W mocy słów
Życie nie jest do godzenia za śmiercią, tylko szukania dla niej dostatecznie dobrego powodu
2 obserwujących
59 notek
13k odsłon
96 odsłon

Posłuszeństwo niemiłe Bogu?

Wykop Skomentuj3

Tak jak niejeden typ rodzicielstwa poznałam - bo różni się ten, kto chce siebie i świat zrozumiałym dziecku pokazywać, żeby się nie przelękło, tym niejako ustawicznie zniżając do niego, aż za głupca jest brany lub niczym od dziecka nieróżniącym; od tego, kto w zniecierpliwieniu oczekiwania na pojawienie się równej mu rozumności potomka, różnice podkreśla i za powód do respektu wskazuje - tak też niejedno pojmowanie pojęcia, iż Bóg jest niepojęty - bowiem jak nie odróżniać tego, kto z każdym swoim nierozumieniem rozgląda się, któż go w błąd wprowadził lub ułomnie objaśnił; od tego kto nierozumienie swoje za ułomność bierze i w skupienie wpada, nawet nad brednią, obawiając pochopnie odrzucić celu wszelkiej swej nauki? A jednak można.
Dlatego i to, które pismo jest święte z nazwy się nie bierze, tylko przeświadczenia, czy czytam o Bogu...
W takiej mierze na nic postanowienie o podejściu z szacunkiem, czy przeciwnie – z dystansem. Jedynie to, kim jest czytający, pociągnie jego namysł lub uśpi, iż niczego do szukania nie ma, bo tutaj już był. Przy tym, jak bardzo trzeba być nierozwiązującym zagadek, niezainteresowanym celem swego życia, żeby do nieczytających być zaliczonym, nie chcę wiedzieć, tak rozległa jest granica czytania, w której znaki pisane do rozwikłania, to jedynie symbol, a nie jego istota. Przeciwnie nawet – kto niczego nie szuka z pewnością kończy ze swą umiejętnością czytania, choćby ją kiedykolwiek posiadł (jak mu się zdawało, bo nie ma prawdziwego posiadania, gdy nad zbyciem się nie panuje, zatem tylko użytkuje). Co nie znaczy, że też w kimś bojącym się nauczyć liter jest martwy duch. 
Ze swoistej złości na samą siebie przyszły mi te przemyślenia. Bo skupiłam się nad pojęciem grzechu w takim fragmencie Starego Testamentu, który burzy moje poczucie sprawiedliwości, że to chodzi o nieposłuszeństwo (no bo za co innego w takim razie z tego raju ludzie wylecieli?). Nie pierwszy raz - wcześniej na przykład potknęłam nad tym, jak to któryś z proroków po posłuchaniu się Boga musiał potem z nim walczyć całą noc na śmierć i życie, bo z jakiś powodów doczekał się za to kary.

A teraz król Dawid dał się Bogu podpuścić (chyba to słynne wodzenie na pokuszenie?), żeby zrobić spis ludności. Gdy już zliczono wszystkich sprawnych do zabijania mieczem, po blisko dziesięciu miesiącach, to król pojął, iż popełnił grzech... (ktoś z wyznaczonych do tej pracy wcześniej mu się dziwił, że przecież zawsze posiada się tyle, ile Bóg chce, więc po co to liczyć). Zaczął zatem przebłagania i utargował tyle, że Bóg dał mu trzy pokuty/nieszczęścia do wyboru (przez komunikatora). Wszystkie polegające na takim czy innym uśmiercaniu poddanych. Dawid wybrał plagę zarazy. Po wzięciu około 10% policzonych Bóg się jednak wzruszył budowaniem mu ołtarza i zatrzymał zabijającą rękę anioła.
Zdecydowanie wspaniałomyślniej, niż krwiożerczy Dawid, którego najbardziej zapamiętam z wojen ku pozyskiwaniu łaski Boga (nic do dziwienia się krzyżowcom potem, jak się tego naczytali)  i z odmierzenia sznurkiem jeńców do zabicia – że jak zostawił 1/3 jako niewolników, to należało to czytać jako sąd sprawiedliwy, bo bez względu na osobę...
Więc, co ze mną nie tak, że w ogóle zachciało mi się rozumieć Dawida, nie imponującego mi niczym zupełnie w żadnym momencie, czym dla niego jest grzech? Czy nie dosyć mi własnego sumienia, żeby jeszcze babrać w cudzym? Ale oczywiście nie o Dawida mi chodzi, tylko tą wątpliwość własnego rozeznania – że to ja mogę nie widzieć grzechu, nie pojmować, co nim jest. Bo przy całym poszukiwaniu, czego powinnam się wstydzić w sobie - czego żałuję, aż chciałabym ten uczynek, słowa, czy lenistwa cofnąć, mogę nie mieć  w sobie nawet odrobiny akceptacji dla tego, jaki jest Bóg. Zatem - czy ja chcę się takiemu podobać? Bogu prawdziwemu, a nie z moich marzeń i wzruszeń serca.
Które to wyobrażenia i ideały pewnie jakąś wiarą są, tylko o jakiej wadze? Przecież nie odmieniania Boga, żeby stał się na moje podobieństwo?
Szczęściem, jakże inny jest Jezus od swego Ojca opisanego Pismem i wbrew zapewnianiu o jedności z Nim (wbrew, bo na ludzki rozum myśli się o podobieństwie/jednorodności mentalnej). Jakże łatwy do darzenia miłością, ufnością, posłuszeństwem, choć u Niego nie załatwia się żadnej władzy i długiego życia w dostatku, szczególnie ofiarami ze zwierząt, czy z innych ludzi, a wręcz przeciwnie – zostaje udziałowcem strat i męki. Jest zmieniona perspektywa nagrody/ łaski, z ziemskiej dla siebie i przyszłych pokoleń, na  zbawienie od śmierci w ogóle, byle ją raz przejść w imię Jezusa, dołączyć dobrowolnie do ofiary dla Boga Ojca.
Tylko, że jeżeli z urodzenia jedni są sadystami, których pociąga Bóg Ojciec wzywający do zabijania, a drudzy masochistami lgnącymi do Syna Bożego, żeby dać się zabić,  albo o jakiejkolwiek innej specyfice nie ich wyboru, a ustalonego z góry przeznaczenia, to jaka zasługa w takim wybraństwie lub jaka wina w podziale?  Jeśli Bóg składający się w ofierze nie pokonuje tym Boga zabijającego, na nic by było przykazanie „nie zabijaj”, bo zabijający zmieniłby je nowymi poleceniami, jak parlamentarzyści ustawami.
I tak się działo, jeśli poczytać Stary Testament – nikt się przed Bogiem nie zdołał zasłonić argumentem: „Ale złożyłem Ci ofiarę jak to przykazałeś i jak jest w zwyczaju przez pokolenia”, bo ponad wszystko liczyły się (ciągle liczą?) polecenia bieżące. Co nie znaczy, że za ich spełnianie nie obrywało się tak samo śmiercią, jak i uchylanie.  Może nawet odwrotnie – gdy już Bogu wymknęło się polecenie niezabijania, nie mógł być czytany/rozpoznawany ani jako pierwowzór człowieka, ani jako święty, co sam o sobie powtarzał, gdy sam czynił przeciwnie. Najwyżej hipokryta. Bo kto nie jest tym, który umie wypełnić własne słowa, nawet rozumienia ich nie ma powodu się domagać. Ale kto już wypełnia, do sądu za słowa wzywa. I tak usiłowania rozumienia ich czyni sensownym.
W każdym razie - czy gdyby Dawid zrezygnował z wszystkich bramek pokutnych za posłuszeństwo Bogu, umarłby jak Jezus – równy Bogu? Tylko wystraszył się swojej śmieci i po jej zbliżaniu rozpoznał, że... zgrzeszył? To świętość tkwi w umiejętności przeżycia i wybieraniu, co się nazywa grzechem? Zaiste czasy to dawno minione i  niepojęte!

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo