4 obserwujących
134 notki
58k odsłon
  54   0

Olimpijskie igraszki

Wiele zmieniło się od czasu, gdy 133 lata temu baron Pierre de Coubertain przedstawił swój projekt olimpijski. Mało zostało z pięknych idei szlachetnej rywalizacji tylko dla niej samej i sportu jako środka do wychowania w duchu pokoju. Cóż, idee mają to do siebie, że w zderzeniu z rzeczywistością ulegają w najlepszym razie stępieniu a często wypaczeniu i przeradzaniu się w fikcję.

Choćby kwestia amatorstwa w sporcie. Ta idea była chyba najdłużej podtrzymywana, choć od wielu lat była fikcją. Trudno jest logicznie uzasadnić dlaczego można płacić artyście, na którego występy przychodzi tłum kupujących bilety a sportowcowi, gromadzącemu często większą widownię, nie. Baron de Coubertain uważał jednak, że celem sportowców jest szlachetna rywalizacja a nie zarabianie pieniędzy. Sportowiec musi jednak z czegoś żyć i tak pojawił się rozdźwięk między ideą a rzeczywistością.

Na swój sposób rozwiązały tę sprawę kraje przodującego ustroju. Klubom sportowym przydzielono firmy, czyli według ichniej nomenklatury zakłady pracy, które je finansowały a zawodnicy otrzymali etaty w tych firmach. Oficjalnie byli więc czystymi amatorami: górnikami, hutnikami, kolejarzami, czy żołnierzami, którzy po dniu ciężkiej pracy przychodzili w wolnych chwilach potrenować sobie trochę a na zawody typu mistrzostwa świata czy olimpiady udawali się wykorzystując swoje urlopy taryfowe.

Międzynarodowy Komitet Olimpijski, jak i większość federacji zrzeszających krajowe związki różnych dyscyplin sportu ochoczo wzięły udział w tym festiwalu hipokryzji. W efekcie nastąpiła kilkudziesięcioletnia dominacja sportowców z krajów (nie)realnego socjalizmu, szczególnie w takich sportach jak hokej, piłka nożna, boks, kolarstwo. Zawodowi sportowcy, reprezentujący kraje o niesłusznych ustrojach po prostu nie byli dopuszczani do udziału w olimpiadach.

Z kolei na piłkarskie mistrzostwa świata czy Europy wstęp był wolny i tam olimpijskie medale już tak nie błyszczały a i w europejskich pucharach drużyny socjalistycznych amatorów nie zachodziły zbyt wysoko. Inne rozwiązanie stosowano w boksie czy kolarstwie organizując osobne mistrzostwa dla amatorów i zawodowców. Jedynie chyba w hokeju długo wykluczano zawodowców z Kanady i USA, co zapewniło dominację hokeistom ojczyzny światowego proletariatu.

To jednak przechodzi już do historii, jako że w krajach miłujących pokój przyjęto zgniłe zasady burżuazyjnego sportu. Socjalistyczne amatorstwo ostało się już chyba tylko w Północnej Korei, ale jej akurat w Tokio nie było.

Wygląda jednak na to, że komedię z socjalistycznym amatorstwem wspominać będziemy jako twarde stąpanie po ziemi, albowiem MKOl zafundował nam kosmiczny odlot w postaci dopuszczenia transpłciowców do zawodów wybranych przez siebie płci. Decyzja historyczna, wręcz epokowa. Nie dlatego, że poważnie traktuje bzdety genderystów, że płeć jest jedynie wynikiem uwarunkowań kulturowych a nie biologicznych, a dlatego, że oznacza ona faktyczną likwidację kobiecego sportu.

W Tokio było słychać o dwóch takich odmieńcach. Jeden bez powodzenia udawał kobietę podnosząc ciężary. Spalił jednak wszystkie podejścia i nie zdobył oczekiwanego medalu. Za to drugi grał z kobietami w piłkę, medal zdobył i to od razu złoty. To z pewnością jest wystarczającą zachętą dla wielu przeciętnych zawodników o nieprzeciętnych ambicjach, by tą drogą zapewnić sobie sukcesy sportowe, jako że wynik starcia mężczyzny z kobietą na bieżni, ringu czy podeście jest łatwy do przewidzenia. A, żeby być dopuszczonym do startu jako kobieta, nie trzeba sobie niczego ucinać ani przyszywać, żreć kilogramów hormonów ani przebierać się w damskie ciuszki. Wystarczy odpowiednio wcześnie złożyć oświadczenie, że ja, Jan Kowalski od dnia, powiedzmy, 12 marca jestem kobietą, a po udanych igrzyskach oświadczyć, że ja, Janina Kowalska od dnia 23 września jestem mężczyzną. Wszystko będzie jak było a medal wisi na ścianie.

Szybciej niż nam się wydaje możemy spodziewać się szerokiego napływu mężczyzn udających kobiety a kobiet będzie coraz mniej, bo która będzie chciała ciężko harować na treningach, jeśli startując przeciw mężczyznom będzie na straconej pozycji.

Kobiety wygrywać będą mogły chyba tylko w gimnastyce artystycznej, ale i tam nastąpi przypływ mężczyzn kierujących się nie tyle nadzieją na sportowe sukcesy, ile wizją wspólnych szatni i natrysków z młodymi, atrakcyjnymi współzawodniczkami. Jakiż raj dla erotomanów, ekshibicjonistów a i pedofilów, biorąc pod uwagę wiek sporej części zawodniczek.

A tak przy okazji: obserwując w sporcie coraz więcej mężczyzn udających kobiety, nie zauważyłem sytuacji przeciwnej. Mnie to akurat nie dziwi. Jest to empiryczne zaprzeczenie genderowych teoryjek o tym, że płeć wynika jedynie z uwarunkowań kulturowych a biologia, w tym różnice w budowie ciała kobiety i mężczyzny, ma z tym związek niewielki, wręcz żaden. Cóż, już od czasów Hegla podważana jest wartość faktów a dzisiaj doświadczalna weryfikacja teorii to – według postępowców – czysty faszyzm, mowa nienawiści i – co najgorsze! – niepoprawność polityczna.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale