To nie teoria spiskowa, tylko smutna historia gospodarcza.
Tak, kopaliśmy i oddawaliśmy. Kopalnia w Kowarach / Radoniowie działała 1948-1973 pod pełnym nadzorem sowieckim. To nie była polsko-radziecka spółka, tylko sowieckie wydobycie na naszym terenie. Wydobyto ok. 650 ton uranu, wszystko pojechało do ZSRR. Potem Sowieci sami zamknęli interes w 1957-73, bo znaleźli większe złoża u siebie w Uralu, a u nas zostały biedne rudy 0,1-0,2%.
Zubożony uran to nie paliwo. To odpad po wzbogacaniu. Nam nie brakuje zubożonego, nam brakuje wzbogaconego. A żeby wzbogacić uran naturalny z 0,72% U-235 do 3-5% do elektrowni, albo 19,75% do Marii, potrzeba wirówek. Polska nigdy nie miała i nie ma zakładu wzbogacania. Ani PRL, ani III RP.
Czyli nawet gdybyśmy w Kowarach zostawili sobie te 650 ton, to i tak musielibyśmy je wysłać do Rosji, Francji albo USA żeby zrobili z tego paliwo. Tak robi dziś cały świat - Kazachstan ma największe wydobycie, ale wzbogaca w Rosji i Francji.
Mamy dziś złoża szacowane na ok. 440 tys. ton rudy koło Krynicy Morskiej, ale pod Bałtykiem, w parku narodowym, nie do ruszenia ekonomicznie. Eksperci liczą, że przy obecnych cenach wydobycie w Polsce byłoby 4-5 razy droższe niż import z Kazachstanu.
Więc to nie jest "pytaj Niemca albo Ruska". Maria dziś lata na paliwie francuskim i rosyjskim LEU, a przyszłe duże elektrownie w Choczewie będą na paliwie amerykańskim Westinghouse - właśnie po to, żeby nie pytać już Ruska.
Bieda nie w tym, że oddaliśmy uran. Bieda w tym, że nigdy nie zbudowaliśmy całego cyklu - od rudy do pręta paliwowego. A tego nie da się zrobić "wężykiem" jednym dekretem.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)