BOR fałszowało dokumenty tuż po katastrofie smoleńskiej - potwierdziła prokuratura, prowadząca śledztwo ws. przygotowań wizyt premiera i prezydenta w Katyniu w 2010 r. Jak podały media, zarzuty za podrabianie dokumentacji usłyszał również Paweł Bielawny, dziś ekspert rządu od bezpieczeństwa, oddelegowany na Euro 2012. Ktoś, kto nie potrafił zapewnić minimalnych standardów ochrony dla choćby kilku swoich kolegów z biura, teraz będzie odpowiadał za życie i zdrowie kibiców z całej Europy.
Fałszowanie dokumentacji w BOR nie mogło odbyć się jednak bez wiedzy gen. Mariana Janickiego. Funkcjonariusze wiedzieli, że śledztwo ws. Smoleńska, które ruszyło 10 kwietnia 2010 r., będzie również dotyczyć ich poczynań. Działali więc jak zorganizowana grupa przestępcza, zacierająca ślady swojej działalności! Czy taka akcja mogła odbyć się bez wiedzy gen. Janickiego, dziwnym trafem kilka miesięcy po tragedii smoleńskiej odznaczonym przez prezydenta? Dlaczego dotąd nie usłyszał zarzutów, skoro fałszowanie dokumentów zostało bezsprzecznie ustalone przez prokuratorów? Kierownictwo BOR miało świadomość, że wizyta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu była niezabezpieczona. Nie sprawdzono płyty lotniska, nikt nie śledził poczynań kontrolerów, nikt nawet nie czekał, poza kierowcą ambasadora Bahra, na prezydenta i swoich kolegów. Katastrofa smoleńska musiała wywołać w tej instytucji istny popłoch.
Sprawa fałszowania dokumentów powinna być gwoździem do politycznej trumny gen. Janickiego. Nawet, jeśli nie brał udziału w tym przestępczym procederze, to miał on miejsce w instytucji pod jego kierownictwiem i odpowiedzialność za tego typu działania spada przede wszystkim na niego.
PS. Zostałem nominowany do konkursu portalu Wiadomości24.pl.



Komentarze
Pokaż komentarze (116)