NAJPIERW BYŁO ZAGROŻENIE
17 września Donald Tusk stanął w Sejmie i przedstawił – jak sam zaznaczył – najbardziej prawdopodobny scenariusz najbliższych miesięcy.
Mówił o „poważnych zdarzeniach”.
O potrzebie „mentalnej gotowości”.
O rosyjskich atakach na ukraińską logistykę.
I wreszcie o ocenach wywiadów, według których w rosyjskich planach znajdują się także hybrydowe uderzenia dronami i rakietami na państwa wspierające Ukrainę, w tym Polskę.
To już nie był medialny ekspert.
Nie anonimowe źródło.
Nie nagłówek portalu.
To był premier Rzeczypospolitej przemawiający z mównicy sejmowej.
I właśnie dlatego te słowa mają ciężar.
Tusk jednocześnie zastrzegł, że przedstawiany scenariusz nie jest jedynym możliwym.
To ważne.
Bo między:
„wywiady oceniają taki scenariusz jako możliwy”
a:
„wojna nadchodzi”
jest ogromna przestrzeń.
Tylko że przestrzeń tę bardzo szybko wypełniają emocje.
POTEM ZAWYŁY SYRENY
Alerty.
Syreny.
Myśliwce poderwane w powietrze.
Informacje o atakach kilometry od polskiej granicy.
Kolejne paski telewizyjne.
Kolejne relacje.
Kolejne ostrzeżenia.
Każdy z tych elementów osobno może mieć racjonalne uzasadnienie.
Państwo musi ostrzegać.
Wojsko musi reagować.
Media muszą informować.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy patrzeć na pojedynczy komunikat i patrzymy na sumę komunikatów.
Bo obywatel nie odbiera każdego z nich w osobnej szufladzie.
Odbiera wszystko naraz.
I zaczyna żyć nie pojedynczym incydentem.
Zaczyna żyć możliwością wojny.
A POTEM SIKORSKI POWIEDZIAŁ COŚ DZIWNEGO
W samym środku tej atmosfery Radosław Sikorski przedstawił zupełnie inną perspektywę.
Według ministra spraw zagranicznych europejska część NATO posiada tak dużą przewagę powietrzną nad Rosją, że w przypadku rosyjskiego ataku Sojusz mógłby stosunkowo szybko zadać Rosji ogromne straty.
I tutaj pojawia się paradoks.
Z jednej strony:
Rosja jest tak niebezpieczna, że musimy przygotowywać społeczeństwo na najgorsze scenariusze.
Z drugiej:
Rosja konwencjonalnie znalazłaby się w dramatycznie gorszej sytuacji w bezpośrednim starciu z NATO.
Te dwa zdania nie muszą sobie przeczyć.
Właśnie na tym polega odstraszanie.
Przygotowujesz się do wojny po to, żeby przeciwnik jej nie rozpoczął.
Ale z punktu widzenia zwykłego człowieka komunikat zaczyna wyglądać dziwnie.
Mamy się bać przeciwnika, którego jednocześnie przedstawiamy jako przeciwnika znajdującego się w bardzo trudnym położeniu wobec NATO.
Więc czego właściwie mamy się bać?
Ataku?
Prowokacji?
Przypadku?
Eskalacji?
Czy tego, że ktoś po którejś stronie popełni błąd?
I WTEDY POJAWIA SIĘ FICO
19 września premier Słowacji Robert Fico poszedł jeszcze dalej.
Stwierdził, że część zachodnich polityków dąży do bezpośredniego konfliktu NATO z Rosją.
To poważne oskarżenie.
I trzeba powiedzieć jasno:
Fico nie przedstawił dowodu na istnienie takiego planu.
Jego słów nie można więc przedstawiać jako potwierdzenia, że Zachód przygotowuje wojnę.
Ale nie można też udawać, że nic się nie wydarzyło.
Premier państwa NATO publicznie mówi, że obawia się już nie tylko działań Rosji.
Obawia się również sposobu, w jaki Zachód na te działania odpowiada.
I nagle spór przestaje wyglądać tak:
NATO kontra Rosja.
Pojawia się drugi:
jak daleko NATO powinno posunąć się w odpowiedzi na rosyjską eskalację?
To zasadnicza różnica.
EFEKT FLAGI
I dokładnie w tym momencie w polskiej debacie pojawia się kolejne pojęcie:
„efekt flagi”.
Mechanizm znany od dawna.
Kiedy pojawia się zewnętrzne zagrożenie, społeczeństwo może na pewien czas skupić się wokół państwa i jego przywódców.
Spory wewnętrzne tracą znaczenie.
Afery schodzą z pierwszych stron.
Dług przestaje być najważniejszym tematem.
Problemy służby zdrowia mogą poczekać.
Rozliczenia mogą poczekać.
Bo obywatel ma ważniejsze pytanie:
czy moja rodzina jest bezpieczna?
I tutaj robi się naprawdę ciekawie.
Bo tuż przed kulminacją wrześniowej komunikacji wojennej badanie United Surveys dla WP pokazywało przewagę negatywnych ocen Donalda Tuska.
Czy to oznacza, że późniejsza komunikacja dotycząca bezpieczeństwa została uruchomiona po to, żeby poprawić jego notowania?
Nie.
Nie mamy na to dowodu.
I właśnie dlatego tego nie twierdzę.
Ale mamy coś innego.
Mamy idealny punkt odniesienia „przed”.
Teraz wystarczy poczekać na „po”.
Jeżeli następne porównywalne badania pokażą istotną zmianę, będzie można sprawdzić, czy w Polsce rzeczywiście pojawiło się zjawisko przypominające efekt flagi.
Nie intencję.
Nie spisek.
Efekt.
To zasadnicza różnica.
STRACH MA SWOJĄ ANATOMIĘ
Najciekawsze w strachu jest to, że nie trzeba go wymyślać.
Najskuteczniejszy strach zaczyna się od czegoś prawdziwego.
Rosja naprawdę prowadzi wojnę.
Rakiety naprawdę spadają na Ukrainę.
Drony naprawdę pojawiają się w pobliżu granic NATO.
Wojsko naprawdę musi reagować.
A później zaczyna się druga warstwa.
Interpretacja.
Trzecia.
Polityka.
Czwarta.
Media.
Piąta.
Emocje społeczne.
I po kilku dniach trudno już ustalić, gdzie kończy się informacja, a zaczyna atmosfera.
To właśnie jest anatomia strachu.
Nie jeden wielki spisek.
Nie człowiek siedzący przy biurku i naciskający czerwony guzik z napisem:
„STRASZYĆ”.
Mechanizm jest znacznie prostszy.
I przez to znacznie ciekawszy.
Realne wydarzenie.
Ostrzeżenie.
Polityczna interpretacja.
Nagłówek.
Ekspert.
Kolejny alarm.
Kolejna wypowiedź.
Kolejny pasek.
A na końcu człowiek, który rano sprawdza telefon i zastanawia się:
czy dzisiaj znowu coś przyleci?
NAJWAŻNIEJSZE PYTANIE
Nie pytam, czy Rosja jest zagrożeniem.
Jest.
Nie pytam, czy Polska powinna się przygotowywać.
Powinna.
Nie pytam, czy wojsko powinno reagować.
Powinno.
Pytam o coś trudniejszego.
Kto pilnuje, żeby przygotowanie społeczeństwa na zagrożenie nie zamieniło się w przyzwyczajanie społeczeństwa do strachu?
Bo państwo potrzebuje obywatela przygotowanego.
Nie spanikowanego.
Świadomego.
Nie sparaliżowanego.
Odpornego.
Nie żyjącego od alertu do alertu.
A politycy – niezależnie od tego, kto akurat rządzi – powinni pamiętać jeszcze o jednym.
Strach potrafi na chwilę przykryć bardzo wiele.
Ale ma też efekt uboczny.
Po pewnym czasie obywatel może zadać inne pytanie:
Skoro od tygodni mówicie mi, że zagrożenie jest tak poważne, to pokażcie, co konkretnie zrobiliście, żeby mnie przed nim zabezpieczyć.
I wtedy strach przestaje być politycznie wygodny.
Zaczyna wystawiać rachunki.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)