Zaczęło się od odlotu ministra Berka, uważanego za mózg rządu Donalda Tuska i pełniącego ważną funkcje nadzorcy nad ministrami, takiego Oberministra. Otóż minister Berek był łaskaw wyrazić pogląd, że żądania zapłaty za nadwykonania przez Zakłady Opieki Zdrowotnej są nieuczciwe, jako że NFZ umówił się z nimi na wykonanie mniejszej ilości świadczeń. Panu ministrowi coś się pomyliło.
Umowy NFZ – ZOZ są jedynie realizacją generalnej umowy, jaką państwo zawarło, a w zasadzie narzuciło, społeczeństwu. Umowa ta polega na tym, że państwo pobiera – przymusowo – składki zdrowotne od obywateli, w zamian zapewnia im finansowanie leczenia w razie potrzeby. Finansowanie odbywa się poprzez NFZ, płacący ZOZ-om za wykonane świadczenia. I właśnie grubą nieuczciwością jest wprowadzanie limitów tych świadczeń, bo są to limity na zachorowania Polaków.
Gdyby sytuację w ubezpieczeniach zdrowotnych przełożyć na ubezpieczenia komunikacyjne, to mogłoby się zdarzyć, np. panu ministrowi, że rozbijając samochód we wrześniu, mógłby się spotkać z odmową wypłacenia odszkodowania, bo zaplanowana pula odszkodowań wyczerpała się w lipcu i pozostaje pokrycie strat z własnej kieszeni. A że minister zapłacił roczną składkę ubezpieczeniową, tak jak poszkodowani w czerwcu? Cóż, życie nie jest sprawiedliwe, jedni łapią się na odszkodowania, a spóźnialscy nie.
Jeśli pacjent potrzebuje pomocy, a ZOZ jej udziela, bo pacjent uprzednio zapłacił za nią w postaci składek zdrowotnych, to gdzie tu nieuczciwość, Panie Ministrze?
Pan minister, jak i cała rządząca koalicja, nie potrafi zrozumieć, że problemy służby zdrowia nie są spowodowane nadwykonaniami, lecz wadliwą organizacji jej finansowania, gdzie monopol płatnika odgrywa decydującą rolę. Ten monopol odziedziczyliśmy od czasów komunistycznych. Do czasu rządów Akcji Wyborczej Solidarność, rolę dzisiejszego NFZ spełniało Ministerstwo Zdrowia, płacące wykonawcom usług medycznych i ustalające zasady tego płacenia.
AWS wprowadził kasy chorych. Było ich 17 z ograniczoną, ale jednak, konkurencją między nimi. Ta konkurencja miała z czasem pozbyć się ograniczeń i umożliwić konkurowanie o pacjenta i świadczeniodawcę. Tego czasu AWS-owi zabrakło, a następującym po niej towarzyszom z SLD konkurencja na rynku zbytnio śmierdziała kapitalizmem. Połączyli więc wszystkie kasy w jeden NFZ, a konkurencję zastąpili monopolem i mamy co mamy.
Wszystko wróciło do początku z jednym wyjątkiem: zdublowanie instytucji. Od tego czasu NFZ wykonuje to, co przed AWS-em wykonywało Ministerstwo, a masowych zwolnień w Ministerstwie Zdrowia nie zauważyłem. Powstaje więc pytanie: co robią przez te lata ministerialni urzędnicy?
Wróćmy jednak do ministra Berka. Jeśli człowiek, uważany za mózg rządu, nie rozumie podstawowych pojęć, to co sądzić o pozostałych ministrach i rządzie jako całości? Pytanie oczywiście retoryczne.
To jednak drobiazg w porównaniu z aferą w Kłodzku, dzięki której spopularyzowana została nazwa Pedofilia Obywatelska i kolejną odsłoną machlojek Romana Giertycha, adwokata podobno, i jego umoczenie w kontaktach – no, któż by się spodziewał? – rosyjskich.
Część komentatorów uważa za niesprawiedliwe obwinianie całej partii za pedo- i zoofilię w Kłodzku. Takie zdarzenia i tacy ludzie mogą zdarzyć się w każdej dużej organizacji. Oczywiście mogą, ale wydarzyły się tylko w Platformie i nie jest to odosobniony przypadek. Dziennikarze wyliczyli takich co najmniej kilkanaście. Trudno również usprawiedliwić, że niesławna bohaterka nie była szeregowym członkiem partii, tylko jej pełnomocnikiem wyborczym, zaufanym człowiekiem obecnej wicemarszałek Sejmu, a działalność partyjną kontynuowała mimo postawionych jej zarzutów.
Problemem w KO nie jest pedofilia. Jest nim osławiona doktryna Neumanna i płynące z niej poczucie bezkarności. Umarzanie na oczach publiki w biały dzień ewidentnych grubych afer z odlotowymi uzasadnieniami powodują, że do Koalicji ciągną nie tylko oszuści finansowi, ale też pospolici zbrodniarze i zboczeńcy, jak ci w Kłodzku.
Wybuchające afery trzeba było czymś przykryć i wymyślono odlot odlotów, czyli ślubowanie „sędziów Trybunału Konstytucyjnego” wobec prezydenta bez prezydenta. Spowodowało to oczywiście eksplozję memów i żartów co można zrobić wobec kogoś bez jego obecności.
Mało kto dostrzega historyczne osiągnięcie polskiej nauki i polityki: udowodnienie, że słowo znaczy nie to, co znaczy, lecz swoje przeciwieństwo. Skoro „wobec” znaczy „pod nieobecność”, to „mokry” znaczy „suchy” i tak dalej.
Z odległych już bardzo czasów mojego dzieciństwa pamiętam taki wierszyk:
W słonecznym cieniu
Na miękkim kamieniu
Usiadła młoda staruszka.
I nic nie mówiąc rzekła
„Jestem bezdzietną wdową,
Mam siedmioro dzieci” i tak dalej.
My, kilkuletnie wtedy dzieci, śmialiśmy się recytując, wiedząc, że to żart. A oni tak na poważnie? Naprawdę? Uznane autorytety prawnicze, które we wcześniejszych swych dziełach twierdziły coś zupełnie przeciwnego? A dziś, na polecenie partyjnego pryncypała, połykają swoje języki, niszcząc swój dorobek?
Spotkałem kiedyś ludzi, którzy stawali wobec kogoś nieobecnego dla innych. Byli to pacjenci szpitala psychiatrycznego. Szczególnie utkwił mi w pamięci sympatyczny i inteligentny młody chłopak mający tę przypadłość, że czasami musiał uciekać przed goniącymi go Indianami, galopującymi na koniach i strzelającymi z łuków. Człowiek ten ewidentnie znalazł się wobec indiańskiego niebezpieczeństwa, a jednocześnie nikt inny żadnych Indian nie widział.
Było to jednak chory człowiek znajdujący się w zamkniętym oddziale pod opieką lekarzy, by nie zrobił krzywdy ani sobie, ani innym. Ślubujący wobec, a bez prezydenta sobie już bardziej nie zaszkodzą. Innym mogą i to bardzo.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)