Poseł Wipler przedstawił już tysięczną chyba koncepcję finansowania partii. Niczym ona szczególnym nie różni się od innych. Ma wady i zalety ale i tak nie jest warta ceny bajtów, którymi została opisana. Bierze się to z tego, że myślicie ciągle na poziomie średniowiecza a nawet starożytności. W starych demokracjach, by wybrać przedstawiciela do władz, trzeba było wyznaczyć termin "zjechać się" w jakimś miejscu i zagłosować. Wyborcy w taki sposób dawali mandat swemu przedstawicielowi i określony czas na realizację obietnic czy interesów głosującyh.
Wybór i czas.
Dziś mamy komputery i nigdzie nie musimy jechać. Możemy także ograniczyć czas sprawowania mandatu, jeśli Wybraniec straci zaufanie wyborców.
To stosunkowo proste. Możemy "związać" swoim głosem kandydata na Wybrańca. Np. Ja oddaje swój głos na kandydata Kowalskiego, robi to też większość głosujących w okręgu i on dostaje się do Parlamentu. W pewnym momencie przestaje mi się podobać działalność Kowalskiego i wycofuje swój głos i np. przekazuje na Nowaka, robi tak też część z dotychczasowych wyborców Kowalskiego. To załatwia jeden komputer. Pan Kowalski traci mandat a Wybrańcem zostaje Nowak.
Wyobraźcie sobie jak by oni wokół nas wtedy skakali! Ja by zabiegali o głosy! Nie było by mowy o sitwach partyjnych a jedynie o programach i ich realizacji. W tej sytuacji Parlamentarzyści byliby rzeczywistą emanacją Narodu. Partie polityczny zajęły by się wtedy tym czym powinny: realizacją polityki, skupianiem wokół siebie parlamentarzystów, którzy zgadzają się z koncepcjami partii, opracowaniem koncepcji i wariantów. Stałyby się ciałem eksperckim Parlamentarzystów. I wtedy by można te partie finansować. Nawet Kulczyk razem z Drzewieckim i Misiakiem mogli by finansować partie a przewodniczący partii mógłby kupować codziennie podpaski żonie z partyjnych pieniędzy - bo wtedy, gdyby wyborcom przestałq się podobać taka partia, to by wycofali swoje głosy na swoich Wybrańców i by nawet nie trzeba by organizować referendum.


Komentarze
Pokaż komentarze