witas1972
"Chłopcy silni jak AZOV stal, Oczy patrzą się w dal, Nic nie znaczy nam wojny pożoga, Hej sokoli nasz wzrok, W marszu sprężysty krok, I pogarda dla śmierci i wroga, Gotuj broń, Naprzód marsz ku zwycięstwu!!!
102 obserwujących
840 notek
1583k odsłony
  1840   7

Spod Mińska do Warszawy'44 - losy najbardziej niesamowitego oddziału Armii Krajowej

   Dwa ostatnie miesiące przed Powstaniem Warszawskim żołnierze słynnego już wtedy harcerskiego batalionu "Zośka" (nazwanego na cześć poległego rok wcześniej w Sieczychach i unieśmiertelnionego w "Kamieniach na szaniec" Tadeusza Zawadzkiego) spędzili na tzw. partyzanckim szkoleniu bojowym. Zostali wysłani do pobliskiej Puszczy Białej (okolice Wyszków - Brok), aby podczas nieustannych marszów, marznięcia i niedojadania szkolić się, jednoczyć i hartować, zarówno swoje harcerskie charaktery, jak i młode organizmy. Jak napisał ich dowódca:
"1. Celem szkoleniowej bazy jest :
a) przeprowadzenie naturalnej selekcji ludzi na podstawie ich zachowania się w trudnych i ciężkich warunkach,
b) zbadanie hartu ducha i psychicznej dyspozycji ludzi w stałym i długotrwałym niebezpieczeństwie,
c) wytworzenie więzi braterskiej wśród wspólnych niewygód chłodu i głodu, (...)"

(Rozkaz d-cy 2.kompanii baonu Zośka z 30.VI.1944) 1
   Niestety wyjątkowo zimne tamtego roku 1944 czerwiec i lipiec, złe przygotowanie organizacyjne (brak namiotów i ciepłych posiłków), a przede wszystkim bardzo gorliwy dowódca bazy podporucznik "Giewont" (harcmistrz Władysław Cieplak) dały przyszłym bohaterom mocno w kość. Upokarzające kary za najdrobniejsze uchylenie od regulaminu obozu dodatkowo przyspieszyły "naturalną selekcję" niektórych charakterów i ciał.
    "K1 nie nadaje się na kadrę" 1 - ta opinia o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, spowodowała, że tuż przed Powstaniem przeszedł on do "bliźniaczego", również harcerskiego batalionu "Parasol" i jako jego żołnierz zginął ten najwybitniejszy poeta "pokolenia Kolumbów". Dlatego często w rocznicowych wspomnieniach o Nim podawane jest lakonicznie: "był żołnierzem baonu Zośka, 1 sierpnia zaskoczony wybuchem walk został oderwany od oddziału, 4 VIII zginął jako żołnierz Parasola w Pałacu Blanka".
   Doszło nawet do karnego wydalenia z obozu i oddziału oraz degradacji podchorążego starszego strzelca "Windexa" (Zygmunt Okurowski), "zdolnego, bojowego i lubianego przez kolegów, ale przekornego" - za odmowę wykonania, jego zdaniem niesprawiedliwego, rozkazu - szykany wyzbierania wszystkich petów z terenu obozowiska. Wyrzucony z elitarnego baonu wiele znaczącym zbiegiem okoliczności poległ w szeregach PAL we wrześniu na Czerniakowie, w miejscu i czasie najkrwawszych walk właśnie jego... ("Słoń zginął po Dniu chwały największej baonu „Zośka”")
   Dopiero II tura szkolenia okazała się znośniejszą. Nie tylko lipiec'44 był pogodniejszy, ale w końcu dostarczono młodym partyzantom-koczownikom namioty i wydzielono sekcję gospodarczą, zajmującą się przygotowaniem posiłków. No i najważniejsze - była bardziej "wojenną", znacznie mocniej można było poczuć "fryców". Doszło do prawdziwej potyczki z niemieckim wojskiem, dwóch harcerzy zostało rannych: "Hrabia" (Włodzimierz Reofler) i "Markiz" (Kazimierz Łoziński). Obydwoje odłączeni od walk batalionu, który w Powstaniu straty na poziomie 70% zabitych, przeżyli...
   "Prawie" zdobyto napotkany w lesie samotny niemiecki czołg typu Panther, którzy tam w gęstwinie koło Kokoszczyzny właśnie przestrzeliwał swoją armatę. Jak zwykle bardzo ostrożny dowódca "Giewont" nie zdecydował się na atak z zaskoczenia, pozornie gwarantujący sukces. Później okazało się, że kilka kilometrów dalej znajduje się reszta sporego niemieckiego oddziału pancernego...
   Ale "co się odwlecze, to nie uciecze" - drugiego dnia Powstania ci sami żołnierze, z dominującego na drugiej turze plutonu "Felek" zdobędą dwie niemieckie Pantery na Woli ("Pancerny triumf powstańczej Pantery").
   20 lipca 1944, gdy obóz manewrował w lasach Nadleśnictwa Brok, niedaleko Brańszczyka, czujki zasygnalizowały zbliżanie się jakiegoś podejrzanego oddziału. "Giewont" zarządził zwinięcie obozu i alarm bojowy. Na zwiad wysłał słynnego już wtedy "Anodę" spod Arsenału, prawdziwy "pistolet" i duszę towarzyską oddziału. Po niedługim czasie Janek Rodowicz wrócił nie tylko cały i zdrowy, ale na koniu kawaleryjskim i z szablą w ręku... 2

Dedykuję Domanowi, który był Impulsem do napisania tej opowieści...

   O świcie 24 lipca 1944 r., po dwudniowym odpoczynku w białopuszczańskich wioskach: Czaplowizna, Szynkarzyzna i Brzuza blisko 900-osobowy oddział Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego ruszył w 26-ty dzień swojej unikalnej, nawet jak na przedziwne partyzanckie koleje losu, wręcz niewyobrażalnej epopei spod białoruskiego Mińska w kierunku polskiej stolicy (niemal 600 km tylko w linii prostej!).
   Po kilku godzinach, wg kalendarium opracowanego na podstawie raportów, osiągnął okolice nadbużańskiego Kamieńczyka. Stąd jest tylko kilka kilometrów do Brańszczyka, ukazanego w raportach szkoleniowych marszów "leśnej bazy" batalionu Zośka jako miejsce nieoczekiwanego spotkania z najbardziej nieprawdopodobnym oddziałem Wojska Polskiego jaki zaistniał i walczył podczas II wojny światowej.
   Otóż "pistolet" batalionu Jan Rodowicz, pseudonim "Anoda" wysłany na rozpoznanie nieznanego oddziału2 zobaczył w lesie pod Wyszkowem 24 lipca 1944 roku dosłownie "gości z innej epoki", zupełnie jakby przetransportowany przez jakąś czarną dziurę, czy inny wehikuł czasu - prawdziwy, wzorcowy z regulaminu 1938 roku kompletny szwadron 27 pułku ułanów im. Króla Stefana Batorego Nowogródzkiej Brygady Kawalerii Wojska Polskiego - w pełnym umundurowaniu i oporządzeniu, na wypasionych, zadbanych kasztankach i innych gniadoszach.
image
   "Poznaję nawet piękną, gniadą klacz Wisłę. Ślicznie i nastrojowo wyglądają galopujący przez łąkę ułani. Jak w obrazach Kossaka".
3
   Zdumienie i niedowierzanie oczom i uszom jeszcze wzrosło, gdy usłyszał, że takich "jak z obrazka" szwadronów są cztery, czyli razem 272 ułanów na koniach! A do tego, tak jak przewiduje etat przedwojennego pułku kawaleryjskiego, jest szwadron ciężkich karabinów maszynowych na taczankach (wózek zaprzęgowy), razem 12 sztuk obsługiwanych przez 69 ułanów.
   Ale to nie koniec tych zjawisk nadprzyrodzonych! Za nimi jedzie na ponad setce wozów 3-kompanijny batalion piechoty - 438 żołnierzy, jak to w bajce musi być - po zęby uzbrojonych, m.in. w kilkadziesiąt lekkich i ręcznych karabinów maszynowych (41 szt.), 7 moździerzy, 660 karabinów, 794 granaty ręczne. Za nimi kuchnie polowe, warsztaty i lazaret na kołach. Na końcu kilkadziesiąt sztuk odebranego "po drodze" Niemcom bydła jako chodząca rezerwa żywnościowa. 4
     O tym jednak, że to nie zjawy i nie przybysze z "przedwojnia" świadczyło niejednolite pochodzenie obficie posiadanej broni - oprócz polskiej, nowa niemiecka i sowiecka, holenderska i francuska.
   Wyjaśnienia skąd i jakim cudem pojawiła się taka masa uzbrojonego partyzanckiego polskiego wojska w końcu lipca 1944 roku 50 kilometrów od Warszawy były nie mniej zdumiewające od samego, niewyobrażalnego przecież, widoku tego pułku - Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego Armii Krajowej. Stołpce były miasteczkiem nad granicą polsko-sowiecką do agresji sowieckiej j 17 września 1939. Puszcza Nalibocka to lasy położone na zachód od tamtej linii granicznej. Słowem koniec II Rzeczpospolitej. Gdzie przysłowiowy diabeł chowa młode... Odległy o kilkaset kilometrów w terenie zajętym i kontrolowanych od 5 lat przez obydwu okupantów! Ciągnąca się kilkukilometrowa kolumna wozów, furmanek, taczanek... Konieczność forsowania dziesiątek rzek, setek dróg i pilnie strzeżonych przez Niemców torów kolejowych.
   O szczegółach ponad 600-kilometrowej, miesięcznej epopei opowiem poniżej - bardziej warszawskich konspiratorów, młodych i starszych, nurtowała kwestia SKĄD oddział ma TYLE broni??? I to różnorodnego pochodzenia i czasu produkcji!
   Ciężkich karabinów maszynowych było przy nim prawie tyle samo, co w całym, liczącym 40 tysięcy zaprzysiężonych konspiratorów, Warszawskim Okręgu AK, a samym mieście tylko kilka sztuk. Liczba ręcznych karabinów maszynowych Zgrupowania stanowiła około 30 % stanu Okręgu, podobnie jak liczba zwykłych karabinów. Moździerzy było tyle samo, co w Okręgu. Była to stosunkowo duża, jak na warunki konspiracyjne, siła ognia, mogąca odegrać znaczącą rolę w nadchodzącym powstaniu zbrojnym. Dlatego też zadziwiająca, niespotykana, wręcz podejrzana była jej taka koncentracja w jednym, niespełna dziewięciuset osobowym oddziale. 3
    Aby to wyjaśnić, należy cofnąć się o jeden rok w czasie, a w przestrzeni do kresowej Puszczy Nalibockiej. W 1943 roku, po ujawnieniu Zbrodni Katyńskiej i zerwaniu przez ZSRR stosunków dyplomatycznych z Polską, a także po zmianie sytuacji na froncie wschodnim nasila się antypolska działalność partyzantki sowieckiej - nie uznaje ona żadnych praw Rzeczpospolitej do jej wschodnich Kresów, a działalność polskiej partyzantki ledwie toleruje. Choć są wyjątki, czasem skrycie na nią napada, czasem pomaga Niemcom w niszczeniu jej, niekiedy zawiązuje - w obliczu hitlerowskiego zagrożenia - lokalne, czasowe sojusze, prawie nigdy nie dotrzymując umów.  
   W lutym 1943 r. Komitet Centralny Komunistycznej Partii Białorusi zalecał swoim partyzantom:
„W rejonach gdzie znajdują się już oddziały polskich nacjonalistów, trzeba je przede wszystkim zdecydowanie wypierać przez organizowanie naszych partyzanckich oddziałów i grup, a po drugie należy wprowadzać do ich (polskich) szeregów agenturę, poznać strukturę łączności, organizacji, zadań, sposób pracy, ujawniać przedstawicieli polskich nacjonalistów lub niemieckiego wywiadu.
Należy podsyłać im naszych Polaków, aby te oddziały i grupy demoralizować, a Polaków-robotników przeciągać na naszą stronę.
W wiadomych wypadkach … można organizować oddziały partyzanckie, które w większości będą składać się z Polaków. Takie oddziały, jak i wszystkie sowieckie oddziały, powinny prowadzić walkę w interesie ZSRR.
  W rejonach gdzie nasze oddziały mają już duży wpływ, należy nie dopuszczać do działania polskich nacjonalistycznych, reakcyjnych kręgów. Ich przywódców należy likwidować. Oddziały albo rozwiązywać i zabierać broń, albo brać pod swoją kontrolę, pozbawiać je znaczenia jako samodzielne jednostki bojowe, dołączać je do większych naszych oddziałów, wreszcie prowadzić potajemną czystkę od szkodliwych elementów.
Brać pod uwagę, że polscy nacjonaliści to dobrzy konspiratorzy, mistrzowie zdrady i prowokacji.”
6
      W  grudniu 1943 roku następuje odgórnie zorganizowana akcja podstępnej likwidacji polskich oddziałów partyzanckich - oficerowie zostają aresztowani i "neutralizowani", a żołnierze siłą zagarnięci do sowieckich oddziałów na "mięso armatnie".
   Z liczącego ponad 300 żołnierzy Polskiego Oddziału Partyzanckiego im. Tadeusza Kościuszki (nawet ta nazwa była uzgodniona z sowieckimi "sojusznikami") Zgrupowania Stołpeckiego po takiej sowieckiej akcji 1 grudnia zostało tylko 42 żołnierzy pod dowództwem dotychczasowego zastępcy dowódcy porucznika "Góry". Wszystkich innych oficerów Sowieci, wcześniej serdecznie zaprosiwszy na rozmowy, podstępnie aresztowali. Pięciu z majorem Wacławem Pełką i porucznikiem Kacprem Miłaszewskim (organizator i pierwszy dowódca oddziału) wywieźli do Moskwy na Łubiankę (centralny areszt śledczy NKWD), pozostałych rozstrzelali.
   "Dowódca kawalerii chor. „Noc” Zdzisław Nurkiewicz, pod pretekstem załatwiania furażu nie powrócił do swego obozowiska w dniu wyznaczonej „odprawy wojennej”. Gdy dowiedział się o tragedii, jaka rozegrała się na uroczysku nad jeziorem Kromań, natychmiast przystąpił do rozbrajania napotykanych sowieckich partyzantów. Do wieczora ujęto w sumie siedemdziesięciu jeńców... Po kilku dniach do oddziału kawalerii dołączył, obejmując dowództwo, por. „Góra” któremu udało się wyrwać z okrążenia wraz z kilkunastoosobową grupą mołodeczańską." 7
    Właśnie u jednego z tych jeńców chorążego "Nocy", dowódcy sowieckiego plutonu D. Feaktistowa znaleziono rozkaz dowódcy Brygady im. Stalina pułkownika Gulewicza z dn. 30 listopada 1943 r. nakazujący rozbrojenie polskich legionistów i rozstrzeliwanie na miejscu opornych, cytuję całość:
Ściśle tajne!
EGZEMPLARZ NR 7
Wcześniejsze ujawnienie będzie karane
ROZKAZ BOJOWY  z dnia 30 listopada 1943 r.  godz. 15.
Do dowódców i komisarzy oddziałów partyzanckich brygady im. Stalina:
W ramach wykonywania rozkazu Naczelnika Głównego Sztabu Ruchu Partyzanckiego przy kwaterze Naczelnego Dowództwa Armii Czerwonej generała lejtnanta P. Ponomarenko i pełnomocnika KC KP(b)B przy baranowickim obwodowym komitecie KP(b)B generała W.Czernyszewa.
W dniu 1 grudnia 1943 r. ogłosić punktualnie o godz. 7-ej rano i we wszystkich kontrolowanych miejscach rejonu przystąpić osobiście do rozbrajania wszystkich polskich legionistów (partyzantów). Odebraną broń i dokumenty zarejestrować, a wszystkich legionistów, razem z odebraną bronią dostarczyć do polskiego oddziału Miłaszewskiego w rejonie wsi Niestorowicze rejonu Iwienieckiego.
W razie oporu w czasie rozbrajania ze strony legionistów (partyzantów) rozstrzeliwać na miejscu.
Z chwilą otrzymania niniejszego rozkazu należy go natychmiast rozesłać ściśle tajną korespondencją do wykonania w rejonach operacyjnych waszych oddziałów, kompanii i plutonów.
rozkaz należy utrzymać w ścisłej tajemnicy.
Za rozgłoszenie tego rozkazu dowódcy oddziałów będą nieść osobistą odpowiedzialność.
Dowódca Brygady im. Stalina pułkownik Gulewicz I.I.
Komisarz Brygady im. Stalina podpułkownika Muraszow A.G.
Naczelnik sztabu Brygady im. Stalina podpułkownik Karpow I.K.
Экзм. №1 - в архив
№2 и 3 – отряд «Большевик».
№4 и 5 - отряд им. Суворова
№6 – отряд им. Чапаева
№8 – отряд им. Буденного
№9 - отряд им. Рыжака
№10 – отряд им. Октябрьской Революции.
Pieczęć Brygady im. Stalina. " 8
   Odpis rozkazu został wysłany do Komendy Głównej AK, a następnie do Rządu Emigracyjnego w Londynie, ale tam nie uwierzono w jego autentyczność.
   Po zdradzieckim pogromie udało się wydostać z sowieckiego okrążenia całonocnym marszem przez bagna tylko kilkudziesięciu przemoczonym, wyczerpanym partyzantom, bez zapasów żywności i amunicji. Bez chwili na odpoczynek byli dalej atakowani przez Sowietów, znacznie groźniejszych od Niemców, bo tak jak Polacy byli przyzwyczajeni do walki w lesie, a dysponowali znacznymi siłami, zaopatrywanymi z "Wielkiej Ziemi" (rosyjskie określenie nieokupowanej przez hitlerowców części ZSRR). Oddział "Góry"z trzech stron naciskany przez partyzantów sowieckich, musiał obawiać się również zagłady ze strony Niemców. Ci jednak nieoczekiwanie zaproponowali zawieszenie broni - w zamian za dostawy prowiantu, broni i amunicji, żądali zaprzestania ataków na swoje oddziały i posterunki. Na takowe, zdziesiątkowani, ledwo żywi Polacy, i tak nie mieli sił i możliwości.

Lubię to! Skomentuj39 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura