288 obserwujących
1335 notek
4218k odsłon
17553 odsłony

Nigdy o Tobie nie zapomnę. Ku pamięci Krzyśka Leskiego

Wykop Skomentuj57

Pewnie wszyscy go tu znaliście. Lubiliście, docenialiście, podziwialiście, a pewnie i nie ufaliście, drażnił was, nie zgadzaliście się z nim. Niejeden bloger pukał się w czoło, że rano wstaje i widzi na stronie tekst Leskiego, następnie sytuacja powtarzała się przy obiedzie, po kolacji i przed snem. Obok Krzysztofa nie można było przejść obojętnie. Pozostawił po sobie ranę, z którą trudno się pogodzić. 

Jak się poznaliśmy? Co bardziej spiskowi uważali, że Krzysiek był moim mentorem, załatwia mi informatorów, a i pomaga przy pisaniu tekstów. Zgadzało się tylko pierwsze. Krzyśka poznałem... mailowo. Po kilku miesiącach blogowania w Salonie24 zaczęły mnie irytować lagi, notki, które wylatywały w powietrze, a także jakiś nieudolny kontakt z jednym z adminów. Stare dzieje. Poprosiłem Krzyśka o pomoc - może był to problem z moim PC? Napisałem mailowo. Natychmiast złapaliśmy kontakt. Poskarżył się, że ostatnimi czasy - czyli w okolicach początków 2009 roku - jego blog ledwo zipie, ale nie odnotował takich problemów. Konwersacja przeniosła się na gadu-gadu, które dziś już oczywiście nie istnieje. Natychmiast podał swój numer. Tam zaczęliśmy dyskutować. O wszystkim - szkole, przygotowaniach do matury, studniówce, dziewczynach, jego przeszłości w "Gazecie Wyborczej". Z Krzyśkiem od razu człowiek łapał kontakt. Nie odczuwało się różnicy wieku, tych 30 lat. Przecież to kolosalna na pierwszy rzut oka różnica! Nie traktował mnie też jak w kategorii "jak ojciec syna". Miał dość łamigłówek z własnymi dzieciaczkami. On chciał jak najwięcej wiedzieć i poznawać - przede wszystkim ludzi. 

Nie minęło kilka miesięcy, a Krzysztof ni z gruszki, ni z pietruszki rzucił: "Przyjedź do mnie. Na spokojnie, wybierz któryś weekend. W czerwcu jesteśmy wszyscy w domu. Jak dla mnie możesz spędzić u nas nawet kilka tygodni w formie zasłużonych wakacji. Rozumiem jednak, jeśli ci ta opcja nie pasuje, bo się ewidentnie wstydzisz. Zostaniesz ile chcesz, pomyślimy". Po drodze miałem wiele przygód w pociągu do Warszawy i Krzysztof nie odpuszczał - musiał być na bieżąco: co się dzieje z moim biletem, jak przebiega dyskusja z konduktorem i czy w przedziale spokojnie. Przyjechałem na weekend, zostałem bodaj na 2 tygodnie. I jeszcze raz w wakacje przyjechałem na kilka dni. To był jeden z najlepszych okresów w życiu.

Zwiedzaliśmy Warszawę, odbywaliśmy setki rozmów o podziemiu, "Solidarności", spieraliśmy się o Lecha Wałęsę, chyba z nim pierwszy raz w życiu byłem w Muzeum Powstania Warszawskiego. Rozmawiał tam płynnym francuskim z turystką, która wpadła mi w oko. Nie unikał opowiadać o trudnych relacjach z ojcem, wielkim polskim bohaterem. Oprowadzał po Sejmie, zapoznawał z politykami od prawa do lewa. Wskazywał "starych komuchów" w windzie sejmowej, których pamiętał od czasów przemian. Kiedyś podchodzi do nas w kuluarach śp. Zbigniew Wassermann. "Panie Krzysztofie, jak dzieci?". Tu padają imiona. Krzyśka wryło. Mógł się z kimś nie zgadzać, ale nie mógł nie docenić tego, że ktoś, kogo widuje ostatnio raz na ruski rok tak dobrze pamięta jego rodzinę. Był tym wręcz zauroczony. Spotykaliśmy Zbigniewa Ziobrę, Jacka Kurskiego, śp. Sebastiana Karpiniuka, Janusza Piechocińskiego, Adama Hofmana, Mariusza Kamińskiego z CBA i drugiego wówczas z PiS. Wielu z tych polityków nie ma już wśród nas, inni przeszli do strefy komfortu poza politykę, część zmieniła barwy partyjne. Leski miał kapitalną pamięć. Opowiadał w szczegółach różne historie o posłach, o tym, co działo się w pomieszczeniach Sejmu. Jednocześnie nie pamiętał - zastrzegam dla jasności wywodu: nie z winy alkoholu, którego praktycznie nie pił - gdzie szwendaliśmy się w nocy. 

Tak właśnie się poznaliśmy. Przez bloga, a przecież nie mieliśmy powodu. W jednej z pierwszych notek mocno skrytykowałem Okrągły Stół. Leski wpadł, nafukał, że jestem za młody. Na to odpowiedziałem mu, że przecież trudno, by napisał mi coś innego, skoro pracował w "Wyborczej". Młodzieńcza zapiekłość i belferskie pouczenie, które nie zwiastowały niczego dobrego. Śmialiśmy się z tego, gdy się poznaliśmy. Z biegiem czasu, daję głowę, Krzysiek o naszej pierwszej wymianie w Salon24.pl kompletnie zapomniał. To też o czymś świadczy. 

Mieliśmy fenomenalny kontakt do czasu katastrofy smoleńskiej. Wiadomość o śmierci tylu znanych mu osób mocno go przybiła. Splotła się z wieloma innymi kryzysami w jego życiu. Zawsze jednak dawał radę. Nigdy się nie poddał, nawet, gdy miał chwile zwątpienia. Nie pracował już w mediach po 2011 roku, a tak naprawdę nie chciał tego robić. Czuł, że to nie dla niego. Jak mawiał, wszędzie tylko "palikotyzacja". - Media nie chcą rzetelnej informacji, nie wspomnę o poszerzonej analizie. Kogo dzisiaj obchodzi projekt ustawy, nad którym pracuje komisja sejmowa? - mówił, gdy nalegałem. Prosiłem, by wrócił gdziekolwiek, wiedziałem, że otrzymywał propozycje. Czuł się opuszczony przez dawnych znajomych - mowa o 2012/2013 roku - ale życie też weryfikowało jego wrażliwość. Bo on propozycje roboty i to, całkiem niezłe, otrzymywał. Gdy mu wyliczałem: - Ej, ci chcą, żebyś pisał o nowoczesnych technologiach. Znasz kilka języków perfekt, poza tym siedzisz w komputerach i telefonach! Odpowiadał: - Grzesiu, pfff... daj spokój. "Grzesiu, pff... daj spokój" - ileż to razy w ciągu ponad dekady naszej znajomości usłyszałem? Nigdy nie wybaczę Ci Krzyśku, że choroba i w dużej mierze Twój charakter zaprzepaściły taki talent, erudycję, inteligencję, fachowość. Powinieneś być w czołówce publicystów w Polsce. Pisać z pasją do ludzi z pasją. Tymczasem ostatnie lata spędziłeś dosłownie na rencie. Bez niczego. Za to z otwartym sercem. 

Wykop Skomentuj57
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Rozmaitości