56 obserwujących
1224 notki
461k odsłon
  172   2

Na Naszym Osiedlu, czyli Rada Programowa, "właśnie on" i autolegendowanie


Naszym osiedlem rządziła Rada Osiedlowa. Domy popadały w ruinę, bo Fundusz Remontowy Rada dzieliła między siebie wciąż podwyższając pobieraną kwotę. Dobrze poinformowani mówili, że Rada wysługuje się mafii z Centrali i że zarabia na handlu pornografią i na nierządzie. Mieszkańcy pogodzili się z tym, bo przecież śmieci były wywożone, a to jest najważniejsze. A przeciwko Radzie nie można protestować, bo to przecież anarchia.

Na osiedlu panował straszny zamordyzm. Lista słów zakazanych do wymawiania i zakazanych tematów rosła z dnia na dzień. Ci, którzy odważali się mówić prawdę ledwo uchodzili przed linczami grupek rozwścieczonych emerytów popierających Radę każdą tkanką swego ciała. Nieprawomyślni, by jakoś ujść przed konsekwencjami wyciąganymi przez Radę po tych wszystkich donosach – milkli albo zaczynali mówić szyfrem. Rada już pracowała nad osiedlowym zarządzeniem, które miało objąć represjami także mówienie niejasne, mówienie szyfrem. Nieanarchistyczny obywatel musi mówić tak, by nie było wątpliwości kogo popiera. Skrytym szyfrożercom mówimy: Nie!

Osiedle było powszechnie nazywane Osiedlem Rechoczących Kapusiów. Gdy dwóch się zebrało na rozmowę - imię trzeciego było „donos”. Właściwie żyli po to, by donosić, szpiclować i adrenalinować się grupowym rechotem, ich jedyną (poza u niektórych nocnym badaniem składu C₂ H₅ OH) rozrywką. Dawało to im poczucie wypełnionego treścią i sensem życia, które w rzeczywistości zmarnowali. W świecie wszechdonosicielstwa wreszcie odkrywali, że jest coś, co im nawet nieźle wychodzi. Czuli się Kimś, czuli się ważni i odważni, wykonujący pracę na którą ktoś czeka. A przede wszystkim rosła pomiędzy nimi więź, rodziła się wspólnota trybików jednej wielkiej maszyny życia życiem innych, „myślenia” myślą myślących. Gdy otwierali okno lub wychodzili na dwór, robili to tylko po to, by upolować jakiegoś renegata i odstępcę od ostatnio ogłoszonej przez Radę linii propagandowej. Ich biurka i stoły zawalone były przygotowanymi kartkami papieru z nagłówkiem: „Uprzejmie donoszę, że X.Y. dzisiaj w swej agenturalnej robocie powiedział, że…”. Wielu starało się nasłuchiwać pod drzwiami i przez ściany. Ciągle chodzili z dyktafonami lub komórkami na stałe włączonymi na nagrywanie.

Na 10 mieszkańców Osiedla – 8 było konfidentami, szpiclami, donosicielami i kablarzami a 1 chciał do nich dołączyć, ale jeszcze się wahał, bo bał się, że z powodu braku inteligencji mylnie doniesie na „swojego”, na jakiegoś dobrze zamaskowanego szpicla prowokatora odgrywającego dysydenta. Niektórzy z urodzonych i sprawnych konfidentów dokonali takiej perwersji swojej świadomości i używanego nazewnictwa, że nie wiedzieli nawet, iż donoszą a z podłości uczynili cnotę "patriotyzmu".

Większość z nich nie oczekiwała ze strony Rady żadnej gratyfikacji (chociaż istnieli też etatowi). Dobrowolcy robili to z wewnętrznej potrzeby, z przemożnej pasji pomniejszenia innych do swojego, szarego, bezbarwnego, drżącego jak trusia ze strachu, formatu. Mówili, że to jest ich walka, że Osiedle ich potrzebuje, że wróg czeka za każdym rogiem z kieszeniami wypchanymi obcą walutą. Wszyscy dobrowolcy wyznawali teorię spiskową, że każdy, kto w ogóle myśli, lub kto głosi przekonania odmienne od Rady Programowej jest wrogim i suto opłacanym agentem (tzw. sutowróg lub agentosut). Ponieważ nie mogli żyć ani integrować się poza opiekuńczymi ramionami jakiejkolwiek Rady Programowej (tzw. zerowy poziom samodzielności myślowej), to każdy objaw funkcji myślowych nazywali agenturalnością albo teorią spiskową. Zapewniało im to względną stabilność psychiczną (tzw. wymuszona redukcja dysonansu poznawczego) i na zewnątrz mogło nawet sprawiać wrażenie dobrego samopoczucia. Były to jednak pozory, bo w czeluściach swej psyche byli oplątywani przez - mówiąc słowami Witkacego - kłębowisko swych kompleksów, gotowali się z powodu zawiści i świadomości swoich nieprzekraczalnych ograniczeń.

Wśród tłumu nijakich, zwykłych kablarzy wyróżniał się jeden. Mało jest słów pozwalających go opisać jednym wyrazem. Lepiej dać obszerniejszy opis jego zachowań. Otóż Felek, bo tak miał na imię, gdy słyszał jak pod blokiem na ulicy policja osiedlowa szarpie i zatrzymuje któregoś z mieszkańców na którego kilka dni wcześniej WŁAŚNIE ON napisał był donos – wyskakiwał momentalnie przed dom, często nawet w laczkach, by braki w garderobie podkreślały jego obywatelskie oburzenie i emocje, i zaczynał krzyczeć w kierunku policji i licznych gapiów: „Puśćcie go! To bezprawie! On niczego złego nie powiedział. Nie ma takich przepisów! Starał się tylko spojrzeć na sprawy z drugiej strony. Nie możecie mu konfiskować jego dokumentów i papierów! Niech żyje wolność słowa!” Był to bardzo interesujący taksonomicznie przypadek tzw. autolegendowania.

Coraz liczniej gromadzący się przed policyjnym samochodem emeryci, mimo że też kablarze, jednak z podziwem spoglądali na jedynego spośród nich odważnego. W niektórych z nich nawet zaczynały – na sekundę - kiełkować zalążki sumienia, obumierając po chwili, jednak pozostawiając po sobie zachwyt nad odwagą Felka, który pod okiem służb osiedlowych walczył o wykluczanych i oskarżanych. Niektórzy wiedzieli, że osoby ładowane do radiowozów wystawił wcześniej wieloma szczegółowymi, wypracowanymi donosami właśnie ten, który teraz występował jako ryzykujący wiele ich rzecznik, ich obrońca, nieledwie heros boju o prawdę i prawo.

Gdy radiowóz odjeżdżał, wśród okrzyków oburzenia i protestu wznoszonych przez faktycznego sprawcę interwencji – szarzy emeryccy donosiciele już byli pewni: to Ferek, ups, Felek jest ich skrytym ideałem, ich duchowym przywódcą.
Sam zaś Felek wracał do domu, brał ze skrzynki butelkę z napisem Столичная i jednym haustem, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku wychylał ją do dna.
Lubię to! Skomentuj8 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale