Andrzej Górski
W latach sześćdziesiątych na Żoliborzu mogłeś być albo menelem, albo opozycjonistą. Kończyło się to zwykle tak samo prędzej czy później szedłeś do więzienia. W pierwszym przypadku za rozbój, jak większość moich kolegów z dzielnicy, w drugim za walkę w opozycji. Ja byłem szczęśliwcem, trafiłem do więzienia nie za „robienie kiosków”, ale za drukowanie Herlinga-Grudzińskiego, Poppera, Miłosza, Nowakowskiego...
Marzec i Sierpień
W którymś momencie poczułem krew, zew krwi.
8 marca 1968 pojechałem na Krakowskie Przedmieście zobaczyć, co się dzieje. Od razu dostałem ze dwa razy gumą szturmówką od milicji, myślałem, że mi nogę oderwie, ale jakoś, kuśtykając, wróciłem na Żoliborz. Alarm! Skrzyknąłem kolegów i pojechaliśmy z powrotem, w grupie. A takich grup, trochę chuligańskich było dużo. Polacy-patrioci przeciw komunie.
Uczestników Marca na Krakowskim Przedmieściu można podzielić na trzy grupy. Po pierwsze: studenci, którzy myśleli, że jeśli są spokojni, to przejdą na Uniwersytet, ale dostawali grzmoty. Po drugie: gapie, którzy myśleli, że jeśli nie uczestniczą w zajściach, to im się nic nie stanie, ale też dostawali. Trzecia, najlepsza grupa wiedziała, o co chodzi, szła od początku na zadymę. Po prostu chcieliśmy wesprzeć studentów. A można im było pomóc tylko w jeden sposób: Zlać jak najwięcej ormowców i golędziniaków. Skatować katów. Spacyfikować tych, którzy nas pacyfikowali. Oni nas gazem i pałami, my ich sztachetami i brukowcami. Szczególnie polowaliśmy na ormowców – zero litości od nich, ale i dla nich. Jednego wzięliśmy pod glany, razem z kolegą zdobyłem na nim opaskę i kask, w naszym ówczesnym rankingu najcenniejsze trofeum, tuż za składaną pałką.
Po powrocie z wojska nawiązałem kontakt ze środowiskiem KOR-u. Rozpocząłem od kolportażu ulotek, komunikatów, broszur i książek. Stopniowo dopuszczano mnie do coraz ważniejszych tajemnic konspiry. Jeździłem kilka razy do Radomia z pomocą dla robotników. Pracowałem jako kierowca przewożący papier, a potem materiały poligraficzne dla podziemnych wydawnictw. I byłem w tym dobry. Dzięki Mirosławowi Chojeckiemu zacząłem pracę na słynnym offsecie przemyconym z Wiednia do Polski przez reżysera Stanisława Bareję. W ten sposób stałem się pierwszym etatowym pracownikiem, drukarzem Niezależnej Oficyny Wydawniczej (NOWEJ), największego podziemnego wydawnictwa PRL-u.
W czasie karnawału „Solidarności” znalazłem się wśród tych nielicznych, którzy nie ujawnili swych drukarń, dalej konspirowałem.
Po wprowadzeniu stanu wojennego pracowałem tak dwa lata, aż do pierwszej wpadki. Do tego czasu „Tygodnik Mazowsze” z czerwoną winietą Solidarności szedł tydzień w tydzień, w nakładzie kilkunastu tysięcy egzemplarzy, na miasto razem z książkami NOWEJ. Po amnestii w 1983 roku, znów zanurkowałem do podziemia i drukowałem dalej. Złapali mnie po dwóch latach w kotle. Przyjechaliśmy całą ekipą do drukarni. Otworzyłem drzwi i usłyszałem ten charakterystyczny dźwięk repetowania. Tajniak przyłożył mi pistolet między oczy. Wiedziałem, że to już koniec.
Więzienie
Po półrocznym pobycie w więzieniu rozpocząłem głodówkę. Z rzucaniem jedzenia jest tak jak z rzuceniem palenia – trzeba mieć dużą motywację. Mój ojciec umierał, więc esbecy mówili, że zawiozą mnie do szpitala, żebym się z nim pożegnał – oczywiście, jeśli zacznę składać zeznania. Dodawali też, że koledzy i tak mnie obciążają. W nielicznych listach od rodziny wykreślano fragmenty o schorowanej matce, więźniarce obozu w Niemczech i ojcu po zawale i dwóch wylewach. Nie wiedziałem, czy jeszcze żyje. Szantażowano mnie, trzymano w niepewności.
W więzieniu nie ma słowa „przepraszam”, trzeba zachować honor i godność bez względu na cenę i dlatego odmawiałem wszelkich rozmów na przesłuchaniach. Z bandytami z SB się nie gada. Żeby pożegnać się z ojcem w szpitalu, musiałem zdecydować się na głodówkę. Poza tym chciałem otrzymać status więźnia politycznego, bo nie posadzono mnie za kradzież kur czy weków z piwnicy.
Głodowałem przez pięć i pół miesiąca. Wpychali mi do żołądka rurę i wlewali zarobaczoną papkę, kaszkę z wołkami. Sonda, na początku jedna dla wszystkich głodujących więźniów miała przezroczysty lejek, co wymyślił naczelnik więzienia, żebyśmy widzieli, jakie paskudztwa znajdują się w tej podawanej karmie. Taka kaszka z mięsnym wkładem. Po jakiś trzech tygodniach mniej już odczuwałem głód. Wpadłem w letarg, nie kojarzyłem dokładnie, błędnik mi siadł, nie mogłem robić gwałtownych ruchów, bo od razu traciłem przytomność. Cały dzień czytałem jedną stronę, a potem wieczorem zaczynałem od nowa, bo nic nie pamiętałem. Zjechałem do 48 kilogramów. Skórę miałem jak papier.
Najgorsze, że pod celą zaczął mnie prowokować taki potężny kryminalista, „Goliat”. Poszło na wojnę. Kiedy mnie raz uderzył, przez pół dnia byłem nieprzytomny. Poczekałem, aż pójdzie spać i wtedy stołkiem po głowie. Zamroczyło go, ale gdy później oddał, to myślałem, że umrę. A współwięźniowie obserwują, nikt się nie wcina. Miałem dwa wyjścia: albo poddać się, rezygnując z głodówki albo zginąć. Byłem już tak zdeterminowany, że stało się mi wszystko jedno – aby tylko wytrwać w postanowieniu.
To, że przeżyłem, zawdzięczam kryminalnemu recydywiście „Wojtalowi”. Wyczuł, że „Goliat” jest kapuchą i zarządził mu wypad z celi. Ale z celi kryminalnych nie można tak po prostu wyjść. Dano „Goliatowi” żyletkę dostarczoną wcześniej przez więziennego fryzjera. „Tnij się!”. Krew już sikała, zacząłem barabanić w drzwi, że coś się pod celą dzieje. A Wojtala: „Chcesz być następny?”. Z szybkością światła znalazłem się na pryczy. Dopiero, kiedy „Goliat” dociął się do końca, przywołano odziałowego, który przybył z „Atandą” – oddziałem specjalnie uzbrojonych klawiszy. Wynieśli go w kocu.
Koniec
Po wypuszczeniu mnie dzięki amnestii 1986 roku byłem zupełnie rozbity. Miałem w sobie tyle złości! Matka ciężko wszystko odchorowała, ojciec jeszcze żył, ale jak roślinka. Już zero kontaktu. Nie potrafiłem się pozbierać. Część rodziny obwiniała mnie za tę tragedię, która przecież jest i moją tragedią, bo z ojcem pomimo starań nigdy już nie porozmawiałem, nie pożegnałem się. Dopiero Maciej Radziwiłł, wielki przyjaciel, z którym wcześniej przez wiele lat współpracowałem, zaproponował mi wspólny druk, co mnie zmobilizowało i postawiło na nogi. Nie stoczyłem się jak niektórzy moi znajomi niewytrzymujący presji wieloletniej konspiry. W ten sposób poznaje się prawdziwych przyjaciół. Maciek pomógł mi, chociaż rozwalało to jego prywatne życie i groziło więzieniem, które przecież także wcześniej zaliczył.
Niektórzy z mojej drukarskiej paczki zajęli się bezpiecznym salonowym życiem i polityką. Wszystko zaczęło się rozłazić. Jeszcze nie wygraliśmy, a już dawało się wyczuć tworzące się układziki towarzyskie. Uważałem, że w opozycji byliśmy sobie bliscy, byliśmy jedną wielką rodziną – bez podziałów, bez rozłamowej polityki do połowy karnawału „Solidarności”. W 1988 roku dawna przyjaźń
zaczęła zanikać, porobiły się układanki, pojawiła się wzajemna wrogość, powstawały fałszywe legendy kombatanckie. Dziś już trudno sobie wyobrazić, że kiedyś wszyscy byliśmy razem, przeciw nim.
Michał Łuczewski
4 czerwca na Skwerze Hoovera Andrzej Górski będzie opowiadał o walce z władzą ludową, tajnikach podziemnego druku i więziennym ABC.
Andrzej Górski. Legendarny drukarz warszawski. W latach 1979-89 wydrukował około 60 pozycji książkowych dla Niezależnej Oficyny Wydawniczej oraz kilka dla Niezależnej Kooperatywy Wydawniczej "Feniks". Organizował pracę ekipy drukująco-składającej. W stanie wojennym powielał także ulotki i pierwsze numery "Tygodnika Mazowsze". Dwukrotnie aresztowany, więziony. (http://www.slownikniezaleznidlakultury.pl/index.php?page=wysyp&sel=G&klucz=211&s=)
Andrzej Górski dla „Encyklopedii Solidarności”:




Komentarze
Pokaż komentarze (25)