Jak polska polityka stała się remake'em z lat 80.
Amerykanie z "The American Spectator" mają talent do skrótów myślowych. My w Polsce potrzebujemy trzech lat, trzech komisji śledczych i 800 programów publicystycznych, żeby dojść do wniosku, że jest kryzys. Oni potrzebują jednego weekendu pod Trybunałem Konstytucyjnym.
Publicysta Michael O'Shea, który najwyraźniej zna Polskę lepiej niż my sami, obejrzał przemówienie Donalda Tuska z 31 października i miał olśnienie. 1 listopada, Dzień Wszystkich Świętych, zaduma, znicze, a 45 lat temu stan wojenny. I nagle Tusk przemawia. I O'Shea mówi: czekaj, ja już to gdzieś widziałem.
W telewizji czarno-białej. Pan w okularach mówi, że dla dobra kraju musi coś wprowadzić.
Różnica jest taka, że on miał mundur i mówił o ocaleniu narodu. Tusk ma na sobie garnitur i mówi o ocaleniu praworządności. Efekt wizualny podobny - naród stoi przed telewizorem i zastanawia się, czy ma iść po chleb, czy po paszport.
O'Shea w swoim tekście "Czy Polska wraca do starych, złych czasów?" używa sformułowania, które powinno trafić na koszulki: "mały autokrata". To jest piękne, bo u nas każdy chce być dużym autokratą. Mały autokrata to taki autokrata, który jeszcze musi tłumaczyć się na konferencji prasowej i ma policję, która wchodzi do Trybunału, czy do dziennikarzy, bo "dostała zgłoszenie o zagrożeniu życia i zdrowia". Za komuny nie trzeba było zgłoszenia. Zgłoszeniem było to, że żyjesz.
Cała akcja z Trybunałem to zresztą materiał na komedię. W piątek policja wchodzi do budynku TK. W tym samym czasie pojawia się pani Anna-email Korwin-Piotrowska, która identyfikuje się jako prezes TK i wysyła prezesa Święczkowskiego i wiceprezesa Sochańskiego na miesięczny urlop. Brzmi jak przejęcie firmy przez dział kadr.
Prezydent Karol Nawrocki przerywa podróż do Senegalu i wraca. Wraca z Senegalu do Polski, dla ojczyzny ratowania. To jest zdanie, które samo w sobie jest wisienką na torcie polskiej polityki zagranicznej.
Potem konsultacje u prezydenta: Kosiniak-Kamysz, Hołownia, Morawiecki, Mentzen, Bosak, Braun, Zandberg. W jednym pokoju. Gdyby w tym czasie ktoś wrzucił granat z konfetti, mielibyśmy nowy Sejm.
A na końcu premier mówi, że kryzys da się rozwiązać "bez zmiany Konstytucji", pod warunkiem, że prezydent uzna sędziów wybranych przez Sejm. Czyli: możemy się dogadać bez zmiany zasad, pod warunkiem że ty uznasz moje zasady.
I wtedy O'Shea dokłada najlepsze zdanie całego artykułu: "Teraz premier wygląda jak osaczone zwierzę, które miota się, broniąc liberalnego porządku".
Osaczone zwierzę. To jest diagnoza, która w Polsce tłumaczy wszystko od 1981 roku. Młody wojownik z Solidarności grający osaczonego Jaruzelskiego. Historia zatoczyła koło i przy okazji zahaczyła o parking przed TK, gdzie stoją radiowozy.
O'Shea ostrzega, że osaczone zwierzę może być niebezpieczne. I ma rację. Bo w Polsce nawet najbardziej osaczone zwierzę zawsze ma jeszcze konferencję prasową o 18:00.


Komentarze
Pokaż komentarze