Pierwsza osoba. Hryniewiecki.
RATY ODKUPIENIA - Rozdział 1: Drugi
Obudziłem się o szóstej i od razu wiedziałem, że Rysakow już nie śpi.
W naszej izbie na Simbirskiej pachniało mokrym płaszczem i naftą. Rysakow siedział przy stole i obracał w palcach białe zawiniątko. Nie moje. Swoje. Pierwsze ma być lżejsze. Tak powiedziała Perowska. Pierwsze ma tylko zatrzymać.
• Nie rzuca się pod konie - powiedziałem.
Nie odpowiedział. On zawsze rzucał za wcześnie. Na próbach w parku za Prospektem Leśnym rzucał jak dziecko kamieniem. Za wysoko. Za mocno. Perowska mówiła, że to dobrze. Ja myślałem, że to znaczy, że chce chybić.
Jestem Polakiem. To tutaj zawsze znaczy drugie. Drugi sort. Drugi numer. W Narodnej Woli też. Polak od bomb. Katolik od brudnej roboty. Oni mówią, że rewolucja nie ma narodowości, ale kiedy dzielą role, patrzą na mnie inaczej.
Perowska wczoraj powiedziała to wprost, stojąc w drzwiach.
• Ty będziesz drugi, Ignacy. Rozumiesz dlaczego drugi?
Rozumiałem. Drugi nie wraca. Pierwszy wybuch robi zamieszanie. Kozacy biegną do rannych. Policja z sań szuka sprawcy. Car, bo tak ma w zwyczaju, wysiada. Jest dobry. Jest ciekawski. Jest głupi. I wtedy drugi podchodzi blisko. Na dwa kroki. Nie ma trzeciego. Trzeciego nie zaplanowali.
• A jeśli pierwszy trafi? - zapytałem.
Uśmiechnęła się. Zofia Perowska, córka generała, która mogłaby mieć pałac, a ma wilgotną piwnicę.
• To i tak będziesz musiał rzucić. Dla pewności.
To jest ta paranoja. Nie to, że nas śledzą. To, że my śledzimy siebie nawzajem.
Rano przyszedł Kibalczicz. Przyniósł dwa pakiety. Położył na stole i powiedział: to jest po czterysta gramów dynamitu. Nie patrzcie mi w oczy, kiedy to mówię. Wyszedł. Zostawił smród migdałów.
Wziąłem swój. Ciężki. Wilgotny papier. W środku metal. Nie chciałem wiedzieć co.
Rysakow wyszedł pierwszy, o wpół do dziesiątej. Miał iść na Newski i czekać. Ja miałem iść na Kanał Katarzyny. Perowska miała stać na rogu Inżynierskiej i dać znak chustką. Biała chustka to car jedzie Kanałem. Brak chustki to jedzie Newskim.
Wiedziałem, że ona tam będzie. Wiedziałem też, że jeśli nas dzisiaj złapią, to ona ucieknie. Ona zawsze ucieka.
Na ulicy było minus pięć. Śnieg skrzypiał jak szkło. Petersburg wyglądał jak makieta. Biały, czysty, fałszywy.
Szedłem i liczyłem. Czterdzieści dziewięć rat odkupienia. Tyle mój ojciec na Podolu miał płacić za ziemię, którą car mu rzekomo podarował w 1861. Czterdzieści dziewięć lat długu za wolność. Mój ojciec umarł w trzydziestej drugiej racie.
O dziesiątej rano, kiedy my szykowaliśmy bomby, car podpisał w Pałacu Zimowym konstytucję Loris-Melikowa. Słyszałem to od Grinewickiego wczoraj. Pierwsza rosyjska konstytucja. Zemstwa miałyby dostać głos. Prawdziwy. Gdybym poczekał jeden dzień, może nie musiałbym tu iść.
Ale nie mogłem poczekać. Bo Rysakow już poszedł. Bo Perowska już stała na rogu.
Doszedłem do Kanału o pierwszej. Stałem przy płocie Teatru Michajłowskiego i udawałem, że czytam afisz. Ręce miałem w kieszeniach płaszcza. Prawa ręka trzymała zawiniątko. Było ciepłe od mojego ciała. To było najgorsze.
O 14:15 zobaczyłem białą chustkę.
Perowska stała przy kratce kanału. Podniosła rękę. Raz.
Usłyszałem dzwonki kozackich sań. Najpierw kozak na koźle obok woźnicy. Potem sześć koni. Potem sanie z policją. A w środku kareta. Ciemnozielona. Złoty orzeł na drzwiach.
Rysakow wyszedł z tłumu. Widziałem go. Biegł. Podniósł rękę.
Pierwszy wybuch nie był głośny. Był głuchy. Jakby ktoś trzasnął workiem z mąką. Konie zarżały. Śnieg podskoczył i zrobił się czarny.
Kareta stanęła. Drzwi się otworzyły.
I car wysiadł.
Naprawdę wysiadł. W szynelu, bez czapki. Szedł do rannych kozaków. Mówił coś. Nie słyszałem.
Wtedy zrozumiałem, że Rysakow zrobił dokładnie to, co miał zrobić. Chybił.
Teraz moja kolej. Drugi numer.
Zrobiłem dwa kroki w stronę kanału.
RATY ODKUPIENIA - Rozdział 2: Chustka
Mówili, że mam dobre oczy. To dlatego mi dali chustkę.
Stoję na rogu Inżynierskiej i Kanału Katarzyny od trzynastej. Biała chustka w kieszeni płaszcza. Wełniany płaszcz, za duży, po bracie. Nikt nie patrzy na kobietę w za dużym płaszczu. Zwłaszcza w Petersburgu. Tu kobiety są niewidzialne, dopóki nie zaczną krzyczeć.
Mam trzydzieści lat i od dziesięciu lat żyję na cudzych papierach. Jestem córką generała Perowskiego, byłego gubernatora Petersburga. Ojciec uczył mnie jeździć konno i strzelać. Teraz strzelam do takich jak on.
Rysakow przyszedł za wcześnie. Widziałam go. Nerwowy. Deptał śnieg w kółko przy płocie. On nie umie czekać. Powiedziałam mu wczoraj: rzucasz pod konie, nie w karetę. Masz zatrzymać, nie zabić. Zabić ma Polak.
Polak. Hryniewiecki. Ignacy.
Przyszedł pięć minut po mnie. Nie spojrzał na mnie. Stanął po drugiej stronie kanału, przy Teatrze Michajłowskim i udawał, że czyta afisz. Trzymał ręce w kieszeniach. Wiedziałam, że trzyma to drugie zawiniątko. Kibalczicz zrobił je wczoraj. Powiedział, że cztery funty. Kłamał. Wiem jak pachnie cztery funty. To pachniało ciężej.
O 14:10 usłyszałam dzwonki.
To jest dźwięk, którego nie da się pomylić. Dzwonki eskorty Jego Cesarskiej Mości. Najpierw kozak na koźle. Potem sześciu konnych. Potem kareta. Potem sanie żandarmów.
Podniosłam chustkę. Raz. Tylko raz. Machnęłam w stronę Kanału.
Rysakow rzucił.
Widziałam wszystko jak przez szybę. Biała kula leci, spada za karetą, wybucha między końmi. Głuchy huk. Śnieg robi się czarny. Konie padają. Kozak krzyczy. Kareta staje, ma rozbity tył, ale stoi. Drzwi się otwierają.
Car wychodzi. Żywy. Zakurzony. Bez czapki.
I to jest moment, w którym zawsze czuję paranoję najmocniej. Bo on nie powinien wychodzić. Każdy inny schowałby się za kozakami. On podchodzi do rannych. Nachyla się. Pyta. On naprawdę myśli, że jest ojcem. Że musi sprawdzić.
Rysakowa już trzymają. Żandarmi go ciągną. On krzyczy coś, ale nie słyszę.
A wtedy widzę Ignacego.
On nie biegnie. On idzie. Dwa kroki. Trzy kroki. Ręce nadal w kieszeniach. Przechodzi obok rannego konia. Patrzy na cara. Car patrzy na niego. Na sekundę ich oczy się spotykają.
Wiem, co Ignacy myśli. Myśli, że dzisiaj rano car podpisał konstytucję Lorisa. Że gdybyśmy poczekali dobę, Rosja byłaby wolna bez bomb. Mówił mi o tym wczoraj. Pytał: Zofia, czy my zabijamy człowieka, czy reformę. Powiedziałam mu: zabijamy system, nie człowieka.
