Sądzę, że w czasach gdy duchowieństwo jako całość jest poddawane ciągłemu ostrzałowi, którego ostatni wykwit stanowi chociażby medialne wzmożenie rozpętane wokół filmu zawierającego właśnie nieco inną nazwę owej grupy zawodowej w tytule, czego rezultatem jest naganianie bezrozumnych rzesz widzów do kin w myśl zasady „miliony much nie mogą się mylić”, przydałoby się hierarchom więcej rozwagi w wypowiedziach i nie otwieranie sobie kolejnych, całkowicie niepotrzebnych zresztą, frontów wśród grup społecznych, które do tej pory czuły się z reprezentowaną przez owych „liderów w sutannach” organizacją kościelną w sposób nierozerwalny związane, w imię przymilania się do tych, którzy tak czy inaczej mają, wbrew nieraz pięknym „troskliwym” deklaracjom, całą tę instytucję w głębokim poważaniu, chcąc dla niej w istocie jak najgorzej. Strategia wyszydzania idei wyznawanych na co dzień przez najbardziej „żeleźniacką” część wiernych, a w ten sposób de facto odwracanie się od tejże grupy poprzez lekceważenie poglądów reprezentowanych przez składające się na nań jednostki na rzecz forsowania mrzonek o przywróceniu na łono Kościoła tych wszystkich „zbłąkanych” baranków, których rzekomo miałyby przyciągnąć do niego przeróżne franciszkowe mniej lub bardziej egzotyczne bonmoty i medialne działania pozorowane, skończyć się musi z czasem dla polskiego KK tym samym, co już od jakiegoś czasu ma miejsce w pustoszejących obiektach sakralnych państw tzw. starej Europy, zaś wychodzenie z założenia, że najbardziej zagorzali wierni „i tak od nas nie odejdą”, może w kluczowym momencie poskutkować pozostawieniem którejś z części ciała w całkowitym zanurzeniu w czeluściach przysłowiowego nocnika, podobnie jak się zresztą rzecz ma w przypadku niektórych, niewiele mających wspólnego z ideologią przypisywaną zwyczajowo „polskiej prawicy”, pomysłów promowanych co jakiś czas przez poszczególnych przedstawicieli obecnej władzy świeckiej.
Tymczasem bowiem wróg (lub jak kto woli konkurencja) nie śpi, poza waleniem w księży jak w bęben po staremu wiodące mendia Rzeczpospolitej zwyczajowo nie mieszkają podsuwać zdezorientowanym-wykorzenionym-zainteresowanym członkom leminżego plemienia przeróżnych innych form i kultów religijnych, wśród których wiodącą rolę powierzono już dawno, uświęconemu męczeństwem tak wielu wybitnych jednostek, wyznania powiązanego z drugoświatowowojennym epizodem palenia ludźmi w piecach. Ów namiętnie wcielany w życie imperatyw skutkuje na ten przykład tym, że łonetowy portal kierujący swój zasadniczy „przekaz” do miejscowej leminżerii – lub jak kto woli do potencjalnych/nieszczęsnych wyborców pewnego sardonicznego Rafałka – ostatnim czasem aż w trzech miejscach (działy „wiadomości”, „styl życia” i „wiesz więcej”), publikując w nich jeden i ten sam wywiad, pompuje do granic absurdu jejmościnę, która postanowiła wypłynąć na szersze wody, nagrywając jidyszowe przedwojenne arcydzieła pieśniarskie, rzekomo „wygrzebane” skądinąd, już w tytule przekonując nas maluczkich do tego, że „kultura żydowska jest częścią naszego dziedzictwa” - w domyśle jako kultura wyższa skierowana do - tej bardziej światłej rzecz jasna - części naszego, wciąż w swej ciemnej masie tkwiącego w obrzydłych Panu Jahwe grzechach i bezeceństwach, społeczeństwa. Należy przy tym nadmienić, że od całego szeregu lat zewsząd nachalnie stręczy się naszemu „mniej wartościowemu narodowi tubylczemu” tego rodzaju rewelacje jako istny dar niebios. Dziedzictwem zwykłego plebsu zaś i mierzwy ludzkiej, jaką to rolę przyszło nam nieodmiennie pełnić w zestawieniu z całą tą gudłajską arystokracją, pozostaje co najwyżej muzyka disco-polo wraz z przypisaną jej estetyką rodem z festynu ludowego, czego ewidentne przejawy stanowią chociażby działania „promocyjno-ukulturniające” podejmowane wobec nieszczęsnych telewidzów przez aktualnie nam panującego szefa TVP.
Jednak z przekazu medialnego da się jeszcze wyłowić jakoweś ogniki gasnącej powoli nadziei. Najpierw jeden udający dziennikarza „redachtor” z potężnymi dziurami w śródmózgowiu, wypalonymi całymi latami przyjmowanymi twardymi używkami, rzuca do kamer odkrywczą myśl mówiącą nam o tym, że przecież „nie wszyscy księża są przestępcami”, aby następnie inny nocnikarski spaśny wieprzek mógł zauważyć przytomnie, iż rzekomo „problem pedofilii wśród księży dotyczy ok. 5%”. Oczywiście nie wyjaśnia skąd mu się wzięły takowe dane statystyczne, ani jaki odsetek podobnych wykolejeńców funkcjonuje w ramach populacji złożonej z nauczycieli, lekarzy, opiekunów grup dziecięcych itp., ale kogo by to w końcu mogło obchodzić. Do tego wszystkiego dokłada się z drugiej mańki znakomita małżonka mości prezydenta-elekta, kultywującego ideologię zaszczepioną niegdyś w tutejszym narodku niczym trujący bluszcz przez swego patriarchę z wersalskich obrazów ściennych tudzież traktatów jakowego innego imć Morina. Owa niewiasta dla odmiany w przerwach pomiędzy braniem swego mężula pod żoniny pantofel, poddawaniu się której to czynności dowody już niejednokrotnie miał ów okazję dawać podczas minionej kampanii, postanowiła w końcu, po udanych dla własnej „familii” rozstrzygnięciach wyborczych, dać głos do jakowegoś „lifestylowego” szmatławca, opowiadając szeroko i bez cienia żenady o tym, jak to postanowiła ona ukarać niedobrych polskich księży i biskupów za ich jakże niegodną kapłana postawę wobec m.in. reformy sądów (!), poprzez nie posyłanie młodszej latorośli do Pierwszej Komunii Świętej oraz zwolnienie całej dwuosobowej progenitury z obowiązku uczęszczania na lekcje religii. Doprawdy trudno o większy cios dla Kościoła Powszechnego, za to chyba właśnie ujawnił się powód, dla którego nasz pięknolicy Czaskoś chował do tej pory w głębokiej rezerwie swoją nieco mniej pięknolicą, za to - jak widać z wypowiedzi - równie błyskotliwą współmałżonkę.




Komentarze
Pokaż komentarze (11)