124 obserwujących
504 notki
962k odsłony
  2155   4

Kogo moralność uwiera?

image Na początku XVI w. ukazało się dzieło “Il Principio” (“Książę”), w którym Włoch Nicolo Machiavelli wyłożył swoje poglądy na temat władzy państwowej i sposobów uprawiania polityki. Uważał, że ludzie z natury są źli, a dobro występuje tylko jako kategoria etyczna i w polityce nie odgrywa istotnej roli. W niej decyduje „racja stanu” i władca (“Książę”) uprawiający politykę powinien używać wszelkich środków, także moralnie nagannych, jeśli dzięki temu osiągnie ważny dla państwa cel. Machiavelli twierdził, że względy moralne nie obowiązują w polityce, a władza polityczna stoi poza dobrem i złem i może popełniać czyny niemoralne. Moralność według niego odnosi się do relacji osobowych, między jednostkami, ale nie powinna wkraczać w sferę polityki. Dlatego autor “Księcia” uważał, że chrześcijaństwo szkodzi, chcąc ująć politykę w ramy etyki.

 Traktat Machiavellego ukazał się drukiem w 1532 r., doczekał się wielu wydań i był bardzo popularny w elitach Europy. Wskazania Machiavellego, recepcja jego myśli sprawiły, że w polityce europejskiej zaczęto używać powiedzenia o celu, który „uświęca” prowadzące do niego środki.

 W przedmowie do polskiego wydania “Księcia” (2005 r.) czytamy: “Jeżeli w zachodniej Europie wpływ Machiavellego był tak potężny, popularność jego tak ogromna, jak żadnego innego pisarza politycznego, to zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa w Polsce. Pomimo bardzo żywych stosunków kulturalnych między Włochami a Polską w XVI wieku ‘Książę’ nie wywarł tu żadnego wpływu na kształtowanie się pojęć politycznych i pozostał prawie nieznany”. Ten fenomen autor wstępu wyjaśnia: “Głęboka religijność panująca w Polsce sprawiła, że wszyscy bez wyjątku pisarze polityczni uważali moralność za konieczną podstawę wszystkich rządów”.

image Feliks Koneczny w pracy “Polskie logos i ethos”, pisanej u zarania II Rzeczypospolitej (Poznań, 1921), wskazywał:„ … Ostatecznie stanęło na tym, że uczciwość przeszkadza polityce, i objawiono światu piątą ewangelię głoszącą nowe przykazanie: Bądź cnotliwym z wyjątkiem życia publicznego. Niecnota w polityce bywała wprawdzie zawsze, ale wytykano ją jako niecnotę; w wieku XIX kazano ją wielbić jako cnotę w y j ą t k o w ą w dosłownym znaczeniu tego wyrazu. Reguła opiewała: pielęgnuj cnotę; wyjątek nakazywał rzucić cnotę w życiu publicznym, i to pod srogim rygorem, że się będzie inaczej uważanym za głupca. Rygor poskutkował znakomicie. Od spraw najważniejszych przechodziła zasada do coraz mniejszych, aż cały obszar życia publicznego opanowali ludzie mniej skrupulatni. We Francji ludzie z czulszym sumieniem wycofali się całkiem z życia publicznego, a typ polityka „zawodowego” począł się wyradzać w jakąś mieszanina aktora i oszusta. Ten typ rozpowszechnił się szybko po innych krajach i nastąpiło powszechne zatrucie atmosfery życia publicznego.”

 Koneczny konstatował, że Europa uznała, iż polityka nie ma związku z moralnością, gdy w przypadku Polaków “nie ma takiej siły, która by nas mogła oduczyć łączenia polityki z etyką” – podkreślał Koneczny. Badając dzieje Polski i mechanizmy cywilizacji, wykazywał, że naród nie ma celu wytkniętego z góry, np. przez Opatrzność, ale sam go wybiera, działając w historii. Stąd też: “Celowość bytu narodowego stanowi ciężar, który się dobrowolnie nakłada na siebie i który może być w każdej chwili zrzucony”.

Pojawiają się dziś próby pozbycia się „sensu” polskiego bytu narodowego. W publicystyce pojawiła się „siła”, która chcę Polaków „oduczyć łączenia polityki z etyką” na początek „rewidując” spojrzenie Polaków na dzieje najnowsze i przekonując, że można/trzeba odrzucać "honor" i tym podobne dziwactwa, żeby ratować majątek i życie. 

Dwie strony medalu

 W PRL komuniści i ich propaganda, „prawomyślni” historycy twierdzili, że przyczyną klęski II Rzeczypospolitej była „teoria dwóch wrogów”. Wróg przecież był jeden, Niemcy i trzeba było współpracować z ZSRR, czego zbrodnicza „sanacja” zrobić nie chciała.

image Przekonywano, że paranoicy z obozu pomajowego Piłsudskiego wymyślili sobie, jakoby II Rzeczypospolitej zagrażało miłujące pokój sowieckie państwo Stalina i zamiast z nim sprzymierzyć się usiłowali kolaborować, oczywiście „antyradziecko”, z Hitlerem. Partyjny historyk niejaki Karol Lapter nawet napisał książkę „Pakt Piłsudski-Hitler”. Czytaliśmy, że minister Beck na polecanie Piłsudskiego kolaborował z Hitlerem, a marszałek Śmigły-Rydz opowiadał dyrdymały jakoby Rosja miała zabrać Polsce duszę, gdy trzeba było porozumieć się z Rosją i dywizje Stalina nie wpuściłyby „hitlerowców” w granice Polski.

 Ta opowieść łamała się w momencie, gdy trzeba było przedstawić wojnę Polski z Niemcami w 1939 r. Sojuzniki Stalina mieli wówczas twardy orzech do zgryzienia, bowiem pojawiał się pakt Ribbentrop-Mołotow, sowiecka napaść 17 września i późniejsze sowieckie zbrodnie na Polakach z najgłośniejszą, mordem w Katyniu. Towarzysze wyczyniali cuda, aby to ukryć, przemilczeć, zakłamać. W PRL-owskich opracowaniach kampanii polskiej 1939 r. drukowano mapki walk pokazując Polskę tylko do Bugu i przekonywano, że „wejście” Sowietów 17 września nastąpiło, gdy armia polska została całkowicie rozbita przez Niemców, nie była zdolna do żadnego oporu, a Sowieci tak naprawdę ratowali ziemie zabużańskie II Rzeczypospolitej przed okupacją niemiecką. Opowiadano to tak często i tak długo, że nawet dziś, po upływie 30 lat od zejścia ze świata nieboszczki PRL, są wierzący w tamte bajania.

Lubię to! Skomentuj54 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura