• Odsunięcie wyborów poprzez stan nadzwyczajny niczego nie rozwiązuje, bo wpędziłoby nas z kolei w prawny i konstytucyjny koszmar
  • Prognozy ministra Szumowskiego co do przebiegu epidemii się nie sprawdzają. Słynne wypłaszczanie krzywej zachorowań może oznaczać, że nie przybliżamy finału, ale przeciwnie – oddalamy go
  • Władza bezprawnie ogranicza naszą wolność, wprowadzając powoli państwo policyjne. Horrendalne kary administracyjne za naruszenie zakazów to brutalne zastraszanie obywateli

Są momenty, gdy bardzo trudno z mgły bieżących zdarzeń wyłowić jakiś większy kształt i dostrzec, ku czemu zmierzamy. To jeden z takich momentów. Co jakiś czas coś się jednak zza tej mgły wyłania i z przykrością muszę stwierdzić, że są to kontury coraz groźniejsze.

Rzeczy dzieją się na trzech planach.

Pierwszy jest plan polityczny, na którym trwa bezwzględna gra o przeprowadzenie w terminie lub zablokowanie wyborów prezydenckich. Przy okazji demolowane jest państwo. Przykładem takiej demolki jest dymisja prezesa Poczty Polskiej Przemysława Sypniewskiego.

O tej instytucji miałem zawsze fatalne zdanie, ale Sypniewski pracował w niej od lat 90. i znał ją jak własną kieszeń. Jeśli sygnalizował rządzącym, że poczta nie jest gotowa – zwłaszcza w obecnych okolicznościach – na obsłużenie wyborów, to wiedział, co mówi. Władza zastosowała jednak starą metodę Wałęsy, który mawiał: „Stłucz pan termometr, a nie będziesz pan miał temperatury”.

Skoro Sypniewski nie był wobec planu władzy dość entuzjastyczny, to zamieniono go na Tomasza Zdzikota, wiceministra obrony i człowieka Mariusza Błaszczaka. Nowy prezes ma jeden cel: spowodować, żeby Poczta Polska udźwignęła wybory. Wszystko inne, wszystkie deficyty tej instytucji w jej codziennym działaniu, nawet jej normalne funkcjonowanie podczas epidemii (a przecież terminy sądowe biegną), nie mówiąc o pomyśle na pocztę w ogóle – schodzą na dalszy plan.

A mówiąc wprost – są nieważne wobec chwilowej potrzeby politycznej władzy. Spodziewajmy się zatem, że poziom usług PP jeszcze się pogorszy. Zdzikot nie ma naprawić Poczty Polskiej – on ma jej użyć raz jako narzędzia w rękach partii.

Polityczne zapotrzebowanie

Głosowanie korespondencyjne samo w sobie nie jest złym pomysłem i można się zgodzić, że powinno być dostępne dla wszystkich chcących z niego skorzystać, bez ograniczeń. Tyle że taką zmianę w kodeksie wyborczym powinno się uchwalać długo przed wyborami, w spokojnych czasach, bez pośpiechu.

Trzeba też przypomnieć, że PiS kilka lat temu chciał zlikwidować głosowanie korespondencyjne dostępne dla niepełnosprawnych, twierdząc, że nie daje ono gwarancji rzetelności. To było stanowisko w oczywisty sposób motywowane nie analizą, tylko chwilowym politycznym zapotrzebowaniem.

Tak samo jak chwilowym zapotrzebowaniem jest motywowany obecny entuzjazm partii Kaczyńskiego wobec tej formy przeprowadzenia wyborów. Ta kompletna względność rozwiązań – dobre jest to, co dobre dla partii w danej chwili, złe może być dokładnie to samo w innym momencie, jeśli będzie dla partii złe – jest przekleństwem polskiego życia publicznego. Nie tylko w okresie rządów PiS.

Co zrobi PKW?

Słuchając Jacka Sasina, który ma być głównym rządowym macherem od wyborów (dlaczego akurat minister aktywów państwowych – Bóg jeden raczy wiedzieć; chyba tylko dlatego, że jest nim akurat Sasin), widzimy, jak po łebkach, jak na chybcika ten system miałby być przygotowany. Przedstawiony projekt to kpina, złożona z dziewięciu artykułów, potem na szybko poprawiana i uzupełniana (druki 314 i 314A).

Najtrudniejsze kwestie zrzucono na Państwową Komisję Wyborczą. Za granicą „czynności wójta lub komisarza wyborczego” ma sprawować konsul, ale jak ma to wyglądać w praktyce przy tej formie głosowania – nie wiadomo. Ma to załatwić minister spraw zagranicznych. Projekt nie zawiera rozwiązania dla osób, chcących głosować poza swoim stałym miejscem pobytu. Nie zapewnia tajności, nie daje możliwości weryfikacji, że nasza karta faktycznie trafi do komisji wyborczej.

Sprawienie, żeby do wszystkich dotarły pakiety wyborcze, żeby potem wszystkie trafiły do komisji wyborczych, żeby przy tym nie doszło do prób oszustwa jest w obecnych okolicznościach zwyczajnie niemożliwe. Podważenie legitymacji wyboru, dokonanego w takich warunkach, będzie banalnie proste i, co więcej, może mieć mocne podstawy.