witas1972
"Chłopcy silni jak AZOV stal, Oczy patrzą się w dal, Nic nie znaczy nam wojny pożoga, Hej sokoli nasz wzrok, W marszu sprężysty krok, I pogarda dla śmierci i wroga, Gotuj broń, Naprzód marsz ku zwycięstwu!!!
97 obserwujących
808 notek
1527k odsłon
  186   2

Anoda z "Zośki" i Doliniacy z Puszczy Nalibockiej cz.I

   Dwa ostatnie miesiące przed Powstaniem Warszawskim żołnierze słynnego już wtedy harcerskiego batalionu "Zośka" (nazwanego na cześć poległego rok wcześniej w Sieczychach i unieśmiertelnionego w "Kamieniach na szaniec" Tadeusza Zawadzkiego) spędzili na tzw. partyzanckim szkoleniu bojowym. Zostali wysłani do pobliskiej Puszczy Białej (okolice Wyszków - Brok), aby podczas nieustannych marszów, marznięcia i niedojadania szkolić się, jednoczyć i hartować, zarówno swoje harcerskie charaktery, jak i młode organizmy.
  Jak napisał ich dowódca:
"1. Celem szkoleniowej bazy jest :
a) przeprowadzenie naturalnej selekcji ludzi na podstawie ich zachowania się w trudnych i ciężkich warunkach,
b) zbadanie hartu ducha i psychicznej dyspozycji ludzi w stałym i długotrwałym niebezpieczeństwie,
c) wytworzenie więzi braterskiej wśród wspólnych niewygód chłodu i głodu, (...)"

(Rozkaz d-cy 2.kompanii baonu Zośka z 30.VI.1944)

   Niestety wyjątkowo zimne tamtego roku 1944 czerwiec i lipiec, złe przygotowanie organizacyjne (brak namiotów i ciepłych posiłków), a przede wszystkim bardzo gorliwy dowódca bazy podporucznik "Giewont" (harcmistrz Władysław Cieplak) dały przyszłym bohaterom mocno w kość. Upokarzające kary za najdrobniejsze uchylenie od regulaminu obozu dodatkowo przyspieszyły "naturalną selekcję" niektórych charakterów i ciał.

   "K1 nie nadaje się na kadrę" - ta opinia o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, spowodowała, że tuż przed Powstaniem przeszedł on do "bliźniaczego", również harcerskiego batalionu "Parasol" i jako jego żołnierz zginął ten najwybitniejszy poeta "pokolenia Kolumbów". Dlatego często w rocznicowych wspomnieniach o Nim podawane jest lakonicznie: "był żołnierzem baonu Zośka, 1 sierpnia zaskoczony wybuchem walk został oderwany od oddziału, 4 VIII zginął jako żołnierz Parasola w Pałacu Blanka".

   Doszło nawet do karnego wydalenia z obozu i oddziału oraz degradacji podchorążego starszego strzelca "Windexa" (Zygmunt Okurowski), "zdolnego, bojowego i lubianego przez kolegów, ale przekornego" - za odmowę wykonania, jego zdaniem niesprawiedliwego, rozkazu - szykany wyzbierania wszystkich petów z terenu obozowiska. Wyrzucony z elitarnego baonu wiele znaczącym zbiegiem okoliczności poległ w szeregach PAL we wrześniu na Czerniakowie, w miejscu i czasie najkrwawszych walk właśnie jego... ("Słoń zginął po Dniu chwały największej baonu „Zośka”")
 
   Dopiero II tura szkolenia okazała się znośniejszą. Nie tylko lipiec'44 był pogodniejszy, ale w końcu dostarczono młodym partyzantom-koczownikom namioty i wydzielono sekcję gospodarczą, zajmującą się przygotowaniem posiłków. No i najważniejsze - była bardziej "wojenną", znacznie mocniej można było poczuć "fryców". Doszło do prawdziwej potyczki z niemieckim wojskiem, dwóch harcerzy zostało rannych: "Hrabia" (Włodzimierz Reofler) i "Markiz" (Kazimierz Łoziński). Obydwoje odłączeni od walk batalionu, który w Powstaniu straty na poziomie 70% zabitych, przeżyli...
   "Prawie" zdobyto napotkany w lesie samotny niemiecki czołg typu Panther, którzy tam w gęstwinie koło Kokoszczyzny właśnie przestrzeliwał swoją armatę. Jak zwykle bardzo ostrożny dowódca "Giewont" nie zdecydował się na atak z zaskoczenia, pozornie gwarantujący sukces. Później okazało się, że kilka kilometrów dalej znajduje się reszta sporego niemieckiego oddziału pancernego...
   Ale "co się odwlecze, to nie uciecze" - drugiego dnia Powstania ci sami żołnierze, właśnie z dominującego liczebnie na drugiej turze plutonu "Felek" zdobędą dwie niemieckie Pantery na Woli. ("Pancerny triumf powstańczej Pantery")

   Po 20 lipca, gdy obóz manewrował w lasach Nadleśnictwa Brok, niedaleko Brańszczyka, czujki zasygnalizowały zbliżanie się jakiegoś oddziału. "Giewont" zarządził zwinięcie obozu i alarm bojowy. Na zwiad wysłał słynnego "Anodę" spod Arsenału, prawdziwy "pistolet" i duszę towarzyską oddziału. Po niedługim czasie Janek Rodowicz wrócił nie tylko cały i zdrowy, ale na koniu kawaleryjskim i z szablą w ręku...

to be continued...

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura