Ars Longa Vita Brevis
Krótko (albo i nie) o rzeczach ważnych i nieważnych
14 obserwujących
42 notki
68k odsłon
  1511   3

Zanim wykopiecie zbyt płytkie groby - cz. II

Ukraina 2014-2022, fot YanH
Ukraina 2014-2022, fot YanH
Migawki z czasów wojny i pokoju

Dom zły

Teraz przeniesiemy się na chwilę o, bez paru groszy, tysiąc kilometrów w górę mapy. Dobrze słyszeliście - mapy. Jest rok 2003 i o gps-ie nikt nie słyszał, może poza nielicznymi kierowcami tirów. Droga jest nijaka, szara, wyboista i dziurawa chociaż międzynarodowa. Na poboczu prężą się w postawie zasadniczej szare drzewa w dwóch szpalerach. To wiatrołap, jednak ma on ponoć (w każdym razie – miał) znaczenie strategiczne. W czasie wojny miał posłużyć jako wsparcie dyskretnego przemieszczania wojsk lądowych. Bo gdy wróg napadnie miłujący pokój Związek (a w to, że napadnie wierzą wtedy wszyscy - od pionierów, poprzez komsomolców i przez partyjny beton w Moskwie po nielicznych, tak jak dzisiaj, dysydentów), owe rozmieszczone w każdej chyba części Związku Sowieckiego wiatrołapy będą tajną i skuteczną bronią. Proszę sobie bowiem wyobrazić, że nad nami lata wraży satelita, podglądając i fotografując, rozpoznanie prowadzone jest z myśliwców w stratosferze i z kosmosu a tymczasem strategiczne drogi puste – hula po nich wiatr i gonią się zające, wiatr zaś pędzi jakieś śmieci. Nuda, panie pułkowniku, tam się nic nie dzieje. – mówi imperialistyczny pilot do dowódcy i zawraca zawiedziony. A tymczasem między topolami maszerują dziarsko Waśki, Misze i Stiepany, jadą Strieły i Katiusze aby w odpowiedniej chwili wypaść z krzaków na podwójne „Ura!” i miażdżącym ciosem zwalić wroga na kolana. Wroga czyli Amerykę oczywiście i fermentujący coraz bardziej na śmierdząco Zachód. Mamy jednak 2003 i po drodze P69 na Czernihów nie przemieszcza się krasnaja armia tylko ja z Wasylem. Wybieramy się do Czernihowa. Ja chcę jeszcze dodatkowo zrobić skok do Czarnobyla (atomowej turystyki nikt tu jeszcze nie uprawia), Wasyl szuka potwierdzenia, że zachodnia Ukraina, skąd pochodzi, stoi cywilizacyjnie parę pięter wyżej niż północno - wschodnia, obaj chcemy zaś zobaczyć tysiącletnie monastyry. Wasyl robi jednak wielkie oczy kiedy mówię, że zjeżdżamy na Czernobyl.

- Nigdzie nie zjeżdżamy! - burczy. Pomysł trafił w próżnię – spodziewałem się oporu więc czekałem na właściwy moment ale przestrzeliłem. Nie i koniec, Wasyl boi się uranu i ksenonu, przede wszystkim zaś „reaktywności”, co by to nie miało znaczyć, wyłażącej tam podobno z każdej dziury. Mało jednak mnie interesują jego lęki bo nie po to tłukłem się aż tutaj, żeby te dwadzieścia czy trzydzieści kilometrów od założonego celu, tak po prostu sobie z niego zrezygnować. Jestem głuchy na historie o psach z trzyma ogonami, kurach jak prosiaki i świecących na niebiesko malowniczych grzybkach. Zresztą, co tu może po tych siedemnastu latach promieniować? Na wypadek gdyby jednak coś promieniowało, mam ze sobą licznik. W zupełności to wystarczy.

Nie odpuszczam ani nie zamierzam – tuż przed skrętem na Czarnobyl zjeżdżam tylko na przydrożny bazar z pamiątkami, które mnie kompletnie nie interesują i toaletami, które mnie interesują bardzo mocno. Gdy już prawie jestem w środku słyszę jak kolega woła:

- Kup ze trzy jabłuszka na straganie!

No i właśnie te jabłuszka rozwalają w drzazgi dalszy plan wycieczki.


***

Kiedy na nie patrzę, kiedy stoję jak słup soli. Gapiąc się na jabłka na przydrożnym targu widzę jak dogłębnie byłem głupi, jaki pusty, jak kompletnie pozbawiony wyobraźni i wyczucia. Jabłka błyszczą i migocą na zachętę kupujących głębokimi, niemal psychodelicznymi kolorami - od zieleni wpadającej w turkus aż po elegancki...fiolet. Są też niebieskawe i pomarańczowe. Jabłka. O wielkości przyzwoitej dyni, czasem i arbuza, skórkę mają jak słonina na spasionej świni a co pod nią, pod tą skórką - nie wiadomo. Gdybyś chciał tu kupić kilo jabłek albo i dwa kilogramy, chyba musiałbyś odkroić trochę jak z arbuza - pojedyncze egzemplarze ważą bez wątpienia więcej niż kilogram. Muszę przyznać, że straciłem rezon i nie umiem się odezwać – gapię się i gapię, w końcu babuleńka w kolorowej chustce pyta:

- Wam jabłuko nada?

Odzyskuję mowę.

- Upss ... D'jakuju.

- Szto?

- Spasiba!

Babcia się odwraca obrażona. Wracam do Wasyla, ten pokłada się ze śmiechu.

- Jabłek nie kupiłeś?

Nie chce mi się odpowiadać. Nie pojadę dziś do tego przeklętego Czarnobyla, nigdy pewnie już tam nie pojadę.

Tylko babcia wciąż nie daje mi spokoju.

- Czemu ona na mnie tak patrzyła gdy podziękowałem jej po ukraińsku? Gdyby mogła, zamieniłaby mnie wzrokiem w kupkę piachu.

Rozpoczyna się opowieść o pękniętym kraju – nie pękniętym na połowy a jak szyba w samochodzie: na tysiące kawałeczków. Ta opowieść towarzyszy nam przez resztę drogi bo i jak tu w skrócie odpowiedzieć na pytanie, czemu w wolnym, niezależnym kraju, kraju, który ma historię, własnych bohaterów i swój język, są rejony i regiony gdzie nikt nie chce lub nie umie w tym języku mówić, reagując raz wrogością a raz wstydem gdy go słyszy na ulicy? Nawet tu, zaledwie parę kilometrów od stolicy tego kraju a nie w jakiejś wschodniej, wbitej w Rosję aż po pachy pipidówie ? Miasto wreszcie wita nas irytującą mżawką, kałużami, które ledwo dają się objechać, ciężkim dymem z jakichś fabryk i pejzażem identycznych, odrapanych domów, chyba nawet nie otynkowanych, które wyglądają tak, jak gdyby zaraz miały się zawalić. Albo nawet jakby już się zawaliły tylko nie do końca, lokatorzy więc postanowili jeszcze trochę zostać. Widywałem już chruszczowki w różnych miejscach, nawet im robiłem zdjęcia, ale w takim stanie jak te tutaj chyba jeszcze nie widziałem.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka