Koalicja 15 października jeszcze istnieje.
Ma premiera. Ma ministrów. Ma większość, choć coraz bardziej skomplikowaną. Jej liderzy nadal spotykają się, robią wspólne zdjęcia i zapewniają, że najważniejsze jest zatrzymanie prawicy.
Tyle że za tym wspólnym obrazkiem coraz trudniej znaleźć wspólny interes.
Koalicja Obywatelska chce utrzymać władzę. PSL chce przeżyć. Polska 2050 chce nie zniknąć. Lewica chce nie zostać połknięta. Szymon Hołownia chce wrócić do gry. Donald Tusk coraz częściej nie wyznacza wspólnego kierunku, tylko ustawia partnerów tak, żeby żaden nie przewrócił stołu przed końcem kadencji.
To jeszcze nie jest rozpad koalicji.
To jest etap wcześniejszy — i być może znacznie ciekawszy.
Etap, w którym jeden rząd ma już kilka różnych planów na dzień po wyborach.
Nie mamy nagrania z tajnego spotkania ani podpisanej umowy o podziale przyszłych stanowisk.
Mamy jednak ciąg konkretnych zdarzeń: rozmowy o wspólnej liście, Kosiniaka-Kamysza pojawiającego się w doniesieniach jako kandydat na premiera, współpracę KO i PSL w Krakowie, oferty składane Hołowni oraz powrót do rozmów o podziale funkcji po rozpadzie Polski 2050.
To jeszcze nie dowód na gotowy układ.
To już wystarczający materiał, żeby zapytać, czy pod powierzchnią koalicyjnych zapewnień nie rozpoczął się przedwyborczy przetarg.
Jedna lista, jeden kapitan
Donald Tusk wrócił do pomysłu wspólnej listy całego obozu rządzącego. Według medialnych ustaleń przekonywał liderów koalicji, że jeżeli prawica pójdzie do wyborów w jednym bloku, obecna większość powinna odpowiedzieć tym samym.
Brzmi rozsądnie.
Problem zaczyna się wtedy, gdy spojrzymy na sondaże.
W badaniu United Surveys cytowanym przez „Rzeczpospolitą” Koalicja Obywatelska miała 28,7 proc., Lewica 7,1 proc., PSL 4,6 proc., a Polska 2050 zaledwie 1,6 proc. W innym badaniu PSL i Polska 2050 otrzymały odpowiednio 1,1 i 1,3 proc. Przy samodzielnym starcie dla obu ugrupowań oznaczałoby to polityczną katastrofę. „Rzeczpospolita”: jedna lista planem Tuska
Wspólna lista przedstawiana jest więc jako ratunek dla całej koalicji.
Tyle że szalupa ma kapitana.
I to kapitan decyduje, kto siedzi na bezpiecznym miejscu, kto przy burcie, a kto ma płynąć za łodzią.
Dla Tuska jedna lista oznacza nie tylko ograniczenie liczby zmarnowanych głosów. Daje mu także wpływ na układanie miejsc wyborczych. PSL, Polska 2050 i Lewica mogą otrzymać ochronę przed progiem, ale ceną będzie częściowa utrata samodzielności i zgoda na to, że o liczbie ich przyszłych posłów w dużej mierze zdecyduje lider najsilniejszej partii.
To nie musi być koalicja równych partnerów.
To może być polityczny wykup mniejszych wspólników przed bankructwem.
Kosiniak już przymierza fotel?
Najbliżej porozumienia z Tuskiem ma być Władysław Kosiniak-Kamysz.
Według ustaleń „Dziennika Gazety Prawnej” rozmowy liderów KO i PSL miały dotyczyć wspólnego startu w wyborach parlamentarnych w 2027 roku.
Ale na tym nie koniec.
W rozmowie miał się także pojawić wariant, w którym Kosiniak-Kamysz zostałby kandydatem na szefa przyszłego rządu. DGP: Kosiniak-Kamysz na premiera?
Podkreślmy uczciwie: to informacja medialna, a nie podpisana umowa.
Ale już sam fakt, że nazwisko przyszłego premiera pojawia się w rozmowach o wspólnej liście, mówi bardzo dużo.
Wyborów jeszcze nie przeprowadzono.
Większości jeszcze nie zdobyto.
A fotel premiera już pojawia się na stole negocjacyjnym.
Dla PSL taki układ byłby politycznym zwycięstwem. Partia balansująca w sondażach na granicy progu otrzymałaby bezpieczne miejsca na wspólnej liście, zachowałaby wpływy i mogłaby wystawić swojego lidera jako twarz całego obozu.
Tusk zyskałby natomiast przewidywalnego partnera, rozbudowane struktury terenowe oraz polityka, który mógłby przejąć część odpowiedzialności za przyszłą kampanię.
Być może nie patrzymy więc wyłącznie na próbę utrzymania obecnej koalicji.
Być może powstaje już układ sukcesyjny.
Kraków — jazda próbna nowego sojuszu
Pierwszym poligonem współpracy KO i PSL stał się Kraków.
Przedterminowe wybory prezydenta miasta odbędą się 27 września 2026 roku. Monika Piątkowska wystartuje z własnego komitetu „Ponad Podziałami”, ale zachowała poparcie Koalicji Obywatelskiej i PSL. Onet: kandydatka z własnego komitetu i poparciem KO–PSL
Donald Tusk i Władysław Kosiniak-Kamysz przedstawili ją wspólnie.
Polska 2050 natychmiast zaznaczyła, że Piątkowskiej nie popiera.
Lewica wystawiła własną kandydatkę.
I właśnie dlatego Kraków jest czymś więcej niż lokalnymi wyborami.
To pierwszy praktyczny test pokazujący, że partie tworzące jeden rząd nie potrafią już automatycznie stanąć pod jednym szyldem. KO i PSL sprawdzają, czy mogą działać razem. Polska 2050 próbuje udowodnić, że nie jest dodatkiem do Tuska. Lewica broni własnego miejsca na scenie.
Jeżeli kandydatka wspierana przez KO i PSL osiągnie dobry wynik, Tusk i Kosiniak otrzymają argument za rozszerzeniem współpracy na wybory parlamentarne.
Jeżeli przegra, rozpoczną się wzajemne rozliczenia.
W obu przypadkach Kraków będzie próbą generalną przed 2027 rokiem.
Hołownia — kolor zależny od oświetlenia
Szymon Hołownia miał odchodzić z pierwszej ligi.
Przestał być marszałkiem Sejmu. Oddał kierowanie Polską 2050. Nie zdobył międzynarodowego stanowiska, o które się ubiegał. Jego ugrupowanie rozpadło się na dwa piętnastoosobowe środowiska.
I nagle Hołownia znowu znalazł się w centrum politycznych rozmów.
Według „Rzeczpospolitej” na stole mają leżeć trzy potencjalne drogi. Pierwsza to wejście do rządu jako wicepremier i minister kultury. Druga to odbudowanie współpracy Polski 2050 z PSL i odtworzenie czegoś na kształt Trzeciej Drogi. Trzecia prowadzi w stronę Mateusza Morawieckiego i środowiska Rozwoju Plus. „Rzeczpospolita”: trzy oferty dla Hołowni
Nie ma dowodu, że Hołownia którąkolwiek z tych propozycji przyjął. Nie wiadomo nawet, które z nich są realnymi ofertami, a które elementem politycznego podbijania stawki.
Ale sam zestaw możliwości jest niezwykle wymowny.
Wicepremier u Tuska.
Ponowne małżeństwo z PSL.
A może współpraca z byłym premierem PiS.
Jeszcze niedawno Hołownia chciał wyjechać do ONZ. Dzisiaj miałby wracać po klub, partię i ministerstwo.
Nie jest to powrót człowieka, który odzyskał polityczną wizję.
To powrót człowieka, który wyczuł, że w przedwyborczym zamieszaniu jego piętnastu posłów znowu może mieć określoną cenę.
Polityczny kameleon nie zmienia barw bez powodu.
Zmienia je wtedy, gdy poprzedni kolor przestaje zapewniać widoczność.
Rozpad partii, ponowne liczenie stanowisk
Podział Polski 2050 nie pozostał wewnętrzną sprawą jednego ugrupowania.
Po rozłamie natychmiast pojawiły się pytania o renegocjację umowy koalicyjnej, parytety w komisjach sejmowych i ponowny podział stanowisk. Interia: po rozpadzie Polski 2050 wraca temat podziału funkcji
I tutaj dochodzimy do sedna.
Kiedy politycy mówią o wartościach, reformach i odpowiedzialności za państwo, zaplecze liczy przewodniczących komisji, wiceministrów, miejsca na listach i liczbę posłów potrzebnych do utrzymania większości.
