Obozem demokratycznym nazywają się obecnie rządzący i jak mantrę powtarzają to przy każdej okazji, nie zastanawiając się specjalnie co to słowo znaczy i czy jest adekwatne do tego co rządzący prezentują. Stwierdzenie premiera, iż reprezentuje demokrację walczącą, w zasadzie niweluje demokratyczny charakter obecnej władzy. W czasach słusznie minionych, najwspanialszy w historii ludzkości ustrój nazywano demokracją socjalistyczną. Powszechne było wtedy powiedzenie, że demokracja socjalistyczna ma z demokracją tyle wspólnego co krzesło elektryczne z krzesłem. Po prostu przymiotnik dodany do demokracji staje się jej zaprzeczeniem. I tak jest w przypadku niemiłościwie nam panującej demokracji walczącej.
Po II wojnie światowej sowieccy namiestnicy także nazywali się władzą demokratyczną i w imieniu ludu pracującego miast i wsi walczyli z faszystami, czyli Polakami. To w interesie mas pracujących chłopskim synom z AK wyrywano paznokcie i strzelano w tył głowy. Tych, którzy przez pięć lat walczyli z Niemcami, oskarżano o kolaborację z nimi. A oskarżali byli sojusznicy Hitlera.
Tu akurat mamy powtórkę z historii. Wprawdzie walczący demokraci nie wyrywają jeszcze paznokci, ale zamykają często i chętnie. A i parę zagadkowych zgonów też już się zdarzyło. Polityków Prawa i Sprawiedliwości, od lat ostrzegających Europejczyków przed rosyjskim zagrożeniem, oskarżają o współpracę z Putinem. To zaiste zadziwiające, jak można ludziom wyprać mózgi i pozbawić ich umiejętności trzeźwej oceny sytuacji. Jakie spustoszenie w umysłach robi propaganda nienawiści. Miliony wyznawców Donalda Tuska są święcie przekonane, że to ich idol ma zawsze rację, a Kaczyński się myli, podczas gdy Jarosław Kaczyński nie zmieniał swoich poglądów w kwestii rosyjskiej, a Tusk zmienił je diametralnie. A jak zmieni się sytuacja, to i poglądy kolejny mu się zmienią.
Jako pewnik miliony lemingów przyjmują to, że Jarosław Kaczyński był, a w zasadzie ciągle jest, dyktatorem, w przeciwieństwie do kryształowego demokraty Donalda Tuska. I jakoś nie zaświtała im w demokratycznych umysłach myśl, że to taki dziwny dyktator, który ogłasza wybory i je przegrywa. Trudno znaleźć na świecie takiego dyktatora, a Kaczyńskiemu zdarzyło się to już dwukrotnie.
W zasadzie jedyną demokratyczną cechą rządzącej koalicji było, w czasie, gdy była w opozycji, dążenie do demokratycznego przejęcia władzy. Gdy tę władzę zdobyła, czy bez niedemokratycznych metod to inna sprawa, usiłuje uniemożliwić przeciwnikom jej przejęcie, uciekając się do metod charakterystycznych dla władzy autorytarnej. Tymczasem obecna opozycja podejmuje starania o powrót do władzy drogą demokratycznych wyborów. A więc, to obecną opozycję powinniśmy nazywać opozycją demokratyczną.
Walczący demokraci odnotowują godne uwagi osiągnięcia, choć nie wszystkim się chwalą. Mało zauważona jest likwidacja telewizji publicznej. Do likwidowanej firmy pompowane są olbrzymie pieniądze z różnych źródeł, a likwidowana firma zatrudnia nowych pracowników i rozwija swoją działalność. Być może ambicją rządzących jest zapis w Księdze Rekordów w rubryce „Najdroższa i najdziwniejsza likwidacja”? Na TVP poszły też pieniądze, które Donald Tusk zapowiadał przeznaczyć na onkologię dziecięcą. Chore dzieci muszą jednak zrozumieć, że wybory tuż, tuż, więc nie ma żartów.
Równolegle, nie tylko z powodu TVP w likwidacji, krach w służbie zdrowia osiągnął rozmiary godne odnotowania w Księdze Guinnessa. Zamiast obiecanego w kampanii wyborczej telefonu lekarza pytającego o zdrowie i potrzeby pacjentów, dzwonią rejestratorki z informacją o przesunięciu terminu wizyty, badania lub zabiegu.
I znów przypomina się rymowanka z czasów słusznie minionych, taki apel do emerytów. Przytoczę go w uwspółcześnionej wersji:
Emeryci, popierajcie Tuska czynem,
Umierajcie przed terminem!
Podwyższona wysokość zasiłku pogrzebowego również skłania do odpowiedzialnego zachowania. Emeryci unikną cierpień i niekończącego się wyczekiwania w kolejkach. Państwo z kolei zaoszczędzone na zbędnych wydatkach środki będzie mogło wydać na bardziej potrzebne cele, jak choćby pomoc byłym ubekom.
Jednym z priorytetów demokratów walczących jest naprawienie krzywd, jakich ubecy doznali od pisowskich faszystów. Przywrócili im ciężko zapracowane emerytury i hojnie wypłacają odszkodowania, średnio ca. 200 tys. zł, za lata pisowskiego terroru, gdy musieli znosić poniżenia i żyć nędznie za średnią krajową. A nie od dziś wiadomo, że demokraci socjalistyczni są najlepszym sojusznikiem demokratów walczących.
Zamieszanie z demokracją to nie tylko polska specyfika. Na Węgrzech demokrata Péter Magyar wygrał z dyktatorem Viktorem Orbánem, który dołączył do dwuosobowego już klubu dyktatorów ogłaszających i przegrywających wybory. Ogromną radość całej postępowej ludzkości z Donaldem Tuskiem na czele, studzą pierwsze wypowiedzi i posunięcia zwycięzcy. Może wkrótce okazać się, że Magyar to taki Orbán plus. Wygląda na to, że obaj ci politycy kierują się tym, jak myślą i czego chcą Węgrzy. Są więc demokratami, takimi bez przymiotników. I tym sytuacja na nad Dunajem różni się tego, co mamy nad Wisłą.
No i jest jeszcze jedna różnica między Polską a Węgrami. Kampania wyborcza była tam równie zacięta jak u nas. Niemniej już w czasie liczenia głosów, gdy spływały cząstkowe wyniki, Viktor Orbán zadzwonił do Pétera Magyara i pogratulował zwycięstwa. Donald Tusk do dzisiaj nie pogratulował Karolowi Nawrockiemu. Dołączył tym samym do elitarnego grona europejskich przywódców ignorujących wynik wyborów w Polsce. Prócz Donalda Tuska znajdują się w nim Alaksandr Łukaszenka i Władimir Putin – sami kryształowi demokraci.




Komentarze
Pokaż komentarze (3)