Paweł Łęski Paweł Łęski
108
BLOG

Nie jest ważne co jest podpisane, tylko kto chce tego bronić

Paweł Łęski Paweł Łęski Kultura Obserwuj notkę 17

Nie jest ważne co jest podpisane, tylko kto chce tego bronić


Papier jest cierpliwy. Możesz na nim napisać, że będziesz kochać wiecznie i że granice są nienaruszalne. I on to przyjmie. Gorzej, że potem przychodzi rzeczywistość i pyta: no dobra, a kto za to umrze?


Najlepszy przykład to mój ulubiony trup w szafie dyplomacji, czyli Traktat z Sevres. 1920 rok, fabryka porcelany w Sevres pod Paryżem. Idealne miejsce, bo wszystko co tam podpisano było kruche jak filiżanka.


Alianci po I wojnie dzielą Imperium Osmańskie jak tort na imieninach. Grecja dostaje zachodnie wybrzeże, Włochy kawałek, Francja kawałek, ma być Wielka Armenia, ma być Kurdystan, Konstantynopol ma być międzynarodowy, a Turkom zostaje skrawek Anatolii. Sułtan podpisuje, bo sułtan już rządzi tylko pałacem.


A 500 kilometrów dalej w Ankarze facet z wąsem, Atatürk, mówi: "Nie". I zbiera armię.


I wtedy okazuje się, że traktat trzeba by obronić. Wysłać żołnierzy, statki, kasę. Tylko że Brytyjczykom już się nie chce, Francuzi mają inne problemy, a Grecy poszli sami i wrócili bez butów. Traktat z Sevres umarł więc nie od wojny, tylko z braku chętnych do jego bronienia. Nigdy nie wszedł w życie. Trzy lata później w Lozannie wszyscy nagle uznali, że Turcja to jednak Turcja.


I tu wchodzimy w Art. 5.


Wszyscy znamy tę mantrę: atak na jednego to atak na wszystkich. Brzmi jak zaklęcie z Harry'ego Pottera. Naciśniesz przycisk i cała armia NATO wstaje. Tylko że Art. 5 tak nie działa. W oryginale jest napisane, że każdy sojusznik podejmie "taką akcję, jaką uzna za konieczną". To nie jest automatyczny miecz świetlny. To jest obietnica, że się zbierzemy i pogadamy, co uznamy za konieczne. A co uznamy za konieczne, zależy od jednego: czy chcemy się bić.


I dlatego zawsze zadaję ludziom najgorsze możliwe pytanie. Nie o Warszawę, nie o Berlin. O norweską Arktykę.


Wyobraź sobie: grudzień, -30 stopni, gdzieś koło Svalbardu albo Finnmarku. Skała, śnieg, wiatr, 200 mieszkańców, 2000 niedźwiedzi polarnych i rosyjska flota Północna, która mówi "a może by tak sprawdzić, jak działa ten wasz Art. 5". Albo incydent w Barentsburgu, tej rosyjskiej osadzie na Svalbardzie, gdzie od 1920 roku obowiązuje traktat mówiący, że każdy może tam kopać, ale Norwegia rządzi. I nagle jest strzelanina. I Norwegia mówi: Art. 5.


I teraz pytanie nie jest do prawnika w Brukseli. Pytanie jest do ciebie.


Czy ty sam poszedłbyś na wojnę z Rosją za norweską Arktykę?


Nie za swoje miasto. Nie za swoją rodzinę. Za kawałek lodu, na którym nigdy nie byłeś, gdzie ropa jest pod lodem, a główna atrakcja to zorza polarna i zakaz wychodzenia bez karabinu na niedźwiedzie. Za archipelag, o którym większość ludzi myśli, że to nazwa batonika.


Bo jeśli twoja szczera odpowiedź w środku brzucha brzmi "eee, no może sankcje, może notka dyplomatyczna, może wyślemy hełmy", to właśnie zabiłeś Art. 5. I zamieniłeś go w drugi Traktat z Sevres. Piękny dokument z fabryki porcelany.


I to jest sedno. Rosja, Chiny, każdy gracz na świecie nie czyta traktatów. On czyta naszą gotowość. On nie pyta, co jest podpisane. On pyta, kto naprawdę chce tego bronić, gdy zrobi się zimno, drogo i straszno.


Podpis w Waszyngtonie w 1949 roku był fotografią woli ludzi, którzy przeżyli II wojnę i powiedzieli "nigdy więcej sami". Ale fotografia wyblakła. Teraz my musimy zdecydować, czy chcemy zrobić nową.


Bo Art. 5 nie jest polisą ubezpieczeniową. Jest lustrem. I jeśli patrząc w nie na pytanie o norweską Arktykę widzisz człowieka, który mówi "nie, to nie moja wojna", to nie masz sojuszu. Masz tylko papier, który zniesie wszystko.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj17 Obserwuj notkę

There have been many comedians who have become great statesmen and vice versa.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Kultura