O dziwo, Gazeta Wyborcza przeprowadziła akcję za którą, miast wyszydzać i ośmieszać, można ją śmiało pochwalić. Chodzi o prowokację dziennikarską o kryptonimie '"Szybki Magister". Gazeta założyła fikcyjną uczelnię wyższą (Akademia Komunikacji Społecznej - jak zwykle enigmatyczno-pociągająca nazwa, w większości wypadków pusta w środku), na której w dwa lata można było uzyskać dyplom na takich przedmiotach, jak politologia, socjologia i kulturoznawstwo. Pomysł na torpedowanie absurdu przedni, a to z kilku powodów.
Po pierwsze, od dawna uważam że wyrosłe po 1989r., jak grzyby po deszczu uczelnie wyższe, są zwyczajowym picem na wodę. Kształcą one (choć może właściwszym określeniem byłoby "produkują") ćwierćinteligentów, dostających dyplom, którego nie potrafią przeczytać. Tego typu "uczelnie", są skuteczną odskocznią dla byłych „cichociemnych” (tj. uciekających przed wojskiem) lub osób, chcących pożyć jeszcze trochę na państwowym cycku (np. ciągnąc do 25 roku życia zasiłki dla "uczącej się młodzieży"). Stąd nie przypadkiem uczelnie te w reklamujących je ulotkach co rusz podkreślają „bezpłatne zaświadczenia do ZUS i WKU”.
Po drugie, przyrost młodzieży studiującej (czterokrotny od 1989r.) w najmniejszym stopniu nie odpowiada potrzebom rynku. Bardziej jest efektem społecznej presji na "posiadanie magistra". Innym problemem jest fakt, że w ten sposób "wykształceni" młodzi ludzie są najczęściej blokadą zawodowego rozwoju dla osób wkładających wiele trudu i pracy w rzeczywiste studiowanie. Dla wielu pracodawców (zwłaszcza tych z urzędów publicznych na poziomie powiatu) do przyjęcia kogoś "z polecenia" wystarcza papier. To oczywiście ma swoje przełożenie na jakość wykonywanych obowiązków przez takiego pracodawcę (gorzej jeśli jest nią organ publiczny).
W tym miejscu czapki z głów przed "Gazetą Wyborczą". Prowokację "Szybki Magister" przeprowadzili dziennikarze z lokalnego, poznańskiego oddziału gazety. I od razu widać różnicę i brak michnikowego łapska nad młodymi adeptami sztuki dziennikarskiej. Osobiście wolę, gdy z przeprowadzonej przez prasę pracy wyłaniają się pożytki, niż gdy dziennikarze z Czerskiej piszą teksty (przykłady pierwsze z brzegu) wewnętrznie sprzeczne (jak ten), czy naciągane i wyraźnie szukające racjonalnego odniesienia (jak ten).
Może nie wszystko w "Wyborczej" jest do luftu, a miano dobrego dziennika wiąże się z wykoszeniem starej, uwikłanej w moralne kompromisy z komunistami gwardii?


Komentarze
Pokaż komentarze (16)