Tadeusz Hatalski
Navigare necesse est ….
36 obserwujących
355 notek
498k odsłon
4181 odsłon

W co gra Donald Tusk?

Wykop Skomentuj128

Nasz były minister finansów, Jan Vincent Rostowski, który zasłynął twierdzeniem, że ‘piniędzy’ nie ma i nie będzie, kandyduje w wyborach do PE. Ale nie z Warszawy tylko z Londynu. No i dobrze. Mogą Polacy mieszkać i pracować w Wielkiej Brytanii, to mogą też kandydować w wyborach. I mówię to bez żadnej złośliwości, mimo, że J.V.R nie jest z mojej politycznej bajki. Jednak, niezależnie od wszystkich uwarunkowań, z popularnością J.V.R chyba jest krucho, bo nasz ‘król’ Europy naruszył swoją polityczną bezstronność, o której swojego czasu solennie zapewniał i oficjalnie poparł naszego człowieka w Londynie. Ale mieszkańcy Anglii nie lubią jak im ktoś obcy mówi co mają robić. I na Wyspach rozpętała się burza. Nie na darmo Anglia nazywana jest dumnym Albionem. Tym bardziej, że dumny Albion jest w tej chwili na rozdrożu. I nie ma jasności co będzie dalej. Czy wyjdzie z Unii czy też w niej pozostanie. Toteż Brytyjczycy w kwestii mieszania się obcych w ich sprawy są tym bardziej drażliwi.

W czasach, gdy Wlk. Brytania wchodziła do Unii (wtedy było jeszcze EWG), to w Europie i EWG pierwsze skrzypce (polityczne) grała Francja, która wcześniej dwukrotnie blokowała przyjęcie Wlk. Brytanii do EWG. Niemcy, owszem gospodarczo już dominowali, ale do dominacji politycznej było im jeszcze daleko. Pamięć o koszmarach wojny, którą Europie zgotowali, jeszcze się nie zatarła. Dzisiaj jest już inaczej. Francja, przy rządach swoich ostatnich, niezbyt udanych prezydentów (Hollanda i Macrona), politycznie podupadła a ich miejsce zajęli Niemcy. Od lat będąc w Europie najmocniejszą gospodarką, teraz przejęli przywództwo politycznie również. O co ich prosił, nasz najwybitniejszy podobno minister spraw zagranicznych. Choć tak prawdę mówiąc, te prośby naszego najwybitniejszego ministra spraw zagranicznych, obecnie mieszkańca Chobielin Dwór (co niegdyś był Chobielin PGR), nie miały większego znaczenia, bo Niemcy dominującą pozycję odzyskali m.in. dzięki skutecznie prowadzonej polityce historycznej. A której skutki objawiły się u nas w sposób nadzwyczaj nieoczekiwany. Na przykład taki, że wiceprezydent Gdańska niedawno mówił o ‘złym słowie Polaka’, które to złe słowo było współprzyczyną wojny (sic!). Jeszcze parę lat takiej ‘progresywnej’ polityki (copyright, poseł Grupiński, choć w trochę innej kwestii) i okaże się, że nie tylko ‘złe słowo Polaka’ było przyczyną wojny, ale że to Polacy w 1939r., napadli na Niemców i tą napaścią wywołali II WŚ.

No dobra, wróćmy jednak do czasów współczesnych i UE. U nas w Polsce jest wyraźny podział w sprawie roli i funkcji UE. Podział na euroentuzjastów i eurosceptyków. W przestrzeni publicznej, pojęcia te funkcjonują w następującym znaczeniu. Euroentuzjaści chcą pozostania Polski w UE, a eurosceptycy jakoby chcą wyjścia z UE. I Platforma a teraz również i Koalicja Europejska, robią wszystko, aby takie znaczenia tych słów się utrwaliły. Temu służyło też, oskarżanie PiS-u o dążenie do polexitu.

A jaka jest prawda? Czego, euroentuzjaści i eurosceptycy chcą w rzeczywistości? Otóż prawda jest taka, że euroentuzjaści chcą Europy federalnej, czyli scentralizowanego państwa europejskiego. Superpaństwa rządzonego z Brukseli i przez brukselskich biurokratów. Którzy to biurokraci, już dzisiaj ‘produkują’ dyrektywy i rozporządzenia z częstotliwości dwóch dziennie, przez wszystkie dni w roku włączając w to soboty, niedziele i święta. Eurosceptycy z kolei, chcą Unii wolnych narodów z zachowaniem czterech podstawowych wolności – swobodnego przepływu towarów, osób, usług i kapitału. Oczywiście ‘euroentuzjaści’ nie mogą otwarcie powiedzieć, że te cztery wolności, których zachowania chcą ‘eurosceptycy’ są złe. Więc dorabiają im gębę, że eurosceptycy chcą wyjścia z Unii, że chcą polexitu. To, że takie dorabianie gęby z prawdą nie ma nic wspólnego, nie ma znaczenia. Liczy się zdyskredytowanie oponentów politycznych i w efekcie wygranie wyborów. Tak to wygląda i tak toczy się ta podwójna, polityczna gra.

A mistrzem, tej podwójnej gry, jak już to nieraz udowodnił, jest D. Tusk. Przypomnę o jednej. To był rok 2014 i czas, gdy w UE kończyła się kadencja komisarza i przewodniczącego RE. Oczywiście nasz D. Tusk aspirował do tych stanowisk. A co ogłaszał publicznie wszem i wobec? Ano ogłaszał, że stanowisko premiera polskiego rządu to jest to, w czym się spełnia do końca. A żadne zaszczyty w Brukseli ani mu w głowie. I co? Jakiś miesiąc czy dwa później, hyc i już go w Warszawie nie było. A gdzie się znalazł? Właśnie w Brukseli, na wymagającym ciężkiej pracy i nisko płatnym stanowisku ‘króla’ (copyright BB) Europy. Które wcześniej jakoby absolutnie go nie interesowało.

Oczywiście ze ‘stanowiskiem wymagającym ciężkiej pracy i nisko płatnym’, pozwoliłem sobie na drobny sarkazm. Stanowisko przewodniczącego nie jest ani ciężkie ani mało płatne. Niemniej jakiejś pracy wymaga. A jakiej, to za chwilę do tego dojdziemy.

Wykop Skomentuj128
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka