Kiedy wszyscy ekscytują się, czy prezydent przedrze się przez eurobramkarzy i zdoła dopaść krzesła przed R. Sikorskim warto zastanowić się, czy naprawdę mu zależy na zwycięstwie, czy też nie mogąc w inny sposób osiągnąć zwycięstwa wypełnia z premedytacją wraz ze swoim urzędem misję kamikadze. Lech Kaczyński kilkakrotnie pokazał, że ma dość trzeźwy ogląd rzeczywistości. Trudno więc sądzić, że za jego działaniami stoją li tylko ambicja, a nie wyrachowanie. Możliwości są dwie. Pierwsza z nich - Donald Tusk ustępuje, to oczywiste zwycięstwo prezydenta. Druga - prezydent wraca z Brukseli na tarczy to wbrew pozorom także jego sukces, tyle że w dalszej perspektywie. Powstanie uzusu konstytucyjnego, w którym głowa państwa w kraju jest notariuszem, a na arenie miedzynarodowej paprotką premiera czyni czyni dyskusyjną istotność przyszłych wyborów prezydenckich. Platforma staje przed problemem z jakim borykało się SLD w czasie prac nad obecną konstytucją: jak osłabić ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsę, a równocześnie nie spętać rąk przyszłej głowie państwa z własnego obozu politycznego. Ponieważ od kilku dni ciągle mowa o samolotach zasadne wydaje sie porównanie ostatnich działań prezydenta do miisji kamikadze. Lech Kaczyński leci ze swoim urzędem na zderzenie z Donaldem Tuskiem. Ten może ustąpić i przegrać albo zdecydować się na zderzenie i... znowu przegrać, bo z obiektu jego marzeń - urzędu prezydenta nie będzie co zbierać. Donald Tusk jako historyk powinien sobie przypomnieć manewr Kutuzowa. Rosyjski marszałek także pozwolił Napoleonowi na prestiżowy ale pozorny sukces - zajęcie Moskwy. Kiedy Napoleon zobaczył, że zajmuje nie strategiczne centrum Rosji, a wypalone, pozbawione politycznego znaczenia zgliszcza nawet lizusi z jego otoczenia z pewnością nie gratulowali mu zwycięstwa.
119
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze