0 obserwujących
59 notek
83k odsłony
3210 odsłon

Marcel Reich-Ranicki- "papież" w randze kapitana

Wykop Skomentuj31

 Listopadowy wieczór roku 2008. Miliony Niemców przed telewizorami śledzą z zapartym tchem specjalną edycję „Milionerów". Raz do roku telewizja RTL zaprasza do udziału w tym bijącym także w Niemczech rekordy oglądalności programie prominentów - gwiazdy filmu, estrady, sportu i polityki. Pieniądze wygrane w tym teleturnieju prominenci przeznaczają oczywiście na cele charytatywne.

 Na „fotelu tortur" siedzi właśnie Thomas Gottschalk, najpopularniejszy w Niemczech showman i moderator telewizyjny. Dobrze mu idzie, ma już na koncie pół miliona euro.

 Prowadzący program Günter Jauch (odpowiednik naszego Huberta Urbańskiego), stawia mu wreszcie pytanie za milion. Brzmi ono: „Kto był ostatnią towarzyszką życia Franza Kafki? Dora Diamant, Sarah Saphir, Rita Rubin czy Olga Opal?"

 Gottschalk nie ma pojęcia. Zostało mu ostatnie koło ratunkowe - telefon.

- Dzwonimy do Marcela - mówi Gotschalk. - Do Marcela Reicha-Ranickiego!

 Dzwonią. Kilka razy słychać sygnał wolnej linii i po krótkiej chwili z głośników rozbrzmiewa charakterystyczny głos, znany chyba każdemu Niemcowi powyżej dziesiątego roku życia: „Tak?"

 Po krótkim przywitaniu Thomas Gottschalk odczytuje pytanie.

 - To Dora Diamant - odpowiada bez namysłu sędziwy krytyk. Po czym dodaje ze swoim silnym, polskim akcentem, którego nie pozbył się do dzisiaj - Nie słyszałem, żeby Kafka miał po niej jeszcze jakąś inną kobietę.

  - Marcel, kocham cię! - krzyczy Gottschalk, gdy prowadzący potwierdza prawidłowość odpowiedzi. „Marcel, kochamy cię!" - można wyczytać na twarzach zachwyconej publiczności. Ludzie w studiu szaleją, wstają z miejsc, długo i namiętnie oklaskują swojego 88-letniego bohatera. Jeszcze raz w spektakularny sposób udowodnił swoją wielkość i nieomylność.

 Bo Reich-Ranicki to był człowiek-instytucja. Nazywany „papieżem" niemieckiej krytyki literackiej, potrafił jedną wypowiedzią zniszczyć dobrze zapowiadającą się karierę literacką i odwrotnie - jego jedna przychylna recenzja w FAZ wprowadzić mogła jakiegoś szerzej nieznanego literata do pisarskiego raju. Gdy mówił „dobre", Niemcy natychmiast pędzili do księgarń, a drukarnie nie nadążały z dodrukami. Gdy powiedział „ta książka to śmieć", cały nakład w księgarniach okrywał się kurzem, a pisarz często mógł szukać sobie innego zajęcia. Jego krytyki bywąły przeważnie bezlitosne i całkowicie dyskwalifikujące, osądy nieodwołalne i... bardzo często skrajnie niesprawiedliwe. Przez to był on najbardziej znienawidzonym krytykiem w niemieckim środowisku literackim, będąc równocześnie bożyszczem, prawdziwą alfą i omegą dla czytelniczych tłumów.

 Był niezwykle medialny i charyzmatyczny, jego cotygodniowy, autorski program „Kwartet Literacki", w którym omawiał, wraz z trzema innymi literaturoznawcami, nowości czytelnicze, ściągał miliony Niemców przed ekrany telewizorów. Od prostej „Hausfrau" i jej męża hydraulika, poprzez gimnazjalistów, do profesorów wyższych uczelni. Nawet fakt, że niemczyzna Reicha-Ranickiego bywała nieraz daleka od doskonałości - i nie chodzi tutaj tylko o jego słowiański akcent, lecz także o nierzadko popełniane przez niego proste błędy gramatyczne - nikomu tutaj nie przeszkadzało w nabożnym kontemplowaniu jego opinii.

 Ostatnimi czasy ograniczył znacznie swoją aktywność; cóż, lata robią swoje, lecz jesienią roku 2008 dwukrotnie w spektakularny sposób przypomniał wszystkim o sobie. Po raz pierwszy, gdy wywołał skandal, odmawiając (decyzję podjął spontanicznie już na samej gali) przyjęcia nagrody telewizyjnej, czegoś w rodzaju polskiego Victora. Jego mowa, wygłoszona na tej raczej nudnej i sztampowej uroczystości, w której poddał miażdżącej krytyce miałkość i płyciznę oferty programowej telewizji niemieckich, spowodowała wielkie oburzenie i popłoch sporej gromadki oberdyrektorów największych stacji telewizyjnych. Widok ich głupich min, gdy słuchali gromkich pohukiwań starego krytyka, musiał szczerze ucieszyć Niemców, bo opinia publiczna znowu stanęła murem za Reichem-Ranickim. Co w kontekście faktu, że przeciętny Niemiec to z reguły notoryczny „couch potato" i chyba jeszcze bardziej, niż przeciętny Polak bezkrytyczny połykacz telewizyjnej melasy, było samo w sobie bardzo dziwne.

No, ale skoro sam Marcel Reich-Ranicki pojechał po telewizjach jak po łysej kobyle, to oczywiście musiał mieć rację - pomyślał statystyczny Johann Schmidt (co oczywiście nie zniechęciło go do obejrzenia kolejnego, pięćset siódmego odcinka „Lindenallee"). Jego drugim medialnym sukcesem był właśnie opisany powyżej udział w kultowym teleturnieju „Wer wird Millionär".

Kiedy kilka lat temu w Niemczech ujawniono ciemne karty jego przeszłości, reakcja tamtejszej opinii publicznej - wbrew temu, co pisano wtedy w polskich mediach - była bardzo stonowana. Niemcy, którzy w ostatnich czasach coraz niechętniej stawiają czoła demonom swojej własnej, najnowszej historii, przyjęli fakt pracy Reicha-Ranickiego w stalinowskim UB z dużą dozą obojętności. Mało ich obeszło, że 50 lat temu ten szanowany, a przez niektórych wręcz bałwochwalczo czczony „self made man" (Reich-Ranicki zakończył swą formalną edukację na przedwojennej, niemieckiej maturze), wysługiwał się ponuremu, totalitarnemu reżymowi obcego, chociaż sąsiedniego kraju.

Wykop Skomentuj31
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale