Media alarmują, że ponad jedna trzecia Polaków odkłada lub odwołuje wizyty u lekarza z powodów finansowych, szczególnie, jeśli chodzi o okulistów i dentystów, a niewiele mniej rezygnuje z zakupu leków.
Gdy przeczytałem tę wiadomość, pierwsze, co przyszło mi do głowy to: po jaką cholerę w takim razie płacimy te składki „zdrowotne”?! Nie tak dawno otrzymałem w pracy pierwszy raport opłacania przez mojego pracodawcę składek w tak zwanym Zakładzie Utylizacji Szmalu, czyli inaczej ZUS-ie. I cóż się z niego dowiedziałem? Ano tyle, że na to żebym 3-5 razy do roku (odpukać…) szedł do lekarza muszę CO MIESIĄC zapłacić 185,54 zł (słownie sto osiemdziesiąt pięć złotych pięćdziesiąt cztery grosze)! Rockefellerem nie jestem, wręcz daleko mi do niego, jak koliberkowi do kondora, ale to jest prawie 12% mojego wynagrodzenia! Gdyby każdy przystojny i nienagannie ubrany pan (i/lub śliczna i (nienaga)nnie ubrana pani) spod sklepu – takiego z napisem „24H” w logo – miał/a przy sobie butelczynę z trunkiem przynajmniej 12-procentowym, jak ilość składem na zdrowie z mojej wypłaty, to miałby/łaby czarodziejski wieczór marzeń, a ja?! Ja nie tylko nie mam tych 12% w butelce, ale wręcz jest mi ono (12% ale pieniędzy) zabierane i to na co?! No właśnie, na co?
Jedna trzecia Polaków odkłada lub odwołuje wizyty u lekarza z powodów finansowych, a tymczasem jedna trzecia z MOICH 12% wynagrodzenia trafia do darmozjadów w rządzie – Ministerstwie Zdrowia etc. –, którzy zwiększają limity w Narodowym Funduszu Zadłużeniowym (w skrócie NFZ), a ja się pytam, z czego?! Z własnych pieniędzy? Oczywiście, że nie! Z naszych kieszeni biorą kolejną kasę i/lub zwiększają deficyt budżetowy, po czym również biorą kasę od nas żeby ją łatać. Jedna trzecia znowuż trafia do darmozjadów w samym Funduszu, którzy potrafią tylko biadolić jak to jest źle i niedobrze, bo nie ma pieniędzy. A dopiero pozostała jedna trzecia trafia do samych zainteresowanych: szpitali, przychodni, lekarzy etc. I jak tu się potem dziwić, że ludzie odwołują wizyty, skoro z Funduszu nie dostaną nic, bo limity na nowy rok kończą się już w styczniu, maksymalnie lutym, a na prywatne wizyty nie ma pieniędzy, bo i czemu mają być skoro 12% i więcej z naszych pensji co miesiąc przekazujemy „dla zdrowotności” NFZ-owi?
Wyjście? Zlikwidować NFZ, składki zdrowotne i wszystkie inne formy przymusowych opłat na coś, co przydaje się nam kilka razy w roku, a niektórym ani razu (bo są i tacy), sprywatyzować służbę zdrowia i spokój. Co wtedy? Wtedy każdy, kto boi się o swoje zdrowie samodzielnie ubezpieczy się u prywatnego ubezpieczyciela, u którego za takie pieniądze (ok. 2227 zł i więcej) dostanie złotą, jeśli nie platynową, kartę pacjenta w prywatnej klinice z tak zwaną full opcją. A jeśli ktoś lubi ryzyko lub nie choruje to nie ubezpieczy się nigdzie i będzie miał 12% wypłaty więcej w kieszeni na spełnianie swoich marzeń, pasji, zainteresowań lub kiedy akurat zdarzy mu się zachorować zapłaci sobie za leczenie – pewnie będzie miał dość pieniędzy mając je w kieszeni. A jeśli ktoś nie potrafi gospodarować pieniędzmi i wszystko przepuści nie mając za co zapłacić kosztów leczenia, można zapytać? To po pierwsze jego problem, niech się nauczy, nie jest dzieckiem, a po drugie jak będzie musiał to pożyczy od rodziny, banku – gdziekolwiek i następnym razem się nauczy lepiej gospodarzyć. A co z tymi, którzy nie mają pracy lub zarabiają mało? Jak nie mają pracy to niech szukają, jest jej dużo (coś o tym wiem, bo niedawno szukałem), trudno ją dostać, ale jest. A małozarabiający zamiast złotej dostaną srebrną, miedzianą… (metali ci u nas pod dostatkiem) kartę pacjenta w wersji standard lub innej – konkurencja sprzyja polepszaniu jakości przy spadających kosztach – prawo rynku, ot co…


Komentarze
Pokaż komentarze (1)