Błochin roSSyjski kat Polaków
"No chodźmy, zaczynajmy" - słowa błochina - co dwie minuty jedna ofiara...
4 kwietnia 1940 r. Kalinin, obecnie Twer ul. Sowiecka 2
„Błochin włożył swoją odzież specjalną: brązową skórzaną czapkę, długi skórzany fartuch, skórzane brązowe rękawice z mankietami powyżej łokci. Na mnie wywarło to ogromne wrażenie – zobaczyłem kata!” zeznał po latach Dmitrij tokariew naczelnik obwodu NKWD w Kalininie.
Wasilij błochin - prawdziwa bestia rodem z piekła, demon śmierci, osobiście zamordował wg różnych szacunków nawet ok. 50 tysięcy ludzi strzałem w tył głowy, w tym ok 7000 Polaków!!!
Rozstrzeliwał z przyjemnością, nie mógł się doczekać swoich ofiar, na podstawie własnych doświadczeń opracował specjalne skórzane odzienie by krew i mózgi ofiar nie pobrudziły jego własnej odzieży "bo żona nie nadążała z praniem" ...
"Pierwszy raz przywieziono 300 ludzi. (przyp. 4 kwietnia) Okazało się, że za dużo. Noc była krótka i trzeba było kończyć już o świcie. Następnie zaczęto przywozić po 250. Strzelano z waltherów. To dobrze wiem, gdyż przywieźli ich całą walizkę. Okazuje się, że pistolety szybko się zużywają. ... Z tej celi było wyjście na podwórko. ... Tamtędy wyciągali trupy, ładowali na samochód i jechali. ... Gdy podniosłem problem robotników potrzebnych do kopania grobów, wyśmiano mnie. Naiwni dziwacy. Koparka potrzebna! Błochin przywiózł ze sobą dwóch operatorów koparki, jeden z nich nazywał się Antonow. Każdy, po każdej operacji, ile tam było rozstrzelanych walili do jednej kupy wszystkich, do jednego dołu. To z miesiąc najwidoczniej trwało. ... A gdy już zakończyli tę całą brudną sprawę, to moskwianie urządzili w swoim wagonie-salonce coś w rodzaju bankietu. [...] Widowisko to było najwidoczniej okropne, skoro Rubanow postradał zmysły, Pawłow, mój zastępca, zastrzelił się, sam Błochin – zastrzelił się." - to zeznanie po latach, "niewiniątka" D. Tokariewa.
W rozstrzeliwaniach uczestniczyło około 30 osób. błochin, który wydawał broń, siniegubow, kriwienko, rubanow, nadzorcy więzienni oraz kierowcy, kierowca tokariewa - Nikołaj suchariew. Wszyscy otrzymali sowitą płacę w wysokości miesięcznej gaży za ciężką pracę albo jak zeznał tokariew za "nastojaszczoj industrie" czyli prawdziwy przemysł...
Prawdopodobnie największy kat w historii ludzkości, spoczywa tuż obok swoich ofiar zagrzebanych przy bramie Cmentarza Dońskiego w Moskwie.
PS. ktoś ośmielił się temu potworowi - ludobójcy błochinowi wyrysować krzyż na grobowcu i napisać "wiecznaja pamiać"… rosja to stan umysłu, zbrodniczego.
„Braliśmy szynele, czapki. Trzeba ich było przykrywać, owijać głowy. Rozumiecie sami…? Żeby tak nie krwawili. Dlatego owijaliśmy od razu po rozstrzelaniu” – Mitrofan W. Syromiatnikow
ZSRR czyli Rosja Sowiecka, Charków, plac F. Dzierżyńskiego 3, specjalne więzienie NKWD (Obwodowy Zarząd NKWD) - 5 kwietnia 1940 roku rosyjskie NKWD rozpoczęło „operację” mordowania polskich jeńców wojennych ze Starobielska. Polskich oficerów przywożono w specjalnych wagonach, po 79 osób w każdym, na stację kolejową Charków-Sortirowocznaja, dalej ciężarówkami na miejsce kaźni w więzieniu NKWD. Nie była to Ich ostatnia podróż.
Zamordowanych przewożono ciężarówkami, nocą, do miejsca ukrycia zbrodni – do lasu k. wsi Piatichatki. Zostało tam pochowanych ok. 3800 polskich oficerów. Jak zeznał po latach jeden z morderców , pracownik NKWD z Charkowa, Nikołaj Golicyn, który wywoził ciała jako kierowca ciężarówki: „w kwietniu–maju 1940 r. [z jego udziałem] wykonano decyzję o rozstrzelaniu (...) oficerów i generałów Polski burżuazyjnej, którzy właśnie są pochowani w dołach w lesie w pobliżu wsi Piatichatki”. Całością mordu w Charkowie, który zakończono 12 maja, dowodził kpt. NKWD przybyły z Moskwy - Iwan Biezrukow. Ofiary spoczywają tam do dzisiaj.
Wśród funkcjonariuszy charkowskiego NKWD, którzy mordowali naszych oficerów byli m.in. Timofiej Kuprij, Paweł Tichonow, Piotr Safonow. Wszyscy musieli zabijać, kobiety także, sekretarki, kierowcy, wszyscy którzy posiedli tajemnicę imion i nazwisk skazanych. Ostatnim, który przyznał się do udziału w zbrodni był strażnik więzienny Mitrofan Syromiatnikow, kapral NKWD.
20 czerwca 1990, a potem potwierdził 30 lipca 1991 r.
Syromiatnikow [miał wówczas 84 lata, był już niewidomy] ochoczo zeznał przed rosyjskim prokuratorem ppłk. Władimirem Jorszykiem, nie kryjąc szczegółów zbrodni: „Przyprowadzają ofiarę na korytarz. Tam ja, przypuśćmy, stoję w drzwiach” – tłumaczył. „Otwieram i pytam, czy można. Stamtąd pada odpowiedź: »wejść«. Prokurator stoi za stołem, obok komendant. Pyta: nazwisko, imię, imię ojca, rok urodzenia i mówi »możecie iść«. Tu od razu strzał i już koniec, koniec. Inni nic nie widzieli. Oni tylko słyszeli odgłos (…) Braliśmy szynele, czapki. Trzeba ich było przykrywać, owijać głowy. Rozumiecie sami…? Żeby tak nie krwawili. Dlatego owijaliśmy od razu po rozstrzelaniu”
„Wrzucano trupy wprost z samochodu do dołów. Bywało jednak, że z Charkowa przywożono więźniów i zabijano ich dopiero tutaj [w Piatichatkach] Dwóch brało i kładło na nosze, dwóch stało na samochodzie, a dwóch wynosiło nosze. Braliśmy ich stamtąd i układaliśmy na samochodzie, na przemian, jednego głową w jedną stronę, a drugiego w przeciwną. I tak ładowaliśmy około 25 do 30 osób”.
Mitrofan Wasiljewicz Syromiatnikow, zmarł w 1995 r., nigdy nie odpowiedział za swoje czyny.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)