Nie dlatego, że polityka może funkcjonować bez stanowisk.
Nie może.
Problem pojawia się wtedy, gdy podział funkcji zaczyna wyprzedzać podział głosów oddanych przez obywateli.
Coraz więcej wskazuje na to, że obecna koalicja nie przygotowuje już tylko programu na następną kadencję.
Ona przygotowuje także własny plan miejsc siedzących.
Pod stołem może więc trwać rozdawanie przyszłych stanowisk.
Nad stołem leżą natomiast rachunki za publiczne pieniądze rozdysponowane w obecnej kadencji.
KPO — jachty, sauny i kontrola po wybuchu afery
Krajowy Plan Odbudowy miał być symbolem skuteczności nowej władzy.
Donald Tusk przedstawiał odblokowanie pieniędzy jako jeden z największych sukcesów swojego rządu. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz przekonywała, że środki popłyną do gospodarki i pomogą odbudować jej odporność po pandemii.
A później Polacy zobaczyli mapę projektów dla branży HoReCa.
Wśród przedsięwzięć finansowanych z programu wartego około 1,2 mld zł znalazły się jachty, sauny, solaria, baseny, ekspresy do kawy, wymiana mebli oraz wirtualna strzelnica.
Sam zakup jachtu czy sauny nie musiał automatycznie oznaczać naruszenia warunków programu. Dotacje miały służyć również rozszerzaniu i dywersyfikacji działalności przedsiębiorstw.
Problem polegał na czymś innym.
Czy państwo naprawdę potrzebowało medialnej burzy, żeby sprawdzić, czy właśnie w taki sposób należy budować odporność polskiej gospodarki?
Po wybuchu afery wypłaty zostały wstrzymane, rozpoczęto kontrolowanie wszystkich projektów, a ówczesna prezes PARP straciła stanowisko. Postępowanie dotyczące możliwego sprzeniewierzenia środków unijnych przejęła Prokuratura Europejska.
Nie przesądza to niczyjej winy, ale pokazuje, że sprawa wyszła daleko poza zwykłą polityczną awanturę. Bankier/PAP: postępowanie przejęte przez Prokuraturę Europejską
Najnowsze dane Ministerstwa Funduszy nie pozwalają uczciwie twierdzić, że cały program był jednym wielkim przekrętem.
Do sierpnia 2026 roku zweryfikowano wszystkie 3206 zatwierdzonych projektów. Przeprowadzono 827 kontroli na miejscu. W 60 przypadkach stwierdzone nieprawidłowości spowodowały korekty finansowe, a 48 umów rozwiązano. Jeżeli pieniądze zostały już wypłacone, rozpoczęto procedurę ich odzyskiwania.
Ministerstwo zapewnia również, że kontrole nie potwierdziły konfliktów interesów przy ocenianiu wniosków. Ministerstwo Funduszy: wyniki kontroli KPO dla HoReCa
Większość projektów przeszła więc kontrolę pozytywnie.
Ale 48 rozwiązanych umów i 60 korekt finansowych nie wzięło się z powietrza.
Najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego system, który miał rozdzielać miliardy publicznych pieniędzy, został poddany stuprocentowej weryfikacji dopiero wtedy, gdy obywatele zobaczyli w internecie jachty, sauny i solaria?
To nie jest wyłącznie problem kilku przedsiębiorców.
To problem państwa, które najpierw stworzyło kryteria pozwalające zatwierdzać przedsięwzięcia trudne do obrony przed opinią publiczną, a dopiero później zaczęło sprawdzać, czy rzeczywiście odpowiadały celom programu.
Za resort funduszy odpowiada Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz — obecna liderka Polski 2050, która równocześnie walczy z Tuskiem o samodzielność swojego ugrupowania i przedstawia się jako zwolenniczka lepszego zarządzania państwem.
Trzeba jej oddać, że wstrzymała wypłaty i zarządziła kontrole.
Ale politycznie nie może występować wyłącznie w roli osoby sprzątającej, skoro problem powstał w systemie nadzorowanym przez jej resort.
KPO nie jest więc dodatkiem do historii o pęknięciach w koalicji.
Jest jej częścią.
Pokazuje, że partnerzy Tuska walczą nie tylko o miejsca na listach i przyszłe stanowiska. Walczą również o to, kto poniesie polityczny koszt decyzji podjętych podczas obecnej kadencji.
Koalicja obiecała, że odblokuje KPO.
Odblokowała.
Nie przewidziała tylko, że symbolem tego sukcesu zamiast nowych technologii i odpornej gospodarki stanie się jacht kupiony z publicznym dofinansowaniem.
Pomoc dla powodzian. 4,5 miliona tam, gdzie nie potwierdzono powodzi
Po aferze z KPO pojawiła się kolejna historia o publicznych pieniądzach.
Tym razem nie chodziło o jachty, sauny ani solaria.
Chodziło o pomoc przeznaczoną dla przedsiębiorców poszkodowanych przez powódź.
Około 4,5 mln zł rozdysponowanych przez Karkonoską Agencję Rozwoju Regionalnego trafiło do trzech podmiotów z jednej okolicy.
Firma męża ówczesnej wiceprezeski KARR i działaczki Koalicji Obywatelskiej Anny Konieczyńskiej otrzymała 200 tys. zł — maksymalną pożyczkę z funduszu ministerialnego.
Spółka należąca do sąsiada dostała 3,2 mln zł.
Ponad 1,12 mln zł trafiło natomiast do firmy właściciela lokalnej telewizji współpracującej z samorządami.
Problem polega na tym, że dane Państwowej Straży Pożarnej, Wód Polskich, unijnego systemu Copernicus oraz ICEYE nie potwierdziły obecności wody powodziowej pod wskazanymi adresami.
W przypadku firmy męża wiceprezeski KARR gmina przyznała, że nie posiadała niezależnego dowodu, iż opisane uszkodzenia rzeczywiście powstały wskutek powodzi.
W przypadku trzeciego beneficjenta Bank Gospodarstwa Krajowego potwierdził natomiast brak wymaganej regulaminem deklaracji bezstronności. Wirtualna Polska: 4,5 mln zł dla trzech podmiotów
Sprawę badają prokuratura i Centralne Biuro Antykorupcyjne. Anna Konieczyńska została odwołana ze stanowiska wiceprezeski KARR. O ewentualnej odpowiedzialności karnej zdecydują śledczy i sąd. TVN24, Bankier/PAP
Polityczne pytanie można jednak zadać już dzisiaj.
Jak wyglądał system weryfikacji szkód, skoro miliony przeznaczone dla przedsiębiorców dotkniętych żywiołem trafiły do firm, przy których cztery niezależne źródła nie potwierdziły obecności wody?
I dlaczego maksymalne wsparcie otrzymała firma męża osoby zasiadającej we władzach instytucji uczestniczącej w rozdzielaniu pomocy?
Najpierw KPO wymagało kontroli wszystkich 3206 zatwierdzonych projektów.
Później CBA zaczęło analizować dokumentację dotyczącą pomocy powodziowej.
Inne pieniądze. Inny program. Inny poziom administracji.
Ale pytanie pozostaje to samo:
czy państwo kontrolowało sposób rozdzielania publicznych środków przed ich przyznaniem — czy dopiero wtedy, gdy sprawą zajęli się dziennikarze, służby i prokuratura?
Szpital, koordynator i funkcja, której nie było
Trzecim poziomem tej historii jest Warszawski Szpital Południowy.
Miejski audyt wykazał tam najwięcej nieprawidłowości spośród kontrolowanych warszawskich SOR-ów. Ujawniono dyżury trwające 48, 60, 72, a nawet 110 godzin bez przerwy.
Okazało się również, że szpital przez półtora roku płacił za funkcję koordynatora SOR, która formalnie nie istniała w strukturze placówki.
Funkcję tę pełnił Dawid Kacprzyk — lekarz w trakcie specjalizacji i radny Koalicji Obywatelskiej. Jego stawka miała wzrosnąć z 230 do 330 zł za godzinę, a szpital nie posiadał dokumentacji wyjaśniającej, dlaczego była wyższa od wynagrodzeń bardziej doświadczonych specjalistów. Interia: wyniki audytu warszawskich SOR-ów
Z oświadczenia majątkowego Kacprzyka wynikało ponad 1,6 mln zł przychodu z działalności medycznej w ciągu roku. Tylko w Szpitalu Południowym miał przepracować w 2025 roku 3976 godzin, czyli średnio około 331 godzin miesięcznie. TVN Warszawa
Osobna kontrola NIK wykazała kolejne problemy: niewłaściwe rozdzielanie świadczeń finansowanych przez NFZ od działalności komercyjnej, niezgodności w dokumentacji i zatrudnieniu, nadmierny czas pracy personelu oraz nieprawidłowości w gospodarowaniu sprzętem i pomieszczeniami. Raport NIK o Szpitalu Południowym
Znów nie chodzi wyłącznie o jednego lekarza.
Chodzi o system, w którym przez długi czas można było płacić za nieistniejącą formalnie funkcję, układać dyżury liczone w dniach i nie posiadać dokumentów uzasadniających wyjątkowe stawki.
A wszystko to w mieście zarządzanym przez polityków obozu, który wygrał wybory pod hasłem przywracania przejrzystości.
Trzy piętra tych samych standardów
KPO działało na poziomie państwa.
KARR rozdzielała pieniądze na poziomie regionalnym.
Szpital Południowy podlega warszawskiemu samorządowi.
Trzy różne instytucje.
Trzy różne źródła pieniędzy.
Trzy różne mechanizmy.
A jednak w każdej z tych historii powracają podobne pytania o kryteria, nadzór, dokumentację, powiązania i kontrole uruchamiane lub rozszerzane dopiero po publikacjach medialnych.
Nie oznacza to, że wszystko było nielegalne.
Nie oznacza nawet, że większość pieniędzy została wydana źle. W przypadku KPO oficjalne wyniki kontroli pokazują, że większość projektów nie miała istotnych nieprawidłowości powodujących skutki finansowe.
Ale polityczna wiarygodność nie kończy się na pytaniu, czy ktoś popełnił przestępstwo.
Koalicja wygrała wybory, obiecując wyższy standard zarządzania państwem.
Dlatego musi odpowiedzieć nie tylko na pytanie, czy złamano prawo.
Musi również odpowiedzieć, dlaczego system dopuszczał sytuacje, których później sama władza nie potrafiła obronić bez kontroli, korekt, odwołań i prokuratorskich postępowań.
Jeden rząd, kilka kalkulatorów
Kiedy złożymy wszystkie elementy, obraz staje się czytelny.
Mamy pęknięcie wyborcze — partie nie wiedzą, czy wystartować razem, czy ratować własne szyldy.
Mamy pęknięcie personalne — w tle pojawiają się rozmowy o przyszłym premierze, resortach, klubach i miejscach na listach.
Mamy pęknięcie organizacyjne — rozpad Polski 2050 zmienił sejmową arytmetykę i uruchomił ponowne liczenie stanowisk.
Mamy wreszcie pęknięcie wizerunkowe — afery wokół KPO, pieniędzy powodziowych i Szpitala Południowego podważają opowieść o nowych standardach.
Koalicja jeszcze się nie rozpadła.
Ale przestała mieć jeden interes polityczny.
Nadal ma wspólny rząd, lecz coraz wyraźniej widać, że każdy partner przygotowuje własną drogę przetrwania. PSL zbliża się do KO. Lewica odsuwa się od wspólnej listy. Polska 2050 walczy o resztki podmiotowości. Hołownia sprawdza kolejne warianty powrotu. Tusk próbuje zamknąć wszystkich pod jednym szyldem, zanim sondaże zrobią to za niego.
Koalicje rzadko rozpadają się od jednego wielkiego wybuchu.
Najpierw każdy partner zaczyna sprawdzać, czy bardziej opłaca mu się trwać razem, czy przeżyć osobno.
I właśnie ten etap już się rozpoczął.
Polacy jeszcze nie zdecydowali, kto wygra następne wybory.
Tymczasem politycy mogą już rozmawiać o tym, kto po tych wyborach zostanie premierem, ilu posłów dostanie każdy partner i na którym krześle usiądzie.
A jednocześnie muszą tłumaczyć, jak w obecnej kadencji rozdzielano pieniądze z KPO, pomoc dla przedsiębiorców po powodzi oraz środki w podległych samorządom instytucjach.
Pod stołem może trwać rozdawanie przyszłych stanowisk.
Nad stołem leżą rachunki za pieniądze rozdysponowane dzisiaj.
Pozostaje więc jedno pytanie:
czy wyborcy mają jeszcze wybrać przyszły rząd — czy jedynie zatwierdzić układ, który wcześniej zostanie uzgodniony za zamkniętymi drzwiami?



Komentarze
Pokaż komentarze (1)