Kilka dni temu nabyłem uprawnienia do bezpłatnego przejazdu środkami komunikacji miejskiej i taki okrągły wiek skłania do pewnych refleksji, bo, jakby nie patrzeć, trochę się przeżyło, trochę się zaobserwowało, coś przemyślało. Przemyśleń oczywiście jest dużo i różnej jakości, ale z jednym chciałbym się podzielić. Otóż z doświadczenia mojego dość długiego już życia i pewnej wiedzy, wynikającej z zainteresowania historią, wynika, że historia ma jedną zasadniczą cechę: jest nieprzewidywalna. Wbrew marksistowskim bredniom o determinizmie historycznym, o tym, że wszystko jest ustalone przez żelazne prawa historii. Gołym okiem widać, że to nieprawda.
Zaprzeczył temu fakt wybuchu komunistycznej rewolucji w Rosji, kraju rolniczym, w którym przemysł wprawdzie rozwijał się, lecz ośrodki przemysłowe stanowiły nieliczne wyspy wśród łanów zbóż. A powinna w Niemczech, Anglii lub Francji, gdzie rozwój ustroju burżuazyjnego i eskalacja jego wrodzonych sprzeczności musiał doprowadzić do wybuchu. Nie doprowadził. Czerwoni teoretycy stwierdzili, że po abdykacji cara, Rosja była krajem demokratycznym, czyli burżuazyjnym i dlatego mogła wybuchnąć tam rewolucja proletariacka. Ten ustrój burżuazyjny trwał w Rosji od lutego do listopada1917. Cóż, papier cierpliwy, wszystko przyjmie.
W pierwszych moich dziesięcioleciach świat ogarnięty był zimną wojną, w której szala zwycięstwa przechylała się, jak przekonywali najwybitniejsi eksperci, na stronę idealnego ustroju. Sowieci rozpychali się wszędzie: w Azji, Afryce, Ameryce Łacińskiej. Przerażony Sołżenicyn alarmował Amerykanów, że przy tym tempie ustępstw, wkrótce zabraknie im krajów. Politolodzy i ekonomiści snuli wizję konwergencji ustrojów, co było zakamuflowaną formą kapitulacji zachodnich demokracji. A tu pewny zwycięzca nie tylko przegrał zimną wojnę, ale i rozpadł się na kawałki.
W latach siedemdziesiątych bardzo rozwinęła się futurologia, czyli „nauka” o przyszłości. Cudzysłów dlatego, że futurolodzy, oczywiście z tytułami naukowymi, przewidywali, że będzie tak jak teraz, tylko bardziej. Nie przewidzieli ani komputerów osobistych, ani internetu, ani wielu innych innowacji. Około roku 1970 futurolodzy z London School of Economics wyliczyli, naukowo oczywiście, że w roku 2000 najbardziej rozwiniętym krajem świata będzie – to naprawdę nie żart – Niemiecka Republika Demokratyczna. Trafności prognozy sprawdzić nie sposób, jako że NRD wyparowała dziesięć lat przed dniem przewidzianego triumfu.
Z kolei w roku 1972 pojawił się raport futurologów zrzeszonych w Klubie Rzymskim, w którym stwierdzono – oczywiście na podstawie naukowych analiz – że w roku 2000 wyczerpią się zasoby surowców naturalnych. 26 lat po prognozowanej apokalipsie braki, jeśli występują, są efektem sytuacji politycznej, a nie wyczerpania zasobów. Ciekawe, czy w 1970 jacyś bukmacherzy przyjmowali zakłady na trafność tej prognozy i, jeśli tak, to ile wypłacili wygranym?
W roku 1984, ciemnym czasie ciężkiej komuny, pojawił się manifest ideowy Liberalno – Demokratycznej Partii „Niepodległość”, zaczynający się od słów „Jeśli komunizm ma zwyciężyć świat, nie interesuje nas miejsce w obozie zwycięzców”. Przytaczam to zdanie, bo oddaje stan moich poglądów w tym czasie. Moich i wielu mnie podobnych. Walczyliśmy z komuną jak się dało z poczucia powinności, bez nadziei na dożycie jej upadku. Może – myśleliśmy – zobaczą to nasze dzieci lub wnuki, sobie szans wielu nie dawaliśmy. A jednak dożyliśmy! Wbrew swoim i powszechnie panującym poglądom.
Gdy 4 czerwca 1989 świętowaliśmy prawie demokratyczne wybory, w Pekinie czołgi rozjeżdżały protestujących studentów. Prognozy akademickich ekspertów były jednoznaczne: Chiny poszły śladem PRL-u Jaruzelskiego, a to oznacza stagnację gospodarczą, ubóstwo ludności, a pewnie i głód. Po 37 latach widzimy, jak błędne były te przewidywania.
W latach siedemdziesiątych rolę dzisiejszych Chin pełniła Japonia. To był lider rozwoju gospodarczego. Korea Południowa, Tajwan i Singapur nie liczyły się wtedy. Japończycy wykupywali amerykańskie firmy i obligacje. Wykupywali prestiżowe nieruchomości w Ameryce. Wyglądało na to, że wkrótce po prostu kupią pogrążoną w stagnacji Amerykę. A jednak Ameryka dalej jest mocarstwem, a Japonia od wielu, wielu lat nie może wyjść z kryzysu. Czy Chiny podzielą los Japonii? Nie wiem. Historia jest nieprzewidywalna.
Podobnie przemijają ideologie, choć wydają się być ostatecznym ukoronowaniem rozwoju ludzkiej myśli. Przynajmniej dla ich wyznawców. Sto lat temu cała postępowa ludzkość głosiła wyższość rasy aryjskiej lub kolektywizacji środków produkcji. Wyznawcy tych lewicowych bredni byli przekonani, że pod przewodnictwem Führera lub sekretarza generalnego zbudują raj na Ziemi. Trzeba tylko wyrżnąć przeszkadzających w tym Żydów i Słowian lub burżujów i kułaków.
Budowniczowie Tysiącletniej Rzeszy zniknęli nagle po czterdziestym piątym, natomiast komuniści długo siali zamęt w ludzkich umysłach. Pamiętam jeszcze młodych (choć wtedy starszych ode mnie), wykształconych na czerwonych kursach, jak z pełnym przekonaniem opowiadali o żelaznych prawach historii, czy zbiorowej mądrości klasy robotniczej. To ostatnie przybliżę młodszym czytelnikom. Chodzi o to, że pojedynczy robotnik to głupi robol, bez pojęcia o niczym. Pracuje, chleje i chodzi do kościoła. Ale, jeśli te ciemne robole założą partię i wybiorą sobie jakiego lidera, to tenże lider nabiera zbiorowej mądrości i wyrażając swoją, to znaczy partii, wolę jest nieomylny. Bardziej niż papież, bo papież nieomylny jest tylko w kwestii doktryny wiary, a pierwszy sekretarz we wszystkim.
Możemy dzisiaj śmiać się z marksistowskich bredni i ich fanatycznych wyznawców. Ale czy nie mniej śmieszni są dzisiejsi młodzi wykształceni z dużych miast z błyskiem w oku głoszący, że można sobie wybrać płeć i to kilka razy w roku? Tak samo jak wtedy na uniwersytetach zdobywano tytuły naukowe z filozofii marksistowskiej czy ekonomii socjalistycznej, dzisiaj można studiować genderyzm i tym podobne brednie.
Gdy najwspanialszy ustrój trafił do lamusa, doktorzy, docenci i profesorzy od tych pseudonauk musieli na szybko uczyć się normalnej filozofii czy normalnej ekonomii, jako że pojęcie o nich mieli słabe. Jedni nauczyli się lepiej, inni gorzej, ale zdobyte za komuny tytuły naukowe zachowali i mogą dziś uchodzić za ekspertów.
Tytułowe podsumowanie wypada zakończyć jakąś radą starego człowieka dla młodych. Cóż... Przemija postać tego świata, rynek idei i ideologii wiruje coraz szybciej. Podchodźcie do nich z dystansem. Analizujcie ich źródła, poddawajcie logicznej analizie. Można tworzyć przeróżne przepiękne teorii, obiecujące cuda wianki i wywracające podstawy tradycyjnego ładu społecznego. Pamiętajcie jednak, że w ciągu kilku tysięcy lat znanej nam historii ludzkości nie zbudowano wspanialszej cywilizacji niż ta oparta na greckiej filozofii, rzymskim prawie i chrześcijańskiej religii. Jeśli wyda Wam się, że jest lepszy pomysł, poczekajcie aż zrealizują go gdzieś indziej. Wtedy dopiero będziecie mogli go ocenić.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)