103 obserwujących
1500 notek
1136k odsłon
  1254   0

3 dzień finałów Konkursu Chopinowskiego - podsumowanie

image


A więc to już koniec. Przychodzi czekać na wyniki, a potem na następny konkurs. Dzisiejszego dnia wystąpili:

  1. Aimi Kobayashi
  2. Jakub Kuszlik
  3. Hyuk Lee
  4. Bruce (Xiaoyu) Liu


Jakub Kuszlik zaczął jak trzeba. Co prawda przed występem zastanawiałem się, czy nie mógłby zrzucić nieco wagi, sam wiem, że brzuszek raczej obniża energię niż ją podnosi, ale w końcu waga nie jest taka ważna, bo gra się  dłońmi i chyba czasem nogami, ale tego nie jestem pewien. W końcu fortepian to nie organy.

Jakub mógł też założyć koszulę, zamiast tego podkoszulka pod marynarką. Niby strój bez znaczenia, bo liczy się muzyka, ale czy naprawdę? Czy naprawdę obojętne jest to, jak pianista wygląda, jak się ubrał? Przecież nie ubiera się, podobnie jak muzycy orkiestry, dla siebie, czyni to dla... tych samych, dla których gra, dla publiczności. Więc koszula, a nawet daj Boże muszka by nie zawadziła.

Owszem, może się nie przelewa, bo teraz wszyscy cierpią  ekonomicznie, ale to mógł pożyczyć. Ostatni grający Kanadyjczyk miał ładną. Choć znów, tusza Jakuba utrudniała by taką pożyczkę. Nie ważne. To wszystko jest nie ważne. Ważna jest muzyka, a Jakub zaczął wspaniale, po polsku, z rozmachem.

I już widziałem, tę drogę w deszczu, we mgle. Zmoczone źdźbła trawy, koleiny. Drzewa. Potem w miarę występu, ta mgła się stopniowo rozwiewała, nikła, opadała, aż zostałem sam na sam z Jakubem, który sprawnie i bezbłędnie przemierzał partyturę, drogę czarnych i białych klawiszy. Trafiał we wszystkie niezbędne punkty, ale.... nigdzie już się nie wybraliśmy razem.

Nie wybraliśmy się razem, bo moim zdaniem, Kuszlik był zbyt świadomy tego, co robi. Zbyt samo-świadomy. Czasem, a może zawsze jeśli chodzi o mistrzostwo, trzeba dać się ponieść zadaniu jakie się wykonuje, zniknąć w nim, zlać się z nim w całość, być tym zadaniem. Samoświadomość. Samokontrola, są potrzebne, ale mogą stanowić przeszkodę do tego ostatniego kroku, otwierającego przed nami to, co nienazwane. I... w moim słuchaniu Jakuba Kuszlika, owo coś, choć zabłysło na początku, to już się nie pojawiło. Występ bardzo dobry, ale byłem widzem i słuchaczem, a nie częścią muzyki.

Hyuk Lee to młody Koreańczyk. Wybrał ambitnie - koncert f-moll. Tylko trzy razy na dwunastu wykonawców, ten koncert był grany w finałach. Wybrał i o dziwo, bo to trudny interpretacyjnie utwór, poradził sobie znakomicie. Może część pierwszą Maestoso, widziałbym graną nieco lżej i momentami mniej dosłownie, ale dalej było tylko lepiej. Larghetto (druga część) była w wykonaniu Lee po prostu piękna. Piękna i tyle. Piękna i koniec. Porywiste nieco Vivace zagrał znów rewelacyjnie. Świetny występ, szczególnie jak na tak młodego człowieka. Jak oni się tego uczą w tak krótkim czasie?!

Bruce Liu to kolejny Azjata, tym razem z Kanady. Czy podobny do Bruce'a Lee? Może trochę tak. Serio. Trochę podobny. Lśniąca marynarka. Wschodniego kroju, biała koszula pod szyją, kruczoczarne dłuższe włosy. Pewnego rodzaju dojrzałość. Jaki był jego występ? Powiem tak, w ramach kanonu jaki się przyjęło przyjmować dla koncertu e-moll, ten występ był... olśniewający. Cudny. Rewelacyjny pod każdym możliwym względem. Pełne panowanie nad instrumentem. Prawdziwe emocje, do tego stopnia, że odnajdywałem w grze Liu, elementy polskiego romantyzmu. Fantastyczne wyczucie poziomu dźwięku i składanie tego wszystkiego w skrzącą się pięknem całość. Absolutnie świetne.

Więc jednak. Nie napisałem o pianistce, która grała pierwsza. Tak jakoś zostawiłem ją na koniec. Aimi Kobayashi, bo o niej mowa grała jako pierwsza i też, ten częściej wybierany, koncert e-moll. Jak grała? Sam do końca nie wiem. Może tak: - grała rewolucyjnie. Tak to odebrałem. Grała, jak żaden inny wykonawca. Postawiła wszystko, znów to mój prywatny odbiór, na jedną kartę i wyszła poza schemat, poza standard, poza ramy "jak należy".

Powstaje więc pytanie, gdzie wyszła i jak to w ogóle wyszło. Myślę, że takiej porcji emocji, czułości, piękna dotykającego wprost słuchającego odbiorcy, jeszcze nie spotkałem. To było opowiadanie Chopina od nowa. Z cyzelowaniem najdrobniejszych szczegółów. Z wydobywaniem, odruchów serca takich, że muzyka zostawała gdzieś z tyłu, a słuchacz czuł, czuł to, co Aimi opowiadała. O miłości. O wzruszeniu. O tym, że biały kwiat w kroplach rosy o poranku, może zawierać w sobie całe piękno wszechświata. To było wykonanie totalnie wyjątkowe. Niezwykłe. Niesamowite.

W moim odbiorze pewien dysonans stanowiło zachowanie dyrygenta orkiestry, znakomitego skądinąd, pana Andrzeja Borejki. Chodzi o to, że np. po występie Evy Gevorgyan, gdy sala klaskała, podszedł do pianistki, ujął ją za rękę i unosząc ją wysoko, wspólnie dziękowali publiczności, co rodziło nowy aplauz i oklaski. Po występie Aimi, stanął z tyłu, w stylu - a co mnie to obchodzi - zostawiając ją jakoś tak trochę samą. Myślę, że profesjonalne zachowanie powinno polegać na takim samym traktowaniu wykonawców, bez preferencji, bo tego typu gesty, choć może w niewielkim stopniu, to zostawiają ślad w odbiorze i utworu i wykonawcy. No ale może marudzę i nie miało to znaczenia.

Lubię to! Skomentuj94 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura