i rozpracowuje aferę 'Protasiewicz'.
Zobaczymy co wyniucha.
Ale tak na mój dywersancko-humorystyczny nos, to cała afera sprowadza się niestety (znów) do problemu nieznajomości języków obcych połączonej z 'kilkoma głębszymi', które to głębsze zawężają percepcję, a szczególnie językową. Zawężają do filmów oglądanych w dzieciństwie, jak 'Kloss', czy 'Czterej Pancerni'.
I taka 'letko podcięta nimota' językowa Protasiewicz dzierżąc z pazuchą jego immunitet (a co, to my to jacy tacy) zderzył sie z suchą i mocno napiętą procedurą odpraw lotniskowych. A Frankfurt nie jest akurat najmniejszym lotniskiem świata, stąd i napięcie w zespołach security jest duże.
Nie będe się zakładał, ale Pan Protasiewicz zna po niemiecku, no... ze dwadzieścia słów (przepraszam, jeśli zawyżyłem).
Niemiecki urzędnik odpowiedzialnej służby bezpieczeństwa lotniska użera się przez kilkanaście minut z nawalonym 'immunitetem', az w końcu żeby mieć spokój warknął do niego 'raus!'.
Niestety nawalony immunitet znał słowo 'raus' tylko z filmów z dzieciństwa, kiedy to hitlerowcy z ciężarówek, albo z pociągów wyganiali tysiące ludzi. I przez taką ograniczoną znajomość języka sąsiadów Pan immunitet Protasiewicz ma poważne problemy.
Gdyby Pan immunitet Protasiewicz wiedział, ze to słowo "raus" w ustach urzędnika lotniska w tym momencie oznaczało zwyczajne "spadaj", i gdyby Pan immunitet Protasiewicz skorzystał z tego jednoznacznego zaproszenia (i jednocześnie w tym przypadku prośby) o oddalenie się w dowolnym, immunitetowym kierunku, nie byłoby żadnej afery.
Immunitet Protasiewicz nie zkorzystał z szansy, postawił się jak na zabawie ludowej, wyciągnął pozostałe pięć słów, ktore znał: 'Hitler', 'Auschwitz', no to teraz ma.
Głupich nie sieją, one same przylatują.
Oj, aż przykro takie rzeczy pisać,
ale "nie 'Uczta Baltazara', sami się uczta".
Ciekawe co mój agent Dominik wyniucha na lotnisku.
Pozdrawiam


Komentarze
Pokaż komentarze (2)