Sześćdziesiąt lat temu Kościół Katolicki w Polsce, a tym samym zdecydowana większość Polaków, obchodził Milenium Chrztu Polski. Spotkało się to z reakcją rządzących w Polsce komunistów, którzy zorganizowali konkurencyjne, choć znacznie mniej popularne, obchody Tysiąclecia Państwa Polskiego. Jak to u komunistycznych tuzów intelektu bywało, chcąc przyćmić kościelne uroczystości, przyznali tym samym nierozerwalny związek Polski z chrześcijaństwem. Po prostu, bez Chrztu nie byłoby Polski, a Kościół Katolicki był czynnikiem państwotwórczym, spajającym naród w okresie krzepnięcia państwa Piastów. W ciągu następnego tysiąclecia wielokrotnie pomagał Polakom przetrwać trudne okoliczności.
Program obchodów, a szczególnie przygotowania doń narodu, opracował prymas Stefan Wyszyński w czasie swojego internowania przez komunistów w latach 1953 – 1956. Przygotowania rozpoczęły się w roku 1957 Wielką Nowenną, czyli dziewięcioletnim przygotowaniem narodu do jubileuszu.
Innym, bardzo ważnym elementem przygotowania, było zaproszenie na obchody episkopatów zagranicznych. Szczególnie istotną i problematyczną była kwestia niemiecka i zaproszenie niemieckich biskupów. Zauważmy, że działo się to dwadzieścia lat po zakończeniu wojny, gdy Polaków i Niemców dzieliły miliony trupów, a pamięć ich zbrodni była żywa i niekwestionowana.
A jednak biskupi zdobyli się na chrześcijańskie przebaczenie win i, co było jeszcze trudniejsze, prośbę o wybaczenie win naszych, choć olbrzymiej ich dysproporcji nikt wtedy nie kwestionował.
Niemcy uważani byli wtedy za naród zbrodniarzy i nie wynikało to z uprzedzeń czy kampanii propagandowych, a po prostu ze świeżego doświadczenia. Zbyt wielu żyło wtedy świadków tych zbrodni, by mówić o polskich obozach czy mitycznych nazistach. Nikt nie obciążał „współsprawców”, bo sprawca był jeden i oczywisty.
Trudno dziwić się, że wspaniałomyślne wybaczenie i pokorna prośba o przebaczenie wywołały dezorientację wielu wiernych i jedynie ogromy autorytet Kościoła, a szczególnie prymasa, spowodował z czasem zaakceptowanie treści Orędzia przez polskich katolików. Usiłowali wykorzystać to komuniści, przedstawiając biskupów jako zdrajców sprawy polskiej i rozpętując wściekłą kampanię. Młody byłem wtedy bardzo, ale zapamiętałem te napisy i wiecowe wrzaski Nie zapomnimy, nie przebaczymy! Paradoksalnie mogło to jedynie wpłynąć na przyjęcie przez wiernych stanowiska biskupów. Skoro czerwoni tak wściekle ich atakują, to pewnie biskupi mają rację. Nawiasem mówiąc, ciekawe, ilu tych krzykaczy dwa lata później wrzeszczało Żydzi do Izraela!, a po trzydziestu latach uważało Niemców za najlepszych przyjaciół i wyśmiewało Kościół za trwanie w ciasnych dogmatach i brak spojrzenia w przyszłość?
Można się było spodziewać, że Orędzie, przekazane niemieckim biskupom 18 listopada 1965 roku, zdejmujące z Niemców odium urodzonych morderców i nazywające ich braćmi w Chrystusie, spotka się z entuzjastycznym przyjęciem zainteresowanych, a tu niespodzianka. Niemieccy biskupi uścisnęli wprawdzie wyciągniętą dłoń, lecz ich entuzjazm był raczej umiarkowany. W odpowiedzi więcej było politycznego i dyplomatycznego umiarkowania niż chrześcijańskiej miłości. Rozczarowany prymas Wyszyński pisał w roku 1970 do kardynała Döpfnera – ówczesnego przewodniczącego Konferencji Episkopatu Niemiec Muszę wszak księdzu Kardynałowi szczerze wyznać, że odpowiedź Episkopatu niemieckiego na nasz pojednawczy list rozczarowała nie tylko Polaków, ale i światową opinię publiczną. Naszą tak serdecznie wyciągniętą rękę przyjęto nie bez zastrzeżeń. Piszący o tych wydarzeniach zwykle poprzestają na odnotowaniu tej rozczarowującej odpowiedzi. Ja chciałbym się zastanowić nad jej przyczynami.
Uważam, że umiarkowany ton odpowiedzi niemieckich biskupów był efektem nie tyle braku chrześcijańskiego ducha, ile sytuacji Kościoła w Niemczech, różnej od tej w Polsce. Kościół katolicki w Niemczech jest de facto kościołem państwowym. Wprawdzie duchowa głowa Kościoła znajduje się w Watykanie, ale pieniądze płyną, i to niemałym strumieniem, z Berlina, wtedy z Bonn. A wiadomo, kto płaci orkiestrze, decyduje o muzyce.
Wszystko zaczęło się od decyzji sejmu Rzeszy w roku 1803 o przejęciu majątku Kościoła, którego majątki ziemskie obejmowały 20 – 25% terytorium ówczesnego Świętego Cesarstwa Rzymskiego – tak nazywał się wtedy związek niemieckich państewek. Zlikwidowano wtedy około 300 klasztorów i 100 księstw kościelnych, w tym takie państwa kościelne jak Arcybiskupstwa Moguncji i Kolonii, czy Księstwo Biskupstwo Wũrzburga. W zamian państwa niemieckie wypłacały Kościołowi świadczenia, będące czymś w rodzaju opłaty za użytkowanie przejętego majątku. Ta sytuacja trwa pomimo dużych zmian politycznych. Z czasem została unormowana konkordatem zawartym w roku 1933, już za czasów towarzysza Adolfa.
Postanowienia konkordatu obowiązują dzisiaj w Republice Federalnej. Państwo utrzymuje Kościół ze zbieranego, niemałego, podatku kościelnego. Dzięki niemu księża są na pensji państwa (pensja biskupów jest równa pensji ministrów), państwo utrzymuje budynki kościelne i finansuje działalność wielu kościelnych instytucji, jak Caritas, liczne szkoły, szpitale, domy opieki. W efekcie Kościół Katolicki jest największym pracodawcą w Niemczech.
Ta, trwająca już ponad dwieście lat, sytuacja powoduje, że niemieccy księża i biskupi, świadomie czy podświadomie, w swych wypowiedziach i działaniach uwzględniają politykę państwa. W treści kazań w niemieckich kościołach więcej można znaleźć uzasadniania działań rządzących, szczególnie tych „postępowych”, niż głoszenia prawd ewangelicznych. Więcej jest tam zachęt do przyjmowania islamskich imigrantów i afirmacji zachowań oznaczanych przeróżnymi literami alfabetu niż nawoływania do wierności Ewangelii i życia w chrześcijańskiej miłości, prawdzie i czystości. Trudno dziwić się rosnącej fali odejść z Kościoła. Spowodowane ona jest nie tylko laicyzacją społeczeństwa, lecz również odejściem wielu biskupów i księży od, co tu dużo mówić, katolickiej ortodoksji.
Wróćmy teraz do sytuacji sprzed sześćdziesięciu lat. „Umiarkowany entuzjazm” niemieckiego episkopatu spowodowany był w dużej mierze kwestią ziem zachodnich i północnych. Republika Federalna zarówno wtedy, jak i przez wiele następnych lat, nie uznawała granicy na Odrze i Nysie, uważając utracone terytoria za będące pod tymczasową polską okupacją i dążąc do przezwyciężenia skutków II wojny światowej i odzyskania utraconych ziem. Tak więc interes państwa uniemożliwił niemieckim biskupom szczere i pełne pojednanie.
Piszę o tym dlatego, że pojawiają się pomysły wprowadzenia w Polsce podatku kościelnego. Znajdują one, niestety, także poparcie w kręgach kościelnych. Byłaby to najgorsza rzecz, jaka mogłaby się Kościołowi przydarzyć. Lepiej klepać biedę, a nie mieć nad sobą innego patrona niż Chrystus i jego Ewangelia. Kościół Katolicki w Polsce, choć okradziony i represjonowany przez komunistów bardziej niż Kościół niemiecki w III Rzeszy, zachował niezależność i potrafił przeciwstawić się polityce rządzących.
Mówiąc brutalnie, ksiądz żyjący, często biednie, z ofiar wiernych, musi koncentrować się nie na dbaniu o interes państwa, a na doprowadzeniu wiernych do zbawienia, bo za to wierni mu płacą.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)