Zadziwiającą wiadomość, że prezes IPN Łukasz Kamiński na wieść, że chce się z nim widzieć wdowa po Kiszczaku, wyznaczył jej spotkanie za dwa tygodnie, bo był zajęty, można interpretować w zasadzie tylko na dwa sposoby.
Albo prezes IPN jest po prostu głupi, i powinien zostać zdymisjonowany w trybie natychmiastowym, a następnie aresztowany po przedstawieniu zarzutu drastycznego niedopełnienia obowiązków urzędnika państwowego,
albo prezes IPN jest zamieszany w skomplikowaną grę operacyjną nieustalonych na razie sił, i powinien zostać aresztowany do czasu zakończenia dokładnego śledztwa w sprawie okoliczności odkrycia Kiszczakowego archiwum.
W obu wypadkach należałoby podjąć nadzwyczajne środki ostrożności, by prezes IPN nie powiesił się w monitorowanej 24/7 celi aresztu śledczego, bez udziału osób trzecich, w piątek, pozostawiając po sobie dyspozycję, by sekcji zwłok nie wykonywać do poniedziałku, a toksykologię w ogóle pominąć.
Prezes instytucji, która jakoby od ponad roku jakoby prowadzi śledztwo
sygn. S 64/15/Zi w sprawie ukrycia przez osobę do tego nieuprawioną dokumentów podlegających przekazaniu Instytutowi Pamięci Narodowej, tj. w sprawie możliwości ukrycia dokumentów najwyższej wagi przez Kiszczaka, na wiadomość że wdowa po Kiszczaku chce się z nim zobaczyć miał tzw. psi obowiązek przybycia na to spotkanie natychmiast, gdzieby go ta wiadomość nie zastała – w domu, w wannie, w knajpie czy w miłosnym uścisku. Następnie winien był zadbać, aby dołączył do niego prokurator prowadzący śledztwo, i dopiero wtedy, we dwóch, powinni odbyć rozmowę z 81-letnią Marią Kiszczak.
Tak jak teraz rzecz cała wygląda, to ona wygląda dla prezesa fatalnie. Podczas rzekomo prowadzonego przez IPN śledztwa, prezesowi nie przyszło w ogóle do głowy by nietaktownie przeszukać znane adresy Kiszczaka i jego najbliższych współpracowników. Nawet po śmierci podejrzanego wdowy po nim nie przesłuchano, zanim sama nie przyszła z propozycją biznesową. Kiedy już przyszła, prezes najpierw dał sobie dwa tygodnie czasu. Czy dałoby się zrekonstruować zajęcia prezesa i ustalić co robił, gdzie bywał i z kim się kontaktował w ciągu tych dwóch tygodni?
Potem prezes dał wdowie kilka albo kilkanaście godzin czasu pomiędzy rozmową a wejściem do mieszkania Kiszczaka z policją. Czy możnaby sprawdzić billingi telefoniczne, by się dowiedzieć do kogo w tym czasie dzwonił?
Rzeczniczka prasowa IPN na sensowne pytanie dziennikarza, czy Marię Kiszczak zatrzymano, w związku z jej efektywnym przyznaniem się do popełnienia przestępstwa zagrożonego karą pozbawienia wolności do lat 8, odparła; "Pan chyba żartuje…" No tak, zatrzymać można staruszkę, która nie zapłaciła w sklepie za batonik warty 99 groszy, ale kto się poważy zatrzymać wdowę po pierwszym ubeku PRL?
Ja nie żartuję, ja jak najpoważniej uważam, że miejsce prezesa IPN jest w tej chwili za kratami, do pełnego wyjaśnienia sprawy i roli jaką w niej odegrał. Jeśli rzeczywiście znalazł się oryginał teczki Bolka, to jest oczywiście bardzo dobra wiadomość. Ditto pozostałe 50 kilogramów akt. Ale należy wyjaśnić, czy to dzięki wdziękowi i taktowi prezesa IPN być może już nigdy nie dojdziemy, czy archiwum Kiszczaka ważyło 50, 500 czy 5 000 kilogramów.


Komentarze
Pokaż komentarze (18)