3 obserwujących
449 notek
507k odsłon
  707   0

Przed finałem Pucharu Polski. Ojrzyński apeluje do piłkarzy Arki: Uwierzcie w siebie

Leszek Ojrzyński cieszy się z gola podczas meczu finałowego piłkarskiego Pucharu Polski Arki Gdynia z Lechem Poznań	/Fot: Bartłomiej Zborowski
Leszek Ojrzyński cieszy się z gola podczas meczu finałowego piłkarskiego Pucharu Polski Arki Gdynia z Lechem Poznań /Fot: Bartłomiej Zborowski

W 2017 roku prowadzona przez Leszka Ojrzyńskiego Arka Gdynia, po dogrywce, pokonała w finale Pucharu Polski murowanego faworyta tych rozgrywek Lecha Poznań 2:1. W niedzielę drużyna znad morza o triumf w PP powalczy z rewelacyjnym w tym sezonie Rakowem Częstochowa. - Życzę arkowcom, żeby poszli w ślady mojej drużyny i zlali wyżej notowanych rywali – twierdzi w rozmowie z Salon24.pl Ojrzyński.

Piotr Dobrowolski „Salon24.pl”: - Często wraca pan do horroru z Lechem sprzed czterech lat?

Leszek Ojrzyński: - Co roku 2 maja stają mi przed oczami obrazki z tamtego spotkania. Wtedy nikt na nas nie stawiał. Przed meczem przyjmowano zakłady ile bramek wbije nam Lech. Podobno nasi rywale zamówili kilkanaście tysięcy okolicznościowych koszulek dla kibiców, które miały być rozdawane w trakcie fety w Poznaniu. Na trybunach zasiadło 50 tysięcy widzów. Gra o tak dużą stawkę, przy tak licznej publiczności, to było dla moich chłopaków coś nowego. Lech miał ogranie w europejskich pucharach, na swoim stadionie występował przy czterdziestotysięcznej widowni... Tymczasem po naprawdę heroicznym boju Puchar Polski pojechał nad morze. Za rok znów 2 maja graliśmy na Stadionie Narodowym, jednak tym razem nie udało się obronić trofeum. Przegraliśmy z Legią 1:2.

PD - Co zdecydowało o triumfie Arki w 2017 roku?

- Wiara w to, że możemy wygrać. No i bardzo dobre zmiany. To przecież rezerwowi – Rafał Siemaszko i Luka Zarandia zdobyli gole na wagę zwycięstwa. Zresztą bohaterów tamtego finału było więcej. Cudów w bramce dokonywał Pavels Steinbors, swoje zrobili też ci, którzy wyszli w podstawowym składzie. Przyznam, że wyjściowa jedenastka była totalnym zaskoczeniem dla rywali i... dla naszych kibiców. Od pierwszego gwizdka zagrali ci, którzy dotąd występowali mniej, jak choćby Przemek Trytko. Taki był zresztą nasz plan. Założyłem sobie, że to rezerwowi, z dużym zapasem sił, mogą rozstrzygnąć losy tego meczu. Dlatego z premedytacją posadziłem na ławce i Lukę i Siemaszkę.

Zobacz bramkę z finału Pucharu Polski w 2017 roku:


PD - Może podpowie pan obecnemu trenerowi Arki Dariuszowi Marcowi, jak zmobilizować piłkarzy przed starciem, w którym są skazywani na rolę chłopców do bicia?

- Nikogo nie trzeba było nakręcać. Odwrotnie, musiałem studzić głowy piłkarzy. Dbać, o to, by nie byli przemotywowani. Chłopaki zdawali sobie sprawę, że być może raz w życiu mają możliwość zagrać o taką stawkę, na takim stadionie. Każdy chciał pokazać 120 procent możliwości. Na trybunach zasiadło piętnaście tysięcy naszych kibiców, były rodziny piłkarzy, znajomi. To wszystko złożyło się na niepowtarzalną atmosferę. Nie tylko na boisku, ale przede wszystkim w szatni.

ZOBACZ: Legia Warszawa piłkarskim mistrzem Polski

PD - Zdobycie Pucharu Polski to największe osiągnięcie w pana dotychczasowej trenerskiej karierze?

- W 2017 roku odniosłem z Arką trzy równie ważne sukcesy. Pierwszym był puchar, kolejnym Superpuchar Polski, a trzecim utrzymanie gdynian w Ekstraklasie. To był wyjątkowy czas i wyjątkowa drużyna.

PD - Doprowadził pan Arkę do największych triumfów w dziejach klubu, a jednak w maju 2018 roku został zwolniony. Dlaczego?

- Ówcześni właściciele klubu, rodzina Midaków, mieli inną koncepcję budowy drużyny. Zajmowaliśmy szóste miejsce w tabeli, ale to było dla sterników Arki za mało. Chcieli jeszcze bardziej efektownej gry. Wypełniłem kontrakt i się pożegnaliśmy. Przyszedł nowy trener, sprowadzono mu niezłych zawodników, a ostatecznie zespół znalazł się w I lidze. Szkoda, bo moja przygoda z Arką powinna trwać dłużej.

PD - Niewielu kibiców pamięta, że w 2008 roku prowadził pan Raków. Jakie wspomnienia wywiózł pan spod Jasnej Góry?

- Kiedy przejmowałem Raków, drużyna zajmowała ostatnie miejsce w II lidze. Postawiono przede mną zadanie uratowania zespołu przed spadkiem. Graliśmy na tyle dobrze, że szybko ruszyliśmy w górę tabeli i... cele się zmieniły. Działaczom zamarzyła się walka o awans. Potem działy się dziwne rzeczy. Z klubowej kasy zginęły pieniądze, a ówczesny prezes zniknął. Po mnie przyszedł Jurek Brzęczek i to dzięki niemu Raków dziś może rozgrywać najlepszy sezon w historii. Jurek był nie tylko trenerem, ale i inwestorem. Razem z siostrzeńcem – Kubą Błaszczykowskim wpompowali w klub mnóstwo pieniędzy i uratowali Raków przed upadkiem. Gdyby nie oni, dziś na pewno nie byłoby w Częstochowie piłki na ekstraklasowym poziomie.

ZOBACZ: "Wszyscy piłkarze reprezentacji chcą się szczepić na COVID-19". Maciej Sawicki dla Salon24

PD - Pańską Arkę skazywano na porażkę z Lechem. Przed niedzielnym finałem nie brak głosów, że Raków rozniesie gdynian.

- Spokojnie, to tylko jeden mecz, w którym wszystko może się zdarzyć. Za Rakowem przemawia bardzo udany sezon w Ekstraklasie, ale atutem Arki jest ogranie w finale Pucharu Polski. Na przestrzeni ostatnich czterech lat, gracze z Gdyni po raz trzeci staną do walki o to trofeum. Marcus i Michał Marcjanik grali w mojej drużynie i na pewno podzielą się z kolegami swoim doświadczeniem z gry o tak wysoką stawkę. Jeśli Arka zagra konsekwentnie w obronie, nie da rywalom pohulać z przodu, to może wygrać.

PD - Komu będzie pan kibicował?

- Lubię Raków, ale większy sentyment mam do Arki. W Gdyni zostawiłem wielu przyjaciół, przeżyłem z tą drużyną piękne chwile, dlatego chciałbym, żeby puchar wrócił nad morze.

Rozmawiał Piotr Dobrowolski

Lubię to! Skomentuj1 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport