Marcin Nawrot Marcin Nawrot
92
BLOG

GORYCZ, GNIEW I....

Marcin Nawrot Marcin Nawrot Rozmaitości Obserwuj notkę 21

GORYCZ, GNIEW I…

 

bezsilność.Właśnie to przykre uczucie, które w ciągu kilku ostatnich tygodni zaczęło we mnie narastać sprawiło, że postanowiłem znaleźć jakieś ujście dla tej obcej mi niegdyś niemocy, słabości i apatii – osłabić choć trochę jej siłę dzieląc się tym, co mnie trapi i dręczy w formie zwierzeń na tych „blogerskich łamach”. Siłą rzeczy nie będzie to parozdaniowy komentarz do wydarzeń dnia i nie jestem pewien, czy znajdę chętnych do lektury, a później partnerów do tej internetowej rozmowy. Jednakże mimo wahań i obiekcji – spróbuję.

Otóż gorycz, gniew i tę najgorszą, bo z bezsilności pochodzącą, frustrację wywołuje we mnie to, że coraz trudniej jest mi zrozumieć i zaakceptować rzeczywistość ostatnich lat, na którą składa się nie tylko obecny okres rządów Platformy Obywatelskiej, ale także budzące moje zdumienie, lęk lub odrazę postępowanie części moich rodaków. Postępowanie, którego coraz częściej nie pojmuję i nie mogę wytłumaczyć – tak dalece odstaje ono od tych oczekiwań, jakie rodziły się we mnie najpierw w latach 1980/81, a później po roku 1989.

 Były jednak w niedawnym czasie wydarzenia, które musiałem znieść lub zaakceptować. Do takich właśnie szczególnych wypadków zaliczam przede wszystkim straszną tragedię smoleńską, postrzegając ją i przyjmując w pokorze jako wyrok niezbadanych orzeczeń losu (mając – pewnie naiwną – nadzieję, że nie była ona skutkiem podłych postępków ludzkich). Drugi – konieczny do przyjęcia – fakt to wynik niedawnych wyborów, w których niewielkie (ale jednak) zwycięstwo odniósł człowiek, nie będący moim kandydatem. Zajmowane przez niego stanowisko zasługuje jednak na szacunek (którego przeróżne „elity” i pretendujący do tego grona tak ochoczo odmawiali poprzedniemu prezydentowi RP) ze względu na wiążący się z prezydenckim tytułem i funkcją Majestat Rzeczypospolitej. 

Poza tą szczególną „zgodą” – wymuszoną siłą rozsądku, wiary i demokratycznej konieczności pozostaje jednak cały szereg kwestii, problemów i zdarzeń, co do których oceny (serwowanej przez „miłościwie” nam panujących polityków i bałwochwalcze wobec nich media) WSZYSTKO SIĘ WE MNIE BUNTUJE.

Ten pierwszy „bunt” oznacza niezgodę na to, co od kwietnia dzieje się w kwestii ustalenia przyczyn narodowego dramatu (tak to właśnie widzę i oceniam), jaki wydarzył się 10 kwietnia br. Za niewłaściwe, niewystarczające, a także w wielu elementach niezwykle bulwersujące, uważam więc to, co w tej sprawie – od pierwszego dnia katastrofy – robi, a przede wszystkim czego nie robi polski rząd. Począwszy od oddania śledztwa w tej sprawie w ręce Rosjan, poprzez brak dbałości o miejsce śmierci tak wielu wybitnych Polek i Polaków, po kłamliwe oświadczenia o niezwykle starannym przekopaniu gruntu, natychmiastowe próby zrzucenia winy na pilotów, na Prezydenta, aż po pełne buty i samozadowolenia oświadczenia premiera iż w tej sprawie „państwo zdało egzamin”.  O wyczynach i wypowiedziach pewnego prominentnego posła na literę P., o konkurujących z jego popisami innych „artystów, intelektualistów i autorytetów” wszyscy wiedzą, a choć niektórzy bardzo je cenią, chwalą lub rozgrzeszają – ja nie poświecę im nawet jednego kliknięcia.

Wspomnieć natomiast chciałbym o niesmaku z jakim przyjąłem natychmiastowe, czyli złożone tuż po objęciu funkcji prezydenckich, wyznanie nowego lokatora Pałacu Namiestnikowskiego o konieczności jak najszybszego usunięcia sprzed tegoż obiektu krzyża przypominającego o tym, jaki charakter nadali temu miejscu w dniach Żałoby Narodowej nie tylko warszawiacy, ale tysiące Polaków przybywających tu z całego kraju. Ale byłoby to widać naganne  i niestosowne przypomnienie, ponieważ nie trwało długo i miejsce to oraz sam problem stały się dla partii zwanej platformą obywateli (a także dla licznych i służących wiernie tej partii mediów) okazją do rozpoczęcia nowej, stricte politycznej, kampanii przeciwko PiS. Do posądzania jego prezesa o jak najgorsze wobec Polski i Polaków intencje, do ośmieszenia, opluwania (również w sensie dosłownym) zarówno garstki modlących się w tym miejscu, jak i wszystkich „oszołomów” domagających się zastąpienia tego tymczasowego znaku – bardziej trwałą formą pamięci o tym, co i dlaczego działo się w kwietniu 2010 roku na Krakowskim Przedmieściu.

To od tej cynicznej i umiejętnie medialnie promowanej kampanii zohydzania czuwających pod krzyżem ludzi, od niszczenia i obsikiwania zniczy, od transparentów wysyłających „mohery na stos”, od wulgarnych wybryków podpitej tłuszczy oraz od tekstów tak strasznych, że myślałem iż nawet Internet ich nie zniesie (ale zniósł) zaczął się mój gniew, zaczęła gorycz, a także lęk.

Czego więc się boję? Boję się, że znaczna część moich rodaków uległa już tak dalece medialnemu praniu mózgów, że nawet najcierpliwszymi słowami i najsłuszniejszymi argumentami  nie uda się ich skłonić by zaczęli myśleć samodzielnie, namówić do rozsądku, godności i honoru – o patriotyzmie (cóż, za niemodne słowo), czy chociażby szacunku dla zmarłych nie mówiąc. Bardzo, ale to bardzo chciałbym być złym prorokiem, ale rzeczywistość (ta prawdziwa – nie prasowo-telewizyjna) skrzeczy mi za uchem, że jestem arcynaiwny.

Już od dawna przecież – lekceważąc własne doświadczenia i fakty – nazbyt wielu moich rodaków wybiera jako źródło wiedzy i opinii „rzeczywistość medialną” – tworzoną przez cwaniaków od „pi-aru”, i starannie (choć wrednie) modelowaną na potrzeby „partii miłości”. Tak jest – tej partii, która tak umiłowała władzę, że nie potrafi się wyzwolić od wieloletniej nienawiści do grożącego jej układom i fundamentom „kaczyzmu” i oficjalnie głosi ustami swoich prominentnych przedstawicieli, że musi wreszcie „dorżnąć watahy”, czyli zlikwidować największą partię opozycyjną.

Co będzie potem? Sądzę, że przy poklasku wytresowanych odpowiednio przez media odbiorców jedynie słusznych prawd i wytycznych uda się z czasem zlikwidować także wszelki społeczny opór wobec wskazań i rozkazów „salonów”, „celebrytów” i „autorytetów”. Wszak  na tym wdzięcznym i rozległym polu zrobiono już wiele przez ostatnie lata. Dobrym zaczynem do rozbuchania dzisiejszych „antypisowskich”, „antykaczyńskich” czy „antykrzyżowych” zachowań było chociażby promowanie szczególnego rodzaju „ludzi honoru”, dla odróżnienia od nie pojmującego zasad tej promocji „bydła”. Potem przyszło wdeptywanie w medialne błoto wszystkiego co zrobili, lub czego nie zrobili, co powiedzieli lub niepowiedzieli „ci szkodzący Polsce, nędzni i agresywni bliźniacy”, a dzisiaj… Dzisiaj jak jest widzą ci, którzy chcą widzieć.

Nie umiem sobie natomiast odpowiedzieć na pytanie czy owa medialnie zainfekowana Polakom gangrena zmieniająca część z nich w tłuszczę, która piła, tańczyła i udawała homoseksualne kopulacje pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, to choroba uleczalna. Czy dotknięci tym wirusem Polacy są w stanie zmienić się na lepsze. Czy potrafią kiedyś ocknąć się z zaczadzenia? Czy zdołają wreszcie pójść po rozum do własnej głowy (a nie do telewizora?) Nie wiem. Wiem za to, że na razie tak wielu z nas zamiast myśleć, dyskutować, szukać wspólnych punktów widzenia – wybiera wolność na smyczy pseudoautorytetów. Woli bluzgać na blogach, kpić, oskarżać, insynuować, zrywać niewygodne i nieprawomyślne przyjaźnie.

To oni z czarną opaską na oczach, którą założyli sobie sami, wołają do wszystkich dookoła (co świetnie spuentował w swoim ostatnim rysunku w „Rzepie” Andrzej Krauze): „A my i tak widzimy wszystko lepiej!” Dlatego też z takim zapałem (i „parciem na szkło”) dokumentują tę swoją „wiedzę” i najświatlejsze z światłych poglądy mnóstwem wpisów internetowych, „arcymądrych” artykułów, wywiadów i oświadczeń, w rodzaju: „Polska wcale nie jest najważniejsza. To tylko głupi Kaczor tak sobie wymyślił, a mądrzy ludzie wiedzą, że trzeba korzystać z życia ile się tylko da.”

Krótko mówiąc ich zdaniem należy kpić z frajerów z zasadami. Mieć w… kiepskim poważaniu dawne zasady i obowiązki wobec ojczyzny, a zamiast tego bezmyślnie i bezkonfliktowo korzystać z życia i wolności. Bawić się, tańczyć, pląsać, hasać…

Kiedy o tym mówią i piszą, kiedy w imię świętego spokoju, albo złudnej przynależności do „elity” godzą się na wszelkie manipulacje i słabo nawet maskowane kłamstwa mediów i polityków, kiedy z zachwytem zachwalają nowy „europejski tumiwisizm” i zarażają nim innych zastanawiam się czy może podświadomie zdają sobie czasem sprawę, że tańczą na wulkanie…

 

Optymista z okresowymi skłonnosciami do gniewu lub naiwności

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (21)

Inne tematy w dziale Rozmaitości