Zbigniew Kopczyński Zbigniew Kopczyński
97
BLOG

Polityczny triller

Zbigniew Kopczyński Zbigniew Kopczyński Polityka Obserwuj notkę 0
Nowy rok rozpoczął się zgodnie z zasadą Alfreda Hitchcocka, iż film należy zacząć od trzęsienia ziemi, później napięcie powinno stopniowo narastać. No i takie też mogliśmy obserwować pierwsze dni nowego roku.

Kiepski jestem w przewidywaniach, jako że dotyczą one zwykle spraw przyszłych czyli nieznanych, niemniej pochwalić się muszę jednym małym sukcesem. W poprzednim felietonie napisałem, że przyszłość jest nieprzewidywalna i proszę, trafiłem. Mało to wprawdzie imponujący sukces, ale zawsze.

Nowy rok rozpoczął się zgodnie z zasadą Alfreda Hitchcocka, iż film należy zacząć od trzęsienia ziemi, później napięcie powinno stopniowo narastać. No i takie też mogliśmy obserwować pierwsze dni nowego roku.

Rozpoczął się on od, przez nikogo, prócz autorów i wykonawców, nieprzewidzianego aresztowania samozwańczego prezydenta Wenezueli. Zaskoczenie było zupełne dla wszystkich, a przede wszystkim dla samego zainteresowanego. Jeszcze niedawno publikował filmiki jak to, zabezpieczony w bazie wojskowej pod ochroną kubańskich komandosów, czeka na jankesów. No i doczekał się.

Czas trwania akcji można liczyć w minutach. Wenezuelscy obrońcy dyktatora nie byli w stanie nawet rozpocząć walki, a wyborowi kubańscy żołnierze, tak skutecznie ochraniający przez dziesięciolecia czerwonych watażków w wielu krajach, dyskretnie polegli, nie czyniąc kłopotów atakującym. Zawiodły nowoczesne chińskie i rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej, w tym osławione systemy BUK, doskonałe w zestrzeliwaniu samolotów pasażerskich. Tym razem były zupełnie bezsilne, choć nad Caracas krążyło coś ponad dwie setki amerykańskich samolotów i helikopterów i nawet strzelając na oślep można byłoby coś trafić. A tu nic.

Po dostarczeniu Nicolasa Maduro wraz z małżonką przed amerykański wymiar sprawiedliwości, Amerykanie, niejako na deser, skonfiskowali dwa rosyjskie tankowce pełne wenezuelskiej ropy. Rosja wysłała wprawdzie w ich obronie dwa okręty, w tym podwodny, ale okręty te przypłynęły, zobaczyły i dumnie odpłynęły, rzucając pełne pogardy spojrzenia jankeskim rabusiom. Najwyraźniej matrosi nie chcieli zostać bohaterami kolejnej Cuszimy.

Błyskotliwa akcja wywołała falę spekulacji „Kto następny?”, a co niektórzy kandydaci na cele Delty zaczęli zdradzać objawy niepokoju. Podobno premier pewnego środkowoeuropejskiego kraju, celujący w swoim czasie w plecy prezydenta Trumpa, miewa niespokojne sny. Muszę uspokoić. Byłoby zbytnią rozrzutnością wysyłanie amerykańskich komandosów, gdy do jego obalenia wystarczą wybory. Byle uczciwe.

Duży problem ma postępowa część ludzkości. Usunięto brutalnego dyktatora, fałszerza wyborów. To dobrze. Jest on jednak człowiekiem lewicy, więc usunąć go to źle. A że zrobili to Amerykanie, tym bardziej źle. Wyszli więc na ulice reprezentanci sił postępu, protestując wobec brutalnej ingerencji w suwerennym kraju. Wenezuelskich imigrantów, których w liczbie 8 milionów reżim zmusił do opuszczenia ojczyzny, wśród nich nie widziano.

Nie tak znowu dawno prezydent Putin stawiał w Monachium ultimatum NATO, strasząc wojną przerażonych Europejczyków. Dziś, utknąwszy na Ukrainie, może bezsilnie obserwować akcje Amerykanów. Z ust kremlowskich oficjeli, zamiast tradycyjnych pogróżek, słyszymy skowyt w postaci zaniepokojenia brakiem poszanowania prawa międzynarodowego. Jakież to wzruszające. Cała, do niedawna, potęga Rosji zredukowana została do arsenału jądrowego, aczkolwiek przebieg akcji w Caracas generuje sceptycyzm co do możliwości jego użycia.

Ta słabnąca, według powszechnej opinii, Ameryka dokonała w Caracas tego, czego Rosja nie dała rady zrobić w Kijowie i co Chiny chcą, a nie mogą, zrobić w Tajpej.

Oskarżany o prorosyjskość Trump zneutralizował najważniejszego sojusznika Rosji w Ameryce Łacińskiej, podważając tym samym podstawy funkcjonowania pozostałych, utrzymywanych de facto przez Wenezuelę; sparaliżował rosyjski handel ropą wykonywany przez flotę cieni; jest bliski zneutralizowania poważnego sojusznika Moskwy w Teheranie; przeciągnął wcześniej na swą stronę Armenię, do niedawna wiernego z konieczności sojusznika Rosji; teraz przymierza się do zamknięcia wyjścia Rosji z Oceanu Arktycznego na Atlantyk.

Wobec słabości Rosji i niemożności Chin, na pomoc Grenlandii rzuciły się kraje zachodniej Europy. Chichotem historii jest, że ci, którzy jeszcze tak niedawno klękali i kajali się za kolonialną przeszłość, dziś rzucają się do obrony ostatniej, oprócz Bermudów, europejskiej kolonii w Ameryce Północnej, wysyłając nań całą potęgę militarną, na jaką ich stać.

Ochota do obrony Grenlandii jest większa niż do obrony Ukrainy. Tu nikt nikogo nie musiał przekonywać, ani zagrożona Grenlandia czekać na pomoc. Nawiasem mówiąc, koalicja chętnych do wysłania wojsk na Ukrainę uzależniała wysłanie swoich wojsk od zapewnienia przez Stany Zjednoczone satelitarnej łączności i rozpoznania, a także w dużej mierze logistyki, jako że w tych zakresach Zjednoczona Europa jest raczej słabiutka.

Cóż więc teraz zrobią europejscy wojownicy. Będą walczyć ślepi i głusi? A może znowu poproszą o pomoc Amerykanów? W końcu, jeśli walka ma być fair, obie strony muszą mieć te same szanse. A może zwrócą się o pomoc do swych wymarzonych sojuszników: Rosji i Chin?

Europa, która przez dziesięciolecia kryła się pod ochroną Ameryki, rzuca się do walki zarówno z rosyjskim, jak i amerykańskim imperializmem. Skąd nagły przypływ tej mocarstwowości? Może to realizacja francuskiego postulatu o strategicznej autonomii Europy? Ja raczej uważam, że Europa dowodzona niewątpliwie przez Niemcy, przejęła zwyczaje swego lidera. A zwyczajami tymi są nieodparte dążenie do dominacji i walka o nią na dwóch frontach. Niemcy mają też w zwyczaju szybkie zapominanie o konsekwencjach realizacji swych zwyczajów.

Rządzący Polska powinni więc, zamiast podgrzewać wojownicze nastroje, przypomnieć naszym niemieckim sąsiadom o ich historii. Wątpię jednak czy premier i minister spraw zagranicznych znajdą w sobie tyle odwagi. Skazani jesteśmy więc na kolektywne brnięcie ku strategicznej katastrofie.

Robi się coraz ciekawiej, czyli groźniej. Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Dla komentatora to raj, teksty piszą się same. Dla zwykłych ludzi ciekawe czasy to przekleństwo, o czym wiedzieli już starożytni Grecy, a nasi ukraińscy sąsiedzi mogą wiele o tym powiedzieć.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj Obserwuj notkę

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka