Z Katarzyną rozstałem się definitywnie i nieodwołalnie. Takie rozstania są smutne i bolesne, nie dlatego, że się w życiu zdarzają - swiadomość tego, że nie ma spraw wiecznych posiada każdy człowiek. Takie zdarzenia przykre są dlatego, że nagle uświadamiamy sobie, iż przeszłość została zatrzaśnięta na cztery spusty. Koniec.
Niczego nie jesteśmy w stanie naprawić, niczego zmienić, ani skorzystać z drugiej szansy i rozegrać wszystko inaczej. Nie da się. Z Katarzyną byliśmy razem prawie 10 lat, na dobre i na złe, gdybyśmy dotrwali, w październiku obchodzlilibyśmy cynowe gody. Nigdy mnie nie zawiodła, nigdy nie rozczarowała, no może jeden raz w Dortmundzie, ale wtedy i ja nie byłem bez winy, więc kamieniem rzucał nie będę.
Mieliśmy niesamowite relacje, byliśmy zżyci jak dwie połówki tej samej antonówki. Dziwne było to, że moja żona akceptowała ten związek, często, przed jakimiś wyjazdami, sama pytała i proponowała
- Może zabierzmy ze sobą Kasię
Dziwne, prawda ?
Jestem przekonany, że moglibyśmy być razem kolejne 10 lat, gdyby nie ten Janusz Gamoń z Polski. Janusz Gamoń nazywa się inaczej, ale na potrzeby tej notki będę nazywał go Gamoniem, bo on jest gamoniem. Janusz Gamoń jest synem brata kolegi mojego brata z wojska. Nie, zaraz, żebym czegoś nie pomieszał. Wróć. Ja w wojsku nie byłem, bo akurat mieli komplet pisarzy i mnie nie zapotrzebowali. W wojsku był mój brat, który miał tam kolegę, a ten kolega miał brata i to z tego związku pochodzi Janusz Gamoń. To znaczy niedokładnie z tego związku, bo tam jeszcze była wmieszana konkubina tego brata, ale żeby nie zaciemniać obrazu, który i tak jest dostatecznie skomplikowany, pominąłem ją. Janusz Gamoń zwałił mi się na łeb jak lawina na schronisko w Morskim Oku, niestety serce mam dobre, bo chrześciajańskie i pomóc rodakowi należało. Tym bardziej, że był to syn mojego kolegi brata i tej konkubiny z wojska. Janusz Gamoń - jak już wspomniałem - był gamoniem, co było najdziwniejsze w całej sprawie. Według zapewnień swojego ojca ukończył porządne studia na kierunku transport i logistyka. Alma Mater niczego sobie, konkretnie Wyższa Szkoła Transportu i Logistyki im. prof. Wiktora Paleciaka w Szczecinku. To porządna uczelnia, z przedwojennymi tradycjami, w obiektach gdzie dziś mieści się uczelnia, przed wojną stacjonował batalion transportowy Wehrmachtu, więc - jak wspomniałem - z tradycjami. Po przyjeździe Janusza wyrobiliśmy Insurance Number i rozesłaliśmy aplikacje i CV gdzie tylko było można. Tam gdzie było możliwe via e - mail, tam gdzie trzeba było stawić się osobiście na interview, byliśmy osobiście.
Wielkie było moje zdziwienie, kiedy po dwóch tygodniach, zapotrzebowała Janusza firma współpracująca z Tesco. Najdziwniejsze było to, że potrzebowali człowieka do transportu i logistyki, więc dokładnie taka specjalność jaką posiadał Janusz Gamoń.
To bardzo rzadko się zdarza, by przyjezdny z Polski dostawał pracę, nie dość że tak szybko, to jeszcze zgodnie ze zdobytymi wcześniej kwalifikacjami. Pierwszy dzień w pracy minął Januszowi bez wiekszych niespodzianek. To bardzo lubiany przez wszystkich tzw. familiarizing, czyli zapoznawanie się z nowymi obowiązkami, poznawanie teamu, krótkie szkolenie w zakresie bezpieczeństwa pracy i ewentualne zapoznanie sie ze sprzętem jeśli takowy zostanie nam przydzielony. Januszowi przydzielono nowego Mercedesa Sprintera ( izotermę ). Do jego obowiązków należał odbiór towaru z centrum dystrybucyjnego i rozwiezienie po sklepach Tesco, według przygotowanej wcześniej tzw. listy deliverów. Praca całkowicie zgodna z umiejętnościami zawodowymi i wykształceniem Janusza Gamonia. Wpadł do mnie wieczorem bardzo zadowlony z takiego obrotu sprawy i bardzo podekscytowany. Powiedział, że jest lekko zesteresowany, bo nie zna dokładnie miasta, ale gdybym ja się zgodził to on pojedzie z Kasią, która miasto ma w małym paluszku i szybko obrobią się z robotą... i ja głupi się zgodziłem. Następnego dnia - wczesnym rankiem - Janusz Gamoń odebrał nowiutkiego Sprintera oraz listę deliverów i wyruszył z Kasią do centrum dystrybucyjnego. Kiedy wyjechał z bazy rozległ się potworny huk i samochód Janusza Gamonia utracił pół kabiny. Kiedy opadł kurz bitewny, okazało się, że na słupie energetycznym siedzi nowiutki, czerwony Chevrolet, a w Chevrolecie siedzi staruszka podobna do Marii Czubaszek. Czterotaktowy silnik samochodu taktownie milczał, natomiast staruszka podobna do Marii Czubaszek darła się w niebogłosy. Na środku drogi leżała wypadnięta szyba, a obok szyby wypadnięta moja Kasia, wyleciała razem z szybą. Poobijana, poraniona, sponiewierana. Nie, ja nie mogę o tym pisać... przepraszam... to straszne, to jeszcze we mnie siedzi. Dokończę jutro... przepraszam. Nie mogę. CDN
2375
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (42)