Teraz podnosi ręce. Wyciąga to białe zawiniątko. Podnosi je na wysokość piersi.
Nie rzuca. Przykłada. Jakby chciał mu je oddać.
Drugi wybuch nie jest głuchy. Jest biały.
Nie ma huku. Jest światło i wiatr, który zrywa mi chustkę z ręki. Śnieg podnosi się w górę i nie opada. Ludzie padają. Konie padają. Szyby w kamienicach pękają po obu stronach kanału.
Kiedy kurz opada, na śniegu leżą dwie postacie. Jedna w szynelu z orłami. Druga w za dużym płaszczu.
Polak też nie miał uciekać.
Ktoś krzyczy. Ktoś biegnie w moją stronę. Nie patrzę. Odwracam się i idę. Nie biegnę. Kobiety w za dużych płaszczach nie biegają. Idę Inżynierską w stronę Newskiego. Za mną słychać gwizdki.
Dopiero na Sadowej zaczynam biec.
Mieszkanie konspiracyjne na Teleżnej 5. Wchodzę. Figner i Tichomirow stoją przy oknie.
Tichomirow pyta: udało się?
Patrzę na swoje ręce. Są czarne od śniegu i sadzy. Chustki nie mam.
Mówię: Myślę, że to był sukces. Że został zabity lub bardzo ciężko ranny.
Figner nalewa mi herbaty. Ręce jej drżą.
Dopiero godzinę później przynoszą wiadomość od chłopca z ulicy. Car zmarł w Pałacu Zimowym. O trzeciej po południu. Nogi urwane. Brzuch otwarty.
A chłopak dodaje szeptem: drugiego bombowca też zabrali martwego. Polaka.
Siedzę i myślę o tym drugim zawiniątku. Było za ciężkie. Kibalczicz wiedział, że drugi nie ma szans. Wiedział, że jak stoisz dwa metry od czterech funtów dynamitu, to giniesz razem z carem.
Kto mu kazał zrobić je tak ciężkie. Ja, czy ktoś inny.
Za oknem po raz drugi przejeżdżają te same sanie żandarmów. Te same, które widziałam na Kanale.
Już nas liczą.
RATY ODKUPIENIA - Rozdział 3: Pukanie
Ochrana puka od piątej rano. Ale nie do nas.
Słyszę to przez ścianę. Teleżna 5 to dom, gdzie każdy zna każdego. Najpierw pukanie na pierwszym piętrze. Głuche, żołnierskie. Potem krzyk kobiety. Potem: nie tu, pomyłka. Buty schodzą niżej. Pukanie na drugim. Znowu: nie tu.
Mają listę. Starą listę. Z lutego. Zanim zmieniliśmy mieszkania.
Leżę na podłodze pod oknem i liczę. Pukanie numer trzy. Numer cztery. Za każdym razem bliżej. Figner śpi obok, zwinięta w kłębek, w płaszczu. Oddycha za szybko.
• Oni idą po kolei - szepcze. - Jak w spisie ludności.
To jest ich metoda. Po śmierci cara nie szukają winnych. Szukają wszystkich. Petersburg jest zamknięty od wczoraj od osiemnastej. Na rogach kozacy, na Newskim armaty. Nowy car, Aleksander III, nie był jak ojciec. Ojciec chciał konstytucję. Syn chce krwi.
O szóstej pukają do nas. A właściwie obok. Do mieszkania numer siedem. Słyszę głos dozorcy: tu nikt nie mieszka od tygodnia, panie naczelniku.
Ktoś kopie w drzwi numer siedem. Drewno trzeszczy. Cisza. Potem odgłos butów na schodach w dół. Odchodzą.
Figner siada. Ma białą twarz.
• Rysakow mówi - mówi.
Wiem.
Rysakowa złapali wczoraj na Kanale. Żywego. Z raną na nodze. On ma dziewiętnaście lat. On nie będzie milczał. W Ochrance wystarczy, że pokażą mu stryczek i obiecają, że go zdejmą. On da im wszystko. Adresy z lutego. Nazwiska. Mój opis. Kobieta wysoka, chuda, blizna na czole.
To dlatego pukają nie tam gdzie trzeba. Dostali starą wersję nas.
Musimy wyjść przed siódmą, zanim wrócą z nową.
Wychodzimy osobno. Ja pierwsza. Za duży płaszcz, chusta na głowie jak u służącej. Na ulicy śnieg już nie jest biały. Jest szary od sadzy i deptany przez wojsko. Na każdym rogu afisz. Czarny. Biały orzeł. Obwieszczenie: Zmarł Cesarz Aleksander II od ran zadanych przez potwory.
Potwory. Tak nas nazywają.
Idę w stronę Newskiego. Chcę zobaczyć. Głupie, ale chcę.
Na placu przed Pałacem Zimowym tłum. Modlą się. Płaczą. Stoją w kolejce żeby wejść i zobaczyć ciało. A wczoraj ci sami ludzie klęli, że chleb drogi i że raty za ziemię za wysokie. Teraz płaczą za ojcem, który dał im dług na czterdzieści dziewięć lat.
Ktoś mnie szarpie za rękaw.
To chłopak od nas. Sasza. Ma szesnaście lat i jest łącznikiem.
• Zofia, musisz uciekać. Rysakow wydał Grinewickiego. Wydał Kibalczicza. Wydał mieszkanie na Woźniesieńskim. Tam już byli.
Grinewicki to Hryniewiecki. W papierach piszą Grinewicki, bo tak Rosjanie zapisują polskie nazwisko. Polak. Teraz w gazetach będzie: Polak zabił cara. To wygodne. Polakiem można straszyć.
• A Żelabow? - pytam. Żelabow to mój mąż. Wzięli go dwa tygodnie temu, przed zamachem. Siedzi w Twierdzy Pietropawłowskiej. • Żelabow sam się przyznał. Powiedział, że to on dowodził. Chce żeby go powiesili razem z wami.
To jest najbardziej paranoiczne. Oni już się przyznają do czegoś, czego nie zrobili, żeby tylko umrzeć razem. A ja chcę żyć jeszcze jeden dzień, żeby spalić papiery.
Idę na Ligowkę. Tam jest drugie mieszkanie. Puste. Wchodzę. Na stole kartka. Pismo Tichomirowa: Zofio, nie przychodź tu. Spalone.
Ktoś był tu przede mną i zostawił kartkę. Kto. Tichomirow czy Ochrana.
Siedzę w tym pustym mieszkaniu i nagle rozumiem plan. Drugi ładunek Kibalczicza był za ciężki celowo. Nie po to, żeby zabić cara. Po to, żeby zabić Polaka. Żeby nie było świadka, który powie, że car tego ranka podpisał konstytucję. Bo jeśli ludzie dowiedzą się, że zabili reformatora w dniu reformy, to nie będziemy bohaterami. Będziemy idiotami.
Ktoś chce, żeby Polak zginął razem z carem. To zamyka usta obu.
Słyszę kroki na schodach. Znowu pukanie. Tym razem do moich drzwi.
Nie otwieram. Wstrzymuję oddech.
Głos za drzwiami: pani Perowska, wiemy że pani tam jest. Otworzyć.
To nie jest głos żandarma. To jest głos dozorcy. Zdradził.
Wyskakuję przez okno na daszek oficyny. Pierwsze piętro. Śnieg łagodzi upadek. Biegnę. Bez chusty. Włosy mi się rozplatają. Blizna na czole świeci.
Na rogu Ligowki i Newskiego stoi dorożka. W dorożce siedzi mężczyzna w cywilnym płaszczu. Patrzy na mnie. Znam ten wzrok. To jest wzrok człowieka, który dostał mój rysopis od Rysakowa.
Nie biegnę. Biegiem zdradziłabym się. Idę. Prosto na niego.
Mija mnie. Potem słyszę za sobą: stój.
To nie jest koniec. To jest początek tego, co będzie jutro. Proces. Pięciu na szubienicę. Ja jedna kobieta wśród nich. Ojciec generał będzie patrzył z loży.
RATY ODKUPIENIA - Epilog: Czterdzieści dziewięć
Twierdza Pietropawłowska. 2 kwietnia 1881. Ostatnia noc.
Cela numer 32. Kamień oddycha zimnem. Od trzech tygodni nie widziałam nieba. Dają mi tylko chleb i wodę, bo jutro mają mnie powiesić i boją się, że się otruję. Jakby trucizna była potrzebna. Wystarczy mi moje własne serce, które wali tak, że słychać je w korytarzu.
O dwudziestej trzeciej słyszę stukanie.
To nasz alfabet. Wymyślił go Żelabow. Stuk w ścianę. Raz to A, dwa to B. Uczyliśmy się tego rok temu w mieszkaniu na Newskim, śmiejąc się, że kiedyś nam się przyda w więzieniu. Nie śmiejemy się już.
Stuka z celi 33. Mój mąż. Andriej Żelabow. Wzięli go w lutym. Nie było go na Kanale. Sam się zgłosił po zamachu. Powiedział w sądzie: skoro nie mogliście złapać mnie przed, to powieście mnie teraz razem z nią. Prokurator się zgodził.
Stuka: Z-O-F-I-A.
Odpowiadam: J-E-S-T-E-M.
Stuka długo. Powoli. Muszę liczyć.
C-Z-Y P-A-M-I-E-T-A-S-Z R-A-T-Y.
Raty. Czterdzieści dziewięć rat.
Pamiętam. Ojciec Ignacego Hryniewieckiego płacił je za ziemię pod Winnicą. Mój ojciec generał pobierał je od swoich chłopów pod Pskowem. Twoja matka, Andriej, była chłopką pańszczyźnianą, która nigdy nie zrozumiała, dlaczego wolność kosztuje więcej niż niewola.
Stukam: T-A-K.
On stuka: O-N-I N-I-G-D-Y S-I-E N-I-E S-K-O-N-C-Z-A.
I wtedy rozumiem, dlaczego to jest paranoja do końca.
Myśleliśmy, że zabijamy cara, żeby skasować dług. Że jak zabijemy tego, który wymyślił raty odkupienia, to raty znikną.
A nowy car, Aleksander III, wczoraj podpisał manifest. Czytałam go w gazecie, którą strażnik zostawił celowo na korytarzu. Manifest mówi: będziemy strzec samodzierżawia. Żadnej konstytucji Lorisa. Żadnych ziemstw. Chłopi będą płacić dalej. Do ostatniej raty. Do 1906 roku. Jeszcze dwadzieścia pięć lat.
Zabiliśmy jedynego człowieka, który chciał te raty skrócić.
Stukam: I-G-N-A-C-Y W-I-E-D-Z-I-A-L.
Andriej odpowiada: W-I-E-D-Z-I-A-L. D-L-A-T-E-G-O P-O-S-Z-E-D-L D-R-U-G-I.
Polak wiedział. Dlatego poszedł drugi. Drugi zawsze wie, że nie wraca. On nie szedł zabić cara. On szedł spłacić swoją ratę. Jedną bombą za czterdzieści dziewięć lat długu jego ojca.
O północy przestają stukać. Słyszę klucze.
Otwierają moją celę i jego celę jednocześnie. Na korytarzu spotykamy się pierwszy raz od lutego. Mogę go zobaczyć. Ma ogoloną głowę. Ma kajdany na rękach. Ale uśmiecha się. Pierwszy raz od miesiąca.
Strażnik mówi: macie pięć minut. Nie dotykać się.
Stoimy metr od siebie. Dwa metry jak Ignacy od cara.
Andriej mówi szeptem, po rosyjsku, bo strażnik rozumie tylko rosyjski:
• Zofia, pamiętasz co powiedziałaś po wybuchu? Że to był sukces. • Pamiętam. • To nie był sukces. To był dług. Myśmy tylko dopisali kolejną ratę. Teraz oni będą płacić nami.
Rano 3 kwietnia wyprowadzą nas pięcioro na plac Semionowski. Rysakow będzie płakał. Kibalczicz będzie trzymał w kieszeni rysunek silnika rakietowego, który narysował w celi i poprosi, żeby go oddać Akademii. Mnie powieszą jako pierwszą kobietę w Rosji za królobójstwo.
A na Kanale Katarzyny, tam gdzie spadł Ignacy, już stawiają cerkiew. Cerkiew na Krwi. Żeby nikt nie zapomniał, że długu nie da się wysadzić. Dług trzeba spłacić.
Strażnik zamyka jego celę. Potem moją.
Zostaję sama i liczę w głowie. Nie bomby. Raty.
Jeden. Dwa. Trzy.
Do czterdziestu dziewięciu.



Komentarze
Pokaż komentarze