284 obserwujących
1324 notki
4155k odsłon
4921 odsłon

PiS rezygnuje z wcale nie sztandarowej części reformy sądownictwa. I zapłaci za to cenę

Wykop Skomentuj224

Jaką? Dobre pytanie. Wyczyszczenie kadr sędziowskich nie było głównym postulatem PiS w kampanii wyborczej w 2015 roku, a wymiana kadr nie była najważniejszym projektem reformy sądownictwa. A mimo to, politycy partii rządzącej od dwóch lat mówili "ani kroku wstecz" i główną oś sporu wokół sądów przedstawiali jako walkę ze starym układem. I to był największy błąd PiS, oprócz nieustannych zmian w ustawie o Sądzie Najwyższym. 

Równo dwa miesiące temu napisałem, że reforma sądownictwa w takim koncepcie, jaki zaprezentowało Prawo i Sprawiedliwości, zwyczajnie nie ma szans na utrzymanie. Można tekst przeczytać tutaj. Pomijając wszelkie argumenty o konstytucyjności rozwiązań o przechodzeniu sędziów w stan spoczynku i nierespektowaniu zapisu o sześcioletniej kadencji I prezes, przedstawię subiektywny katalog błędów PiS. 

1. Posłowie nie mówili o istocie, a didaskaliach reformy. Bo tym w gruncie rzeczy była sędziowska miotła. Owszem, w SN i nie tylko było sporo sędziów z PRL-owskim rodowodem w aparacie represji, do którego należy zaliczyć komunistyczne sądownictwo. Za głównego wroga wybrano z wielu względów Małgorzatę Gersdorf, której w takie ramy nie da się ubrać, bowiem nigdy w partii komunistycznej nie była, a od 1980 r. działała w "Solidarności". Nie oznacza to oczywiście, że I prezes SN nie popełniła karygodnych błędów w ostatnich latach, nie wypowiadał się niedorzecznie i nie angażowała w bitwy polityczne z władzami. Co to, to nie. Natomiast esencją reformy wymiaru sprawiedliwości mają być: usprawnienie prac sądów, losowe przyznawanie spraw, informatyzacja, wykluczenie sędziów z prawomocnym wyrokiem z orzekania, izba dyscyplinarna i jasne metody wybierania prezesów sądów i składów. Skarga nadzwyczajna i ławnicy to dodatki, ale pozbawione wad. Celem reformy powinno być usprawnienie działania sądów, a nie wymiana kadr, na którą może sobie pozwolić każda władza. I te elementy są ujęte w ustawie, ale posłowie Stanisław Piotrowicz, Marek Ast i sam Jarosław Kaczyński skupiali się na rzeczy najmniej ważnej i najbardziej drażniącej prawników, aż wreszcie unijne trybunały. 

2. Prezydent Duda i Zbigniew Ziobro przegrali. Jeśli mamy ocenić, kto rzeczywiście przegrał na batalii o sądownictwo, to jest to z pewnością prezydent. Andrzej Duda zawetował ustawy sądowe w 2017 roku i przez chwilę stał się wrogiem publicznym nr 1 dla wyborców, którzy nie wyobrażali sobie reformy bez wymiany składów sędziowskich. Później prezydent poszedł na ugodę z PiS i zaakceptował pakiet zmian, które teraz zostaną odwrócone. Dodajmy - pakiet kosmetycznych zmian w stosunku do zawetowanych ustaw. Rezygnacja z przechodzenia w stan spoczynku i obniżenie wieku emerytalnego do poprzedniej cezury to porażka pomysłu Andrzeja Dudy, który w tak kompromisowy sposób zgodził się na wyrzucenie Gersdorf z Sądu Najwyższego. Prezydent sporo ryzykował, ale z perspektywy czasu chyba już wie, że należało zatrzymać się na wetach. Tego bałaganu, który mamy dzisiaj, po prostu by nie było. Dlaczego też Ziobro? Z oczywistych względów. To minister sprawiedliwości, który autoryzował nowelizowane punkty reformy. 

3. Nie można zmieniać sądownictwa, non stop zmieniając jedną ustawę. Osiem nowelizacji w przeciągu niespełna dwóch lat - tyle razy PiS zabierało się do reformy Sądu Najwyższego. W taki sposób nie da się reformować nie tylko sądownictwa, ale państwa. Gdyby w taki sposób dewastowano proces legislacyjny przy okazji programu 500 Plus, rodziny do dzisiaj nie otrzymałyby ani złotówki z budżetu państwa. Na szczęście, za 500 Plus odpowiadali minister Elżbieta Rafalska i Bartosz Marczuk wespół z Beatą Szydło, a nie Stanisław Piotrowicz i Marek Ast. 

4. Niekonsekwencja. Albo się mówi, że sędziowie to złodzieje, kradnący kiełbasy, pendrive'y i jeżdżący po pijaku, wykorzystuje się przy tym miliony złotych z Polskiej Fundacji Narodowej, albo wskazuje się na patologie i zwalcza się je dostępnymi w reformie środkami - np. izbą dyscyplinarną. W wyniku narracji PiS, wyborcy mogą uznać, że partia rządząca tak naprawdę konserwuje stare układy w sądach. Tym bardziej, że te układy - prawdziwe (skorumpowani przedstawiciele sądów w Krakowie) i te mniej (nieżyjący od kilku lat sędzia, który coś miał ukraść) - były pokazywane taśmowo miesiącami w "Wiadomościach" TVP. I tym trudniej będzie zrozumieć wyborcom prawicy, o co tak naprawdę chodzi. Gdy jeszcze dodamy niekonsekwencję PiS w narracji o złym TSUE, który miesza się do polskich spraw, a tymczasem dziś mówi się: "respektujemy unijne prawo" oraz "grożą nam wysokie kary, musimy zrobić krok w tył", to poczucie chaosu tylko przybiera na sile. 

5. Fatalny timing. To prawda, że nigdy nie będzie dobrego czasu na tak drastyczną decyzję, jak ustępstwo z wymiany kadr. W lutym wyrok wyda TSUE, wiadomo, że orzeczenie musi być niekorzystne. PiS byłoby bombardowane z każdej strony w kampanii wyborczej do europarlamentu. Kompromis partii rządzącej wygląda zatem na próbę uspokojenia sytuacji, ale wątpliwe, by TSUE wydał w pełni korzystny wyrok dla Polski. Natomiast wszystko odbywa się po katastrofalnej - tak należy to nazwać - II turze wyborów samorządowych i w aurze afery wokół KNF, która nie uderza bezpośrednio w PiS, ale w kadry "dobrej zmiany" już jak najbardziej tak. Nawiasem mówiąc - jaką mielibyśmy gwarancję, że do sądów nie trafią się takie tuzy, jak Marek Chrzanowski, natychmiast zdymisjonowany po wybuchu kryzysu? 

Elektorat opozycji od początku objęcia rządów przez PiS uważa partię Jarosława Kaczyńskiego za "uzurpatorów", łamiących konstytucję, bo nie może pogodzić się z wynikiem wyborów. Tymczasem wyborcy Prawa i Sprawiedliwości - co widać na Twitterze - są autentycznie zbulwersowani. Jedni - wycofaniem się z wymiany kadr w SN, inni - na to, że w ogóle doprowadzono do całej awantury i nagle, bez uprzedzenia, PiS chce się z tego wszystkiego wymiksować.

Nie wiem zatem, kogo Jarosław Kaczyński chce przekonać do wycofania się z wątku pobocznego reformy sądownictwa, który stał się jej najważniejszą częścią w przekazie PiS. Jedno jest pewne - Kaczyński może być szczęśliwy, że opozycja - mimo sukcesu w wielkich miastach - jest dramatycznie słaba. Prezes PiS musi jednak pamiętać, że podobne opinie można było przeczytać o jego partii w początkowych czasach rządów PO. 

Wykop Skomentuj224
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo