110 obserwujących
1763 notki
1250k odsłon
  151   1

Synowie marnotrawni

Długi - 6 stron "książkowych" - na pewno nudny, trudny tekst, będący konglomeratem metafizycznych i "pseudo-religijnych" spekulacji. Gorąco odradzany przez odpowiedzialne media i ekspertów, jako temat odwracający uwagę od bieżących, palących i istotnych zagadnień. W zakresie tematyki objętej tekstem należy zwrócić się do upoważnionych fachowców i instytucji, o ugruntowanej pozycji.


Zdradziliśmy Cię. Zdradziliśmy i poszliśmy w świat. Może poszliśmy w siebie. Nie mam pojęcia, kiedy to było pierwszy raz. Może to przez Michała Anioła Buonarottiego. W końcu to Kaplica Sykstyńska. Serce serc. I tam... ty. Pisze świadomie z małej litery. Bo to... nie Ty.

Ale to przedstawienie, ten obraz, najbardziej z najmocniejszych sposobów i miejsc, przedstawiony nam, mi, nam. Więc byłem, każdy był, dzieckiem. Znaczy, małym chłopcem. Ty może małą dziewczynką, albo jak ja, chłopcem. A ksiądz miał czarny strój. Widać było, że jest - kimś innym. Wszyscy się go bali i słuchali. Więc w tym Watykanie, w tej kaplicy, ten człowiek wtedy namalował.

Takie dostał zlecenie. Dobrze płatne. W sumie, był geniuszem. Bo w strumieniu niuansów, bo sięgał dalej niż to, co bezpośrednio malował. Ale nam zostało to jedno. Bóg jako starzec. Wielki i silny mężczyzna z brodą. Dostojny, wspaniały i groźny.

"Ten kto wie - nie mówi, ten kto mówi - nie wie" - powiada Tao Te Cing. Jakoś tak między 500 a 400 lat przed narodzeniem twojego Syna, była na Ziemi eksplozja przeczuć, rozwoju czy intuicji. Dowolne wybrać lub zastąpić. Zresztą Stary Testament zabraniał tworzenia wizerunków Ciebie. Możemy się spierać o przyczyny i cele tego zakazu. Dość, że wrzuciliśmy go do toalety i spuściliśmy wodę. Z sufitu Kaplicy Sykstyńskiej. I mamy od tamtej pory, owoc naszej pychy i wielkości. Twój obraz.

Właściwie dróg, na których Ciebie zdradzaliśmy albo ściślej opuszczaliśmy, nie da się policzyć. Bo "tutaj" się jest, z "tutaj" prowadzą wszystkie drogi. Bo "wszędzie" jest "nie tutaj". Bo niezliczona jest ilość możliwości, nie bycia z Tobą.

Syn marnotrawny to postać z przypowieści Jezusa z Nazaretu. Wziął to, co na niego przypadało, a co było od Ojca i poszedł w świat. Potem mu było przykro i głód, bo to, co miał, przetracił. I cierpienie, i ból, to wrócił. A Ojciec na niego czekał. I straszna uroczystość i uczta była. Tyle przypowieść. O tobie. I o mnie.

Bo przypowieści, bajki, bo Biblia i wielkie historie ludzkości, nie są o kiedyś. Bo czas - jest konstrukcją, jak wszystko inne. Bo jest teraz i kiedyś, w jedną i drugą stronę. Istnieją razem, wspólnie. Choć będziemy się zapierać. Więc to historia dokładnie o TERAZ, o tobie i mnie. Powiedziana i zapisana z przyszłej przeszłości. Bo wszystko jest TERAZ, łącznie z tak zwaną przeszłością i przyszłością. Bo istnieje - TERAZ, choć nasz umysł dzieli je i segreguje. I dobrze, bo to mechanizm kreacji, więc ta umowność jest tu na miejscu, choć tracimy w jej skutek, aktualność bezpośrednią - spożywania zakazanego owocu czy może to, co dla nas najważniejsze, nasz powrót do domu Ojca, opowiedziany przez Jezusa na terenie Palestyny, w momencie czasu opatrywanym przez nas jakąś liczbą i klauzulą.

Więc skoro jesteś, tym dostojnym mężczyzną, potężnym sędzią, patrzącym na nas z góry, to usiłujemy się ukrywać, przed twoim wzrokiem. Żebyś kurna nie patrzył. No po co Ci ta wścibskość? Nie może mieć człowiek odrobiny prywatności, dla samego siebie? Chyba może? Chyba mamy jakieś prawa? Ale kto nam powiedział, mnie i tobie, że jesteśmy nadzy? Nie chowaliśmy się? Za drzewami, w krzewach myśli?

Więc skoro jesteś pojmowalny, masz jakiś fajny, przyznajmy, ale jednak, kształt - eh... ta broda i fruwanie w chmurach. Tak na marginesie - chmury to para wodna. Nasi przodkowie chyba tego nie wiedzieli. Więc zaczęliśmy się wyzwalać.

Najpierw twoim obrazem z twojej realności. Bo ty nie masz rąk, ani nóg. Nie masz formy ani kształtu. - Masz, masz wszystko - zawołają "prawdziwi" i zaczną układać zapalone brewiona słów, pod stosem dla heretyka. Nie masz niczego, poza Synem, Duchem i sobą samym, to jest bezmierną, czekającą na nas, tworzącą nasze istnienie - Miłością.

Jesteś źródłem. Przede wszystkim - żartuję, że przede wszystkim - poezji. Tych wszystkich momentów, które za pomocą znaków pisanych wynoszą ludzi poza wyrażalny słowami świat. Jesteś źródłem muzyki - mazurków i nokturnów Chopina, wirtuozerii gitarzystów, ujmujących prostotą, ale i pięknem piosenek. W ogóle z Ciebie wynika każda prawdziwa sztuka. Każde "zapatrzenie się". W piękno. Właściwie piękno jest kategorią sakralną. Siedemnaście tysięcy lat temu, przy migającym świetle pochodni, ktoś, ktoś, malował w jaskini Lascaux, biegnące zwierzęta. Polowanie. To nie była instrukcja. Praktyczny przepis. Nie "wiedział, co czyni, "nie wiedzieli" dlaczego patrzą, ci mali chłopcy, w tej jaskini. Ale wszyscy jakoś czuli, może Ciebie. Może wszystko na powrót wraca do Ciebie. Wszystko za wyjątkiem nas, tu i teraz, czyli zawsze - synów marnotrawnych.

Więc zostaliśmy prawdziwymi patriotami, Polakami czy kimś tam jeszcze. I jak Bar Abbas, po polsku - bo my wiele rzeczy spolszczamy - Barabasz, zabijamy w obronie niepodległości. Ponieważ wszystko rozmienia się na drobne i karleje, to zabijamy w skarlały i mały - godny nas sposób - słowem. "Jest pani gnidą". Na przykład. Taka "szczała". Reszty chyba nie ma co przytaczać, bo jak się patrzy w przepaść, to przepaść patrzy w człowieka, a jest w co patrzeć.

Zostaliśmy też wyzwoleni. Przez rozum w Oświeceniu. Generalnie jest tak, że zdrada się zawsze opłaca, w krótkim terminie. Jest przyjemnie, oszałamiająco, cudownie. Więc zrobiliśmy postęp, może tego chciałeś? Nauczyliśmy się JAK. Jak działa wszechświat. Jak nim rządzić. Jak zrobić, niemal cokolwiek, co tylko chcemy. W trakcie tej nauki, straciliśmy wiedzę CO. CO robić. Więc na początek, to było już po zbudowaniu świątyni rozumu w Paryżu, zainwestowaliśmy w eugenikę.

Skoro rozum może wszystko i to on jest ostatecznym arbitrem tego, CO mamy robić, to nie było wyjścia i w ojczyźnie wolności zaczęto operować gorszych ludzi, żeby nie mieli dzieci. To nasze szczytne osiągnięcie, zresztą nie ukrywajmy, wspierane przez absolutną i dominującą większość naukowców. Podział na lepszych i gorszych, to nie jest zresztą 'nowa" idea. Może tyle na ten temat.

O dalszych przygodach z wyzwoleniem poprzez rozum chyba nie ma co pisać. Próby wyzwolenie przez seks generalnie spełzły na niczym, choć uparcie do nich wracamy. W końcu to jeden z twoich darów, z którym możemy zrobić, co chcemy. To robiliśmy. Bo to nasze. Tylko nasze. Duże ilości dzieci w strasznej kondycji, będące skutkiem obywatelskiej i masowej kopulacji towarzyszy radzieckich, położyły kres jednemu z większych eksperymentów.

Zdradziliśmy Cię przez przez politykę. Religię pojmowaną zarówno klerykalnie jak i postępowo. Wyjechaliśmy z Domu, gnani chciwością. Chciwością wrażeń. Chciwością władzy. Chciwością wielkości. Tak naprawdę i ostatecznie - chciwością siebie samych. Nie ma byka - zostaliśmy swoimi bogami. Z całą naszą zachłannością, na wiedzę, na potęgę, na samostanowienie.

No i co? To też nam wyrzucisz?

Więc chociaż siebie chcemy ocalić. Niezależnie od tego czym owo "siebie", jest w życiu tego czy innego człowieka. Odurzeni tą chciwością kombinujemy jak to przenieść naszą świadomość do komputera. Wiem, że się śmiejesz, choć może i płaczesz jednocześnie. Bo może Ty się śmiejesz i płaczesz poprzez nas. Poprzez taniec Zorby w obliczu katastrofy, poprzez niewypowiedziany ból i cierpienie, wszystkich ludzkich istnień, które wziąłeś na Siebie, włączyłeś w Siebie, z którymi się zbratałeś pozwalając, by i Ciebie - zamordowali. Oczywiście "w słusznej sprawie". Oczywiście opatrując to perfidnym - czy istnieje inny rodzaj?-  kłamstwem.

Dlatego tak panicznie walczymy o swoją "rację". O swoją "godność". O "prawdę" w rozumieniu potwierdzenia naszej opinii. Ostatecznie... o siebie. Bo poza "sobą" nic nie mamy. Serio. To wszystko, co nam zostało. Cośmy wynieśli, z twojego Domu.

Przygodny nieznajomy doradza, żeby wyluzować. To znaczy tym, których jeszcze stać na luz. Przenośna kabina eutanazyjna oraz spalarnia ciał rozwiążą ostatecznie nasze problemy. Niedawno w Kanadzie, to takie państwo, proponowano wojskowym weteranom cierpiącym wskutek realizacji swoich obowiązków, pomoc. W postaci eutanazji. Dziwne to oburzenie. Przecież to ostateczne uwolnienie - jak podpowiada przygodny nieznajomy. Uwolnienie od istnienia. Od Boga. Od Ciebie.

Więc tu właśnie jesteśmy. Na rozdrożu. Wściekłość. Zaciekłość. Użycie do nieprzytomności. Egoizm przechodzący w szaleństwo. I zastrzyki przymusowe dla wszystkich, bezbronnych, dzieci. Nie jeszcze nie teraz. To znaczy teraz, ale za chwilę.

Tutaj zaszliśmy, wychodząc z twojego domu. Biorąc to, co myśleliśmy, że indywidualnie nasze. Nasze życie. Naszą świadomość. Nasz rozum. Nasze - tworzone przez nas świadomie i nieświadomie - "ja".

- Jesteśmy w dupie - powiedziałby nieokrzesany człowiek. - Musimy - rozpocznie kolejne przełomowe przemówienie polityk. Muzycy już nic nie tworzą, stękają tam w rytm dziwacznych ruchów cyferek na ich koncie, które mają w sercu, zamiast serca. Wieje jak cholera. I wycie jakieś. Może to już czas. Porzucić "samego siebie". Wyjechać z tej cholernej krainy. I wrócić do Ciebie. Bo mówisz, właśnie teraz, w tej właśnie chwili. Że czekasz.
Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale