SquareWrestler SquareWrestler
86
BLOG

Collegium Humanum. Dyplom do rady, wiedza nieobowiązkowa

SquareWrestler SquareWrestler Polityka Obserwuj notkę 4
Państwo nie zostało oszukane przez jedną prywatną uczelnię. Państwo samo stworzyło rynek, na którym papier zaczął być wart więcej niż wiedza. Dyplom MBA otwierał drzwi do rad nadzorczych. Rady nadzorcze otwierały publiczną kasę. A Collegium Humanum miało dostarczać klucze szybciej, niż system potrafił sprawdzać kompetencje. Dziś są setki zarzutów, dziesiątki podejrzanych, miliony zabezpieczonego majątku i politycy, którzy nagle przypominają sobie, że sam dyplom jeszcze o niczym nie świadczy. I mają rację. Tylko że wcześniej ten sam dyplom wystarczał, by dostać stanowisko, pieniądze i prestiż. Collegium Humanum nie jest więc wyłącznie aferą fałszywych dokumentów. To afera państwa, które najpierw pomyliło papier z kompetencją, a później długo nie chciało sprawdzić, kto na tej pomyłce zarabiał.

Zakute łby #7. Collegium Humanum. Dyplom do rady, wiedza nieobowiązkowa


Jak państwo pomyliło papier z kompetencją, a politycy zamieniali tytuły w stanowiska i pieniądze


Państwo stworzyło popyt na MBA.


Polityka stworzyła kolejkę.


Collegium Humanum miało dostarczać papier.


Papier otwierał rady nadzorcze.


Rady otwierały publiczną kasę.


A kiedy fabryka zaczęła się sypać, jedni usłyszeli zarzuty, drudzy przenieśli dyplomy do spiżarni, a jeszcze inni zaczęli usuwać niewygodne kwalifikacje z oficjalnych życiorysów.


To nie jest wyłącznie afera jednej prywatnej uczelni.


To jest rentgen państwa, które uznało, że dokument może zastąpić wiedzę, egzamin i doświadczenie.


Państwo stworzyło bramkę


Ustawa o zasadach zarządzania mieniem państwowym uznała ukończenie studiów MBA za jedną z kwalifikacji pozwalających kandydować do organów nadzorczych spółek z udziałem Skarbu Państwa.


MBA ustawiono obok doktoratu, zawodów prawniczych, certyfikatów finansowych i państwowego egzaminu.


Ustawa sama nie stworzyła przestępstwa.


Stworzyła jednak popyt.


Polityk, samorządowiec albo urzędnik mógł przedstawić dyplom MBA jako jedną z ustawowych kwalifikacji — obok wymaganego wyższego wykształcenia, stażu zawodowego i pozostałych warunków.


> Państwo powiedziało:

„Masz odpowiedni papier — możesz nadzorować publiczny majątek”.


Rynek odpowiedział:

„Potrzebujesz papieru? Da się załatwić”.




Collegium Humanum nie wymyśliło politycznego głodu tytułów.


Collegium Humanum miało ten głód obsłużyć.


To nie był jeden rektor i kilka dyplomów


Skala postępowania pokazuje, że nie mówimy o drobnym przekręcie prowincjonalnej szkoły.


Według Prokuratury Krajowej przedstawiono 407 zarzutów 84 podejrzanym. Wobec 13 osób stosowano tymczasowe aresztowanie, a wartość zabezpieczonego mienia przekroczyła 176 milionów złotych.


Dwa akty oskarżenia objęły łącznie 55 osób, a śledztwo w pozostałym zakresie nadal trwa.


Według śledczych dokumentowanie fikcyjnych studiów miało być możliwe dzięki współpracy rektora, pracowników uczelni, pośredników oraz osób pełniących funkcje publiczne.


Uczelnia miała korzystać z około trzydziestu „rekruterów” dysponujących rozległymi kontaktami.


To już nie brzmi jak uczelnia.


To brzmi jak punkt usługowy.


Rekruter znajdował klienta.


Uczelnia wystawiała dokument.


Dokument otwierał stanowisko.


Stanowisko uruchamiało przelew.


Kto kontrolował kontrolujących?


Najbardziej niepokojący nie jest nawet sam handel papierami.


Najgroźniejszy jest wątek ludzi, którzy mieli sprawdzać jakość szkolnictwa.


Były dyrektor biura i sekretarz zespołu Polskiej Komisji Akredytacyjnej został oskarżony o powoływanie się na wpływy i przyjęcie od władz Collegium Humanum korzyści przekraczających 900 tysięcy złotych w zamian za pomoc w uzyskiwaniu pozytywnych decyzji, zgód na kierunki oraz filie.


Od przedstawicieli innych uczelni miał przyjąć kolejne korzyści przekraczające dwa miliony złotych.


I tutaj afera przestaje być historią o tym, jak prywatna uczelnia oszukiwała państwo.


Pojawia się znacznie gorsze pytanie:


> Czy część państwowego systemu kontroli pomagała uczelni wyglądać na instytucję godną zaufania?




Papier potwierdzał papier.


Pieczątka legalizowała pieczątkę.


Akredytacja uspokajała klientów.


A kiedy ktoś pytał o jakość, można było odpowiedzieć:


> Przecież uczelnia działa legalnie.

Ma zgody.

Państwo ją sprawdziło.




Tylko kto sprawdzał sprawdzających?


Dyplom, który zarabiał


Najczytelniejszym przykładem całego mechanizmu jest sprawa prezydenta Wrocławia Jacka Sutryka.


Według aktu oskarżenia Sutryk miał otrzymać świadectwo ukończenia MBA bez faktycznego odbycia studiów, a następnie użyć dokumentu przy obejmowaniu funkcji w trzech spółkach samorządowych.


Prokuratura twierdzi, że dzięki zasiadaniu w radach nadzorczych uzyskał łącznie ponad 495 tysięcy złotych nienależnego wynagrodzenia.


Sutryk nie przyznaje się do winy.


Ostateczne rozstrzygnięcie należy do sądu.


Tu nie potrzeba rozbudowanej analizy.


Ten dyplom nie wisiał na ścianie.


Ten dyplom pracował.


Otwierał drzwi.


Dawał formalne uprawnienie.


Uruchamiał publiczne pieniądze.


Dlatego w tej aferze trzeba sprawdzić:


kto się dyplomem posłużył,


jakie stanowisko dzięki niemu otrzymał,


ile zarobił,


kto zatwierdził nominację,


i czy pieniądze zostały zwrócone.


Absolwent nie oznacza przestępcy


Nie wolno jednak wszystkich absolwentów uczelni wrzucać do jednego worka.


Część ludzi mogła rzeczywiście uczestniczyć w zajęciach, zdawać egzaminy i płacić czesne w dobrej wierze.


Samo nazwisko w dokumentacji Collegium Humanum nie jest dowodem przestępstwa.


Samo posiadanie dyplomu również nie oznacza, że został kupiony albo wystawiony bez nauki.


Odpowiedzialność zaczyna się tam, gdzie pojawiają się dowody:


fikcyjnych zaliczeń,


nieprawdziwych dokumentów,


korzyści majątkowych,


politycznych przysług,


i wykorzystania papieru do zdobycia pieniędzy.


Zembaczyński i dyplom w spiżarni


Witold Zembaczyński przyznaje, że uzyskał w Collegium Humanum dyplom Executive MBA.


Twierdzi, że rzeczywiście uczestniczył w zajęciach, zapłacił z prywatnych pieniędzy i nie otrzymał dokumentu na skróty.


Po wybuchu afery powiedział jednak, że jego dyplom jest dziś nic niewarty i może powiesić go na ścianie w spiżarni.


Nie ma podstaw, aby bez dowodów zarzucać mu kupienie fikcyjnego świadectwa.


Pstryczek należy mu się za coś innego.


Zembaczyński chętnie występuje w roli politycznego śledczego.


Rozlicza.


Przesłuchuje.


Podejrzewa.


Zagląda przeciwnikom do dokumentów i życiorysów.


Kiedy jednak problem dotknął jego własnego dyplomu, nagle okazało się, że należy zachować ostrożność, oddzielać ludzi uczciwych od nieuczciwych i nikogo nie oskarżać bez dowodów.


I bardzo dobrze.


Szkoda tylko, że podobna ostrożność tak często pojawia się u polityków dopiero wtedy, gdy trzeba bronić własnego nazwiska.


> A spiżarnia?


Dobre miejsce.


Najlepiej obok słoików.


One przynajmniej mają zawartość zgodną z etykietą.




Wiceminister i dyplom, który zniknął


Jest jeszcze Katarzyna Kęcka.


Obecna wiceminister zdrowia.


Doktor nauk o zdrowiu.


Osoba nadzorująca między innymi uczelnie medyczne, Centrum Egzaminów Medycznych i instytucje odpowiedzialne za kształcenie podyplomowe.


W latach 2021–2022 studiowała zdalnie na Collegium Humanum. Po roku uzyskała MBA z zarządzania w ochronie zdrowia, a pracę końcową przygotowała wspólnie z dwiema innymi osobami.


Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że uczestniczyła we wszystkich zajęciach.


Nie ma informacji o postawieniu jej zarzutów.


Nie ma więc podstaw, aby twierdzić, że jej dyplom został uzyskany nierzetelnie.


Jest jednak inny problem.


Przed wybuchem afery Kęcka przedstawiała się publicznie jako:


> Katarzyna Kęcka, PhD, MBA.




Później MBA zniknęło.


Z profilu zawodowego.


Z publicznych biogramów.


Nie znalazło się również w oficjalnym życiorysie Ministerstwa Zdrowia, który wymienia doktorat, magisterium i inne studia podyplomowe.


Czy dyplom przestał istnieć?


Nie.


Przestał dobrze wyglądać.


Dopóki dodawał prestiżu, trafiał obok nazwiska.


Kiedy zaczął rodzić pytania, trafił do szuflady.


I właśnie tutaj pojawia się ironia całej sprawy.


Osoba nadzorująca dziś uczelnie medyczne i instytucje odpowiedzialne za egzaminy oraz kształcenie podyplomowe posiada dyplom uczelni będącej symbolem kryzysu jakości kształcenia.


Tylko że państwowy życiorys już o tym nie wspomina.


> Nie zarzucam Katarzynie Kęckiej kupienia fałszywego dyplomu. Pytam, dlaczego kwalifikacja, którą wcześniej eksponowano, zniknęła z oficjalnego biogramu dokładnie wtedy, gdy przestała być powodem do dumy.




To nie jest afera jednej partii


Afera Collegium Humanum jest politycznie groźna, ponieważ nie da się jej bezpiecznie przypisać jednemu obozowi.


W aktach pojawiają się samorządowcy, byli europosłowie, ludzie związani z Pałacem Prezydenckim, funkcjonariusze państwowych instytucji i politycy różnych opcji.


Jedni mieli przychodzić po dyplomy.


Drudzy po polityczne wpływy.


Trzeci po stanowiska.


Czwartych potrzebowano, aby cały mechanizm wyglądał legalnie.


Dlatego partie podchodzą do tej sprawy ostrożnie.


Każdy chętnie pokaże segregator przeciwnika.


Nikt nie ma pewności, czy następny nie będzie należał do jego własnego człowieka.


Najważniejszym testem śledztwa nie będzie więc sama liczba zarzutów.


Będzie nim odpowiedź na pytanie:


> Czy dokumenty, pieniądze i stanowiska zostaną sprawdzone tak samo dokładnie bez względu na barwy partyjne właściciela dyplomu?




Bo prokuratura podporządkowana politycznie nie może oczekiwać od obywateli ślepego zaufania.


Nie wystarczy powiedzieć:


> Śledztwo trwa.




Trzeba wiedzieć:


wobec kogo trwa,


kogo przesłuchano,


kogo oskarżono,


a czyje nazwisko od miesięcy pojawia się wyłącznie w medialnej mgle.


Papier przyjął wszystko


Dyplom miał potwierdzać kompetencję.


Stał się walutą.


Państwo stworzyło drzwi.


Polityka potrzebowała kluczy.


Collegium Humanum miało je dorabiać.


A kiedy mechanizm pękł, okazało się, że wszyscy byli niewinni.


Jedni niczego nie wiedzieli.


Drudzy naprawdę studiowali.


Trzeci nie pamiętali, skąd dokumentacja znalazła się w systemie.


Czwarci przenosili dyplomy do spiżarni.


Piąci usuwali niewygodne kwalifikacje z życiorysów.


Tylko pieniądze były prawdziwe.


Stanowiska były prawdziwe.


Wpływy były prawdziwe.


I rachunek wystawiony państwu również był prawdziwy.


Collegium Humanum nie jest wyłącznie aferą fałszywych dyplomów.


To afera państwa, które przez lata udawało, że papier jest tym samym co wiedza.


To afera polityków, którzy chcieli wyglądać na bardziej kompetentnych, niż byli w rzeczywistości.


I systemu, w którym tytuł przestał być potwierdzeniem pracy.


Stał się przepustką.



---


Polaku, nie bądź obojętny — zostaw komentarz. Twoja bierność to cicha zgoda.

Głos obywatela, który ma dość politycznego teatru i duopolu. Zadaję pytania o dokumenty, podpisy i interes publiczny tam, gdzie władza woli rzucać etykiety. Nie bronię polityków, sprawdzam ich.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka