97 obserwujących
362 notki
1018k odsłon
3519 odsłon

Demokracja na Białorusi i w Kazachstanie? Ostrożnie.

Wykop Skomentuj47

Aleksander Łukaszenka, po powrocie z Soczi odbył spotkanie z kierownictwem mediów państwowych w trakcie którego powiedział, że trzeba „przygotować się na wojnę informacyjną w czasie zbliżającej się kampanii przed wyborami prezydenckimi, bo będą strzelać ze wszystkich stron, a najbardziej w plecy”. Co miał na myśli? Z pewnością nie aktywność medialną opozycji, albo nie tylko to, bo swą wypowiedź uzupełnił stwierdzeniem, że zlecił swoim służbom prasowy sporządzenie analizy tego co piszą i mówią o Białorusi media rosyjskie „za którymi stoją konkretni ludzie”. Warto na tę wypowiedź zwrócić uwagę z dwóch powodów. Oczywiście wskazanie Rosji jako państwa, które w czasie kampanii prezydenckiej może rozpocząć atak informacyjny jest świadectwem nastrojów jakie panują w ekipie Łukaszenki i wiele mówią o atmosferze negocjacji w Soczi i w czasie wcześniejszych spotkań. Ale znacznie bardziej interesujący jest ten drugi wątek. O jakich ludziach w rosyjskiej elicie władzy może myśleć białoruski prezydent? Już wcześniej w jego publicznych wypowiedziach pojawiły się sformułowania, iż w istocie ostatnia linia polityki Rosji wobec Białorusi jest zbudowana przez moskiewskich „liberałów”, którzy opowiadają się za odcięciem „bratniej pomocy”. Powiedział też, że nie rozumie dlaczego Marat Markow, kierujący białoruskim kanałem ONT dopuścił do tego, iż większość treści pochodzi z rosyjskiego, państwowego Kanału 1. W trakcie spotkania padły również deklaracje o powołaniu nowego oficjalnego kanału informacyjnego „na wzór Euronews”. Zdaniem omawiających całą sprawę białoruskich komentatorów deklaracje Łukaszenki odczytywać należy z jednej strony jako dążenie do uniezależnienia od „przekazu z Rosji”, ale z drugiej, i to dla nas ciekawsze, jako zapowiedź raczej konsolidacji obozu władzy, a nie deklaracje reformowania, przede wszystkim gospodarki, i jej większego otwarcia „na Zachód”. Wprost o tym, że raczej nie należy spodziewać się zmian, zaproszenia kapitału zagranicznego czy liberalizacji systemu, mówi w wywiadzie prasowym Wiktor Babariko, kierujący Biełgazprombankiem. W jego opinii nie będzie reform bo władze doskonale zdają sobie sprawę, że białoruskie firmy nie są w stanie konkurować jeśli idzie o jakość produktów i ich cenę z Zachodem. I w tej sytuacji otwarcie rynku, prywatyzacja, większa konkurencja doprowadziłaby do szybkiego ich wyeliminowania. Polityczną konsekwencją tego rodzaju otwarcia byłoby nawarstwienie się problemów, bo do obecnych dołączyłyby się kwestie związane z upadającymi zakładami, narastającym bezrobociem i wymuszoną emigracją zarobkową. Czyli w mniejszym lub większym stopniu powtórka scenariusza ukraińskiego. I na to władza nie pójdzie. A na co jest zdecydowana? Przede wszystkim na umocnienie swej pozycji, zaciśnięcie pasa i przetrwanie trudnego okresu w relacjach z Moskwą w nadziei, że na Kremlu dojdą do wniosku, że dotychczasowa linia polityczna wobec Mińska nie działa i trzeba spróbować innej. W planie politycznym oznacza to kurs nie na demokratyzację systemu, ale przeciwnie, na zwiększenie kontroli. Obawy Zachodu związane z przyszłością Białorusi Łukaszenka wykorzystał już w trakcie ubiegłorocznych wyborów parlamentarnych nie dopuszczając nawet jednego przedstawiciela opozycji do izby niższej tamtejszego ciała ustawodawczego. Nawet jeśli będą miały miejsce zmiany, w pozytywnym kierunku, np. personalne, bo sporo się mówi o zmianie premiera, to raczej będą to zmiany kosmetyczne, bez reform i otwarcia politycznego. Dopiero w dłuższej perspektywie, o ile okaże się, że polityka Rosji się nie zmienia białoruskie elity władzy, ale tylko pod presją a nie dlatego, że nagle staną się zwolennikami rozwiązań rynkowych i demokracji, mogą zacząć zmiany. W gruncie rzeczy, w takim wariancie może być to proces rozpisany raczej na lata, niźli miesiące. Chyba, że w grę wchodzi scenariusz rewolucyjny, czyli wybuch, na tle szybko pogarszających się warunków życia, erupcja sprzeciwu społecznego. Ale i w tym wypadku, niemała część białoruskich komentatorów jest zdania, że będzie to bunt nie tyle wspierający niepodległościowe aspiracje, ale raczej prorosyjskie, czy może prointegracyjne, bo ludzie będą chcieli aby „wszystko było tak jak dawniej”. Innymi słowy – nie miejmy złudzeń, zmiany jeśli w ogóle na Białorusi nastąpią, to nie szybko, a zmiany szybkie mogą paradoksalnie doprowadzić do większego uzależnienia od Rosji, tak jak po aksamitnej rewolucji w Armenii.

Przy okazji tego co się tam dzieje ujawnianych jest sporo interesujących szczegółów, zarówno niedawnych rozmów w Soczi jak i wcześniejszych, z amerykańskim Sekretarzem Stanu w Mińsku. Zacznijmy od tych ostatnich. Jak informuje amerykańskie portal Daily Beast, powołując się na nieoficjalne źródła związane z rządem, w trakcie wizyty Mikea Pompeo podpisano poufne, ramowe porozumienie między nieustaloną z nazwy naftową firmą z Dakoty Pd. a białoruskim, państwowym koncernem paliwowym. Przewiduje ono, ponoć, dostawy na Białoruś, w tym roku 2,5 mln ton amerykańskiej ropy. Tego samego dnia, kiedy informacja ujrzała światło dzienne, została ona przez władze oficjalnie zdementowana. Ale to akurat nic dziwnego, bo jak informuje dobrze poinformowany kanał Pul Pierwogo, powiązany z administracją Łukaszenki, nadający na platformie Telegram, wicepremier Krutyj prowadzi właśnie wielogodzinne negocjacje z potencjalnymi dostawcami ropy z Rosji i tego rodzaju nowiny nie są zapewne mu na rękę. Z tego samego źródła można się dowiedzieć, że Krutyj na bieżąco raportuje stan rozmów Łukaszence. A nie idą one chyba zbyt dobrze, bo władze poinformowały, że białoruskie rafinerie właśnie zaczęły wykorzystywać, po to aby w ogóle móc pracować, tzw. techniczny zasób ropy. Chodzi o ropę wypełniającą rezerwowe ropociągi, która się tam znajduje po to, aby te nie ulegały przyspieszonemu zużyciu.

Wykop Skomentuj47
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka