutrzenko,
Świeć naszej polskiej krainie.
Uczcimy ciebie piosenką,
Przy hulance i przy winie.

Witaj Maj! Trzeci Maj!
U Polaków błogi raj!
Witaj Maj! Trzeci Maj!
U Polaków błogi raj!

 
Gdy powtarzała refren, głos jej się załamał.
– Za dużo wypiłaś! – upomniał ją Bernard.
– Co ty wiesz chłopczyku o naszej polskiej duszy! – mruknęła pod nosem ocierając łezkę.

Krzysztof Pasierbiewicz

Poprzednie odcinki
Odcinek 1 - http://salonowcy.salon24.pl/652762,magia-namietnosci-odcinek-1
Odcinek 2 - http://salonowcy.salon24.pl/653924,magia-namietnosci-odcinek-2
Odcinek 3 - http://salonowcy.salon24.pl/655123,magia-namietnosci-odcinek-3
Odcinek 4 - http://salonowcy.salon24.pl/656229,magia-namietnosci-odcinek-4
Odcinek 5 - http://salonowcy.salon24.pl/657287,magia-namietnosci-odcinek-5
Odcinek 6 - http://salonowcy.salon24.pl/658332,magia-namietnosci-odcinek-6
Odcinek 7 - http://salonowcy.salon24.pl/659352,magia-namietnosci-odcinek-7
Odcinek 8 - http://salonowcy.salon24.pl/663294,magia-namietnosci-odcinek-8
Odcinek 9 - http://salonowcy.salon24.pl/664343,magia-namietnosci-odcinek-9
Odcinek 10 - http://salonowcy.salon24.pl/665542,magia-namietnosci-odcinek-10
Odcinek 11 - http://salonowcy.salon24.pl/666809,magia-namietnosci-odcinek-11
Odcinek 12 - http://salonowcy.salon24.pl/668102,magia-namietnosci-odcinek-12
Odcinek 13 - http://salonowcy.salon24.pl/669424,magia-namietnosci-odcinek-13
Odcinek 14 - http://salonowcy.salon24.pl/670679,magia-namietnosci-odcinek-14
Odcinek 15 - http://salonowcy.salon24.pl/672020,magia-namietnosci-odcinek-15
Odcinek 16 - http://salonowcy.salon24.pl/672915,magia-namietnosci-odcinek-16
Odcinek 17 - http://salonowcy.salon24.pl/674045,magia-namietnosci-odcinek-17

Następny odcinek w przyszły czwartek.

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik,

